Reklama

380 V zabiło bydło

Wypadek wyjaśni komisja
    380 V zabiło bydło
    Kilkanaście sztuk bydła padło w jednym z gospodarstw w Sulinowie. W jednej chwili dwa lata pracy poszły na marne - mówi Mateusz Bocian. Teraz rolnikom pozostaje już tylko walka o to, aby Enea wzięła winę na siebie. Firma do zbadania sprawy powoła komisję.

Stanisław Bocian (z lewej) i Mateusz Bocian nie mają wesołych min. W mgnieniu oka stracili kilkanaście sztuk bydła, a dwa lata pracy poszły na marne. Z tyłu widać trzy ocalałe byki.
     fot. Remigiusz Konieczka

    Nowy rok nie zaczął się szczęśliwie dla Stanisława Bociana i jego rodziny. Nad ranem 5 stycznia, kiedy za oknami było jeszcze ciemno, a mróz sięgał kilkunastu stopni Celsjusza, do uszu Mateusza Bociana dobiegł niepokojący odgłos z obory.
    - Przebudziłem się i usłyszałem, że coś się dzieje w budynku inwentarskim. Pobiegłem tam, mając na sobie tylko to co miałem w łóżku. Zdążyłem tylko wciągnąć dres. Po wejściu zapaliłem światło, które zaraz zgasło. Z latarką ręczną przeszedłem przez budynek. Tym co zobaczyłem, to się przeraziłem. Zobaczyłem iskrzące więzy i stwierdziłem, że nie ma co dotykać - relacjonuje Mateusz Bocian.
    Rolnicy z Sulinowa zadzwonili do Enei.
    - Kazali nam zerwać plombę i wyłączyć główne zabezpieczenie - mówią. - U nas pojawili się o 8:30, a godzinę wcześniej zjawili się przy transformatorze głównym, który jest 200-250 metrów od naszego domu. Dopiero o 10:00 przyjechał podnośnik i zaczęli naprawiać linię - dodaje Stanisław Bocian.
Straty w gospodarstwie okazały się duże. W oborze padło kilkanaście sztuk bydła. Z pięciu krów cielnych przy życiu została tylko jedna. Padło osiem dużych byków. Zostały trzy. Rolnicy stracili w sumie 15 sztuk bydła, a hodowla liczyła 28 sztuk. Na szczęście nic się nie stało cielakom. Padłe byki miały po 700 kg. Rolnicy powiedzieli, że takie sztuki hodować trzeba od 1,5 roku do 2 lat.
    - Te krowy, które stały, to przeżyły, a te które usiadły, to już nie mogły wstać i padły. Jedna stała spokojnie i przeżyła - powiedział Stanisław Bocian.
    Pracownicy Enei w dniu awarii sporządzili notatkę służbową odręcznie i bez pieczątek, w której napisali, że 5 stycznia byli w gospodarstwie Stanisława Bociana w związku ze zgłoszeniem pojawienia się napięcia na materiałach metalowych w oborze. Zmierzyli napięcie i skuteczność zera, czyli uziemienia w zabezpieczeniu głównym. W trzecim i ostatnim zdaniu notatki stwierdzili, że uszkodzenie nie wystąpiło po stronie Enea Operator RD Mogilno. Rolnicy początkowo nie myśleli o notatce, bo zajęci byli usunięciem martwych zwierząt.
    - Po dwóch dniach dowiedzieliśmy się, że sąsiedzi też mieli problemy z prądem. U jednych padły dwie maciory. Mniej więcej o tej samej godzinie nie mieli prądu i uszkodzone zostały odbiorniki - mówią rolnicy. Ta informacja skłoniła ich do zbadania sprawy. Mieszkańcy Sulinowa twierdzą, że za awarię, a tym samym za śmierć bydła i spowodowanie strat w wysokości 60.000 zł, odpowiada Enea. Wyjaśnili, że w wyniku mrozów zerwała się napowietrzna linia wysokiego napięcia. Przestało działać uziemienie i do instalacji elektrycznej zaczął płynąć prąd o napięciu prawie 400 V, a nie jak zwykle 230 V. Tak wysokie napięcie spowodowało przepalenie się instalacji w domu. Prąd przedostał się do urządzeń pompujących wodę do pomieszczeń gospodarczych. Woda z prądem poleciała do poideł, z których korzystają krowy. Poidła są przymocowane metalowymi śrubami do metalowych barierek w oborze. Krowa dotykając poidła lub ogrodzenia była rażona prądem, przypomnijmy, o napięciu 380 V.
    - Przecież ta linia wysokiego napięcia ma 45 lat. Była stawiana w 1962 roku i ja sam kopałem doły pod słupy - opowiada Stanisław Bocian. - Sąsiedzi dostali gotowe formularze w sprawie odszkodowania. Energetyka od razu się przyznała, a nam zostawili tylko takie oświadczenie.
    Dwa dni po tragedii Stanisław Bocian wysłał pismo do Enei w Poznaniu. W piśmie wyjaśnił, że nie zgadza się z opinią monterów, którzy jako przyczynę awarii wskazali gniazda do zasilania pompy obiegowej w budynku mieszkalnym. Mieszkaniec Sulinowa twierdzi, że obwód jest zabezpieczony i przy normalnym napięciu prądu to zabezpieczenie zadziałałoby. A zabezpieczenie nie zadziałało, bo napięcie było dużo większe na całej linii. Natomiast zwarcie wskazywane przez monterów jako przyczyna pomoru zwierząt spowodowane było tym, iż w sieci płynęło prawie 400 V.
    Pismo zostało wysłane do Poznania, ale później trafiło na biurko dyrektora oddziału Enei w Bydgoszczy. Lech Drzewiecki, dyrektor oddziału w Bydgoszczy powiedział, że w krótkim terminie zostanie przez spółkę powołana komisja, która sprawę wyjaśni. O wynikach będziemy informować.

Remigiusz Konieczka

Reklama

Pałuki nr 884 (3/2009)

Aplikacja na Androida

Reklama

Komentarze opinie

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.

Komentarze mogą dodawać tylko zalogowani użytkownicy.

Zaloguj się

Reklama

Wideo palukiznin.pl




Reklama
Najnowsze wiadomości