Żył, podejmując się ambitnych, wielkich zadań i z konsekwencją je realizując. Lekarz, dyrektor szpitala, społecznik, regionalista, opiekun młodych twórców, kolekcjoner dawnej sztuki sakralnej, działacz PZPR, dawny harcerz, niezwykły człowiek o ujmującej osobowości; w latach 70. i 80. ubiegłego wieku przekształcił żniński szpital z lecznicy o XIX-wiecznych standardach w nowoczesną placówkę świadczącą pacjentom specjalistyczne usługi na najwyższym ówczesnym krajowym poziomie.
Andrzej Hoffmann urodził się 23 listopada 1932 roku w Szadłowicach koło Inowrocławia, gdzie jego ojciec Konrad był kierownikiem miejscowej szkoły. Jako dziecko wychowujące się w nauczycielskiej rodzinie, już w wieku pięciu lat rozpoczął naukę szkolną. Dwa lata później wybuchła wojna i dla siedmiolatka skończyło się szczęśliwe dzieciństwo; przyszły lekarz, dyrektor żnińskiego szpitala i społecznik przeżył tragedię, która odcisnęła się na jego życiu - hitlerowcy zamordowali jego ojca. Konrad Hoffmann, który miał 39 lat, został rozstrzelany na terenie więzienia w Inowrocławiu wraz z innymi nauczycielami i księżmi. Później rodzina - matka Łucja, z domu Smorowska, Andrzej i jego starszy brat Jan - wysiedlona została przez Niemców do Łowicza, gdzie chłopcy kontynuowali naukę na tajnych kompletach. Po wojnie osiedlili się w Żninie, w rodzinnym domu matki przy ulicy Mickiewicza. Mimo że dom był duży i należał do dziadków Smorowskich, warunki nie były łatwe, gdyż przymusowo dokwaterowani zostali tu lokatorzy, a Andrzej i jego rodzina cisnąć się musieli w jednym pokoju.
W 1950 roku w Gimnazjum i Liceum im. Braci Śniadeckich zdał maturę; nie było to dane wszystkim uczniom z tego rocznika, dotknęły ich bowiem represje ze strony aparatu bezpieczeństwa PRL-u, doszło nawet do aresztowań, a wielu młodych ludzi do egzaminu dojrzałości nie zostało w ogóle dopuszczonych (obszernie pisze o tym Remigiusz Konieczka w artykule Żnińskie liceum 1950, „Pałuki“ 33/2013).
W 1957 roku Andrzej Hoffmann ukończył studia na Akademii Medycznej w Gdańsku, jednak ze szpitalnictwem w Żninie był już związany od 1951 roku, początkowo pracował jako laborant, później lekarz w pogotowiu ratunkowym i wreszcie na oddziale chirurgicznym. W latach 1961-1968 pracował w szpitalu w Wągrowcu, w tym czasie robił też specjalizacje - I stopnia z chirurgii ogólnej i II stopnia z chirurgii urazowej. Pracując na oddziale chirurgicznym szpitala w Wągrowcu równocześnie dojeżdżał do Żnina, gdzie pełnił funkcję kierownika pogotowia ratunkowego. Stacja pogotowia mieściła się wówczas przy ulicy Potockiego, na parterze budynku zajmowanego dziś przez Starostwo Powiatowe, w dwóch pomieszczeniach, w których obecnie mieści się kasa i gabinet kierownika wydziału komunikacji.
Kierując pogotowiem Andrzej Hoffmann przeprowadził w stacji konieczne remonty, a w następnych latach z ogromną determinacją podejmie się modernizacji, przebudowy i rozbudowy, całkowicie zmieniających wizerunek żnińskiego szpitala, który z placówki o dziewiętnastowiecznych standardach przeobrazi się w nowoczesny szpital, świadczący specjalistyczne usługi na najwyższym ówczesnym krajowym poziomie.
Do 1969 roku dyrektorem szpitala powiatowego w Żninie był doktor Jerzy Tupikow - wysoki, dobrze zbudowany, o przedwojennych manierach; gdy szedł szpitalnym korytarzem w długim fartuchu, od razu widać było, że jest dyrektorem; był wymagający, pracowników trzymał na dystans. Tego roku urlop spędził w Bułgarii i nic nie zapowiadało zmian.
Po powrocie do Żnina dowiedział się, że nie jest już dyrektorem. Zwolniony został decyzją żnińskiego PZPR-u, na czele którego stał wówczas Franciszek Musiał; w tamtych latach niemal wszystkie stanowiska w kraju obsadzane były z partyjnego nadania. Na miejsce doktora Tupikowa powołano Andrzeja Hoffmanna, który po śmierci matki i zakończonym rozwodem krótkim związku małżeńskim na stałe powrócił do Żnina. Andrzej Hoffmann w przeciwieństwie do swojego poprzednika należał do PZPR, w drugiej połowie lat 80. był nawet członkiem jej Komitetu Centralnego. Była to więc charakterystyczna dla tamtych czasów partyjna nominacja [istnieje na ten temat też pogląd, że wiek dyrektora Tupikowa skłaniał, by dokonać zmiany, a pracujący w Wągrowcu i mieszkający w Żninie dobry chirurg był kandydatem bardziej za kwalifikacje, niż za legitymację – przyp. red.].
Nowy dyrektor był przeciwieństwem swojego poprzednika; średniego wzrostu, krępy, rzutki, energiczny i bezpośredni. W szpitalu wprowadził rewolucję, co wynikało z jego charakteru. Po pierwsze zmianie uległa atmosfera. - Skracał dystans do człowieka, ze swoimi pracownikami był na ty, był takim bliskim kumplem pracowników - zauważa Zdzisław Małecki, były działacz partyjny, I sekretarz PZPR w Żninie i przewodniczący Miejsko-Gminnej Rady Narodowej w latach 1975-1990. Jako dyrektor Andrzej Hoffmann umiał docenić prostych ludzi, nie wywyższał się, a przede wszystkim wysłuchał każdego, nawet gdy ludzie przychodzili do niego z mało ważnymi sprawami.

Andrzej Hoffmann (listopad 1987 r.), fot. z archiwum rodziny Andrzeja Hoffmanna
- Gdy mąż został dyrektorem szpitala, prowadził równocześnie oddział urazowy, wtedy to były dwie sale - mówi Elżbieta Hoffmann, z domu Pietrasińska, która w 1970 roku poślubiła Andrzeja Hoffmanna; poznali się w szpitalu, gdzie Elżbieta Pietrasińska pracowała jako położna, a później instrumentariuszka. - Mówią, że był bardzo dobrym ortopedą. Przyjmował w poradni urazowej i był w poradni tak długo, aż przyjęci zostali wszyscy pacjenci, często siedział do ósmej-dziewiątej wieczorem.
Przed trudną planową operacją przygotowywał się wieczorem w domu. Na stole rozkładał potrzebne materiały, książki, długo i wnikliwie je studiował. Zawsze walczył też, by uratować komuś nogę czy rękę przed amputacją. Natomiast gdy stan pacjenta był ciężki, gdy wymagał on szybkiej pomocy, doktor Andrzej Hoffmann operował natychmiast, na świeżo. - Nie wracał do domu na noc, tylko operował. W szpitalu był zawsze lekarz dyżurny, ale mógł on na przykład być internistą - mówi Elżbieta Hoffmann.
Andrzej Hoffmann przez lata prowadził kroniki. Księgi pokaźnych rozmiarów zawierają m.in. pamiątkowe zdjęcia ze szpitala robione przy różnych okazjach, wycinki prasowe, ale też nekrologi po śmierci pracowników i zdjęcia dokumentujące trudne przypadki medyczne, pacjentów po ciężkich wypadkach, poparzeniach.
BUDOWNICZY
Nadrzędnym celem podejmowanych przez Andrzeja Hoffmanna, jako dyrektora Szpitala Powiatowego w Żninie działań, była rozbudowa placówki. - Chciał pomóc ludziom, bo taka jest misja lekarza. Nie tylko chciał pomóc osobiście, chciał też, żeby placówka, którą prowadził, służyła społeczeństwu, żeby była nowoczesna - uważa Zdzisław Małecki.
Szpital, który objął, był ciasny i nie spełniał wymogów sanitarnych, a pacjentów przybywało. Podejmując się gruntownej modernizacji, dyrektor w pierwszej kolejności, w 1970 roku, przystąpił do dobudowy piętra na budynku prosektorium, gdzie powstała apteka wyposażona w nowy sprzęt do produkcji płynów infuzyjnych i leków. Aptekę prowadził Aleksander Kuehn, robił to w sposób nowoczesny, poparty dużą wiedzą osobistą, współpracował z uczelniami medycznymi. Dawny kierownik szpitalnej apteki jest autorem książki wydanej we współpracy ze Żnińskim Towarzystwem Kultury „Zdrowie Klemensa Janickiego z apteką w tle 1516-2016”, w której jest mowa o zdrowiu Janicjusza, o historii aptekarstwa, ale również o Andrzeju Hoffmannie i szczególnym klimacie, jaki w tamtych latach panował w żnińskim szpitalu.

Nadrzędnym celem podejmowanych przez Andrzeja Hoffmanna (pierwszy z prawej) jako dyrektora żnińskiego szpitala działań była rozbudowa i modernizacja prowadzonej przez siebie lecznicy. Podjęta w latach 70. ub.w. gruntowna przebudowa placówki zakończyła się sukcesem, a Żnin zyskał nowoczesny szpital świadczący specjalistyczne usługi na najwyższym ówczesnym krajowym poziomie. fot. z archiwum rodziny Andrzeja Hoffmanna
Równocześnie z modernizacją szpitala w latach 70. na świat przychodziły kolejne dzieci dyrektora: Katarzyna, Magdalena i Bartosz. Wcześniej, na początku lat 60. urodził się syn Wojciech, który jako jedyny poszedł w ślady ojca - został specjalistą chirurgiem i ortopedą; obecnie [mowa jest o roku 2018 – przyp. red.] prowadzi w Żninie ten sam szpitalny oddział, którego ordynatorem był przed laty jego ojciec.
W 1974 roku wybudowany został wolno stojący oddział położniczo-ginekologiczny. Ponieważ nie wolno było wtedy stawiać nowych budynków, Andrzej Hoffmann wykorzystał fundamenty starego śmietnika i była to „rozbudowa“. Już w 1973 roku powstał projekt dalszej rozbudowy szpitala, zakładający dobudowanie czterokondygnacyjnego skrzydła. By pozyskać środki na modernizację, dyrektor wykorzystywał swoje osobiste, rozległe kontakty, jakie miał w Warszawie w Ministerstwie Zdrowia. Do swoich planów udało mu się przekonać wiele osób. - Był człowiekiem stanowczym, jak sobie coś postanowił, to to zrobił. Swoją osobowością potrafił ująć ludzi. Potrafił zdobyć stronników, którzy myśleli podobnie jak on - mówi Zdzisław Małecki. Dyrektor reaktywował Społeczny Komitet Rozbudowy Szpitala w Żninie; różne osoby wpłacały datki, wśród nich znalazła się nawet emerytowana nauczycielka z Krakowa, która o rozbudowie usłyszała w radiu. Andrzej Hoffmann organizował też czyny społeczne na rzecz szpitala, co było jednym z warunków otrzymania państwowej dotacji na budowę. Zaangażowanie w czyny społeczne docenił m.in. Tadeusz Szelachowski - minister zdrowia i jednocześnie przewodniczący Krajowej Komisji Czynów Społecznych, który później dwukrotnie gościł w żnińskim szpitalu.

Dyrektor Andrzej Hoffmann pokazuje ministrowi zdrowia Tadeuszowi Szelachowskiem Zakład Rehabilitacji. Po lewej stronie na zdjęciu Maria Łosoś, po prawej Jolanta Palicka; fot. archiwum Jolanty Tyrakowskiej
Zdzisław Małecki wspomina, że gdy w czasie rozbudowy zdjęto stary dach, przyszły kilkudniowe deszcze, ale dyrektor potrafił szybko zorganizować plandeki zabezpieczające budynek przed kompletnym zalaniem; z pomocą przyszli mu dyrektorzy żnińskich zakładów. - Właściwie władze administracyjne nie miały nic do roboty - mówi Zdzisław Małecki. Dyrektor szpitala mógł liczyć na pomoc, poparcie społeczne dla rozbudowy szpitala było bardzo duże.
Ambitne przedsięwzięcie Andrzeja Hoffmanna zakończyło się sukcesem, w 1977 roku gotowe było nowe skrzydło szpitala, budynek uzyskał nawet tytuł Wicemister 76, przyznawany przez ministra budownictwa. Powstały nowe oddziały, gabinety, pracownie diagnostyczne i sale do rehabilitacji.
Wystrój wewnątrz szpitala odbiegał od stereotypowych wyobrażeń. Sam dyrektor był miłośnikiem i koneserem sztuki, a także kolekcjonerem dawnej sztuki sakralnej; pasja ta zrodziła się jeszcze w latach 50., gdy na zjeździe lekarskim poznał lekarza z takim hobby. Pracując w tamtym czasie w pogotowiu ratunkowym Andrzej Hoffmann jeździł po wsiach, gdzie nieraz natrafiał na zapomniane, zniszczone drewniane figury świętych. Rzeźbę przedstawiającą św. Dominika, którą w pierwszą rocznicę śmierci Andrzeja Hoffmanna jego rodzina przekazała kościołowi pw. NMP Królowej Polski, odnalazł leżącą, odwróconą tyłem i służącą jako schodek przed domem w jednej ze wsi.
Z roku na rok domowa kolekcja doktora rosła, współpracownicy i pacjenci wiedzieli o jego pasji; kupował on świątki, gdy tylko udało mu się na nie natrafić.
Ludowe rzeźby i drewniane meble stylizowane na ludowe pojawiły się też w zmodernizowanym szpitalu. Dbał również o obrazy i mozaiki na ścianach, aby ściany nie były białe, ale pomalowane na inne kolory. - Wszystko to w tamtych czasach wywoływało szok, ale chodziło o to, żeby pacjent czuł się tu nie jak w szpitalu, ale w domu - mówi Stefan Czarnecki. Andrzej Hoffmann uważał, że sztuka jest dla chorych formą terapii.
Podłogi w lecznicy wyłożone zostały posadzką z marmurowych odpadów, po które dyrektor wraz ze swoim zastępcą, pediatrą Eugeniuszem Wiśniewskim, jechali na południe Polski do Pińczowa. Pozostałe resztki wykorzystane zostały na posadzkę w powstającej wówczas na żnińskim cmentarzu kaplicy (dziś już nieistniejącej). Ich transport ze szpitala na cmentarz miał miejsce w nocy, gdyż tego rodzaju pomoc udzielona ks. Edmundowi Rucie, ówczesnemu proboszczowi parafii św. Floriana w Żninie, w tamtych czasach nie była mile widziana.
Dyrektor szpitala dbał nie tylko o prowadzoną przez siebie placówkę leczniczą, ale i o sprawy miasta w ogóle. Przyczynił się m.in. do postawienia kaplicy cmentarnej; wcześniej pogrzeby odbywały się z prowizorycznej kaplicy przy prosektorium i kondukt żałobny szedł przez całe miasto.
Plany Andrzeja Hoffmanna były dalekosiężne; tymczasem w szpitalu brakowało wykwalifikowanej kadry. W 1974 roku, by pozyskać pielęgniarki, dyrektor założył dwuletnie pomaturalne studium medyczne. Wykłady odbywały się w szpitalnej świetlicy, w ciągu czterech lat funkcjonowania szkoły ukończyły ją 44 osoby, które zasiliły potem lecznice w Żninie, Szubinie czy Bydgoszczy.
Dyrektor wychodził z założenia, że aby do małego miasteczka, jakim jest Żnin, przyciągnąć lekarzy specjalistów, należy zapewnić im atrakcyjne warunki. Pomagał lekarzom załatwiać przydziały na samochód, żeby mogli dojeżdżać do pracy. Dużym problemem był również brak mieszkań dla kadry. - Trzeba było wybudować mieszkania, i mąż to zrobił - mówi Elżbieta Hoffmann. W latach 1984-1988 na ul. Słonecznej powstały dwa bloki, w których zamieszkali lekarze i pielęgniarki.
Andrzej Hoffmann sprowadził do Żnina dobrych lekarzy. Pracę w szpitalu na nowo powstałym oddziale okulistycznym w 1977 roku rozpoczęła Halina Lorentowicz, która specjalizowała się w operowaniu zaćmy i zeza. Szybko żniński oddział okulistyczny stał się znany w Polsce, leczyli się tu pacjenci z całego kraju. Podobnie działo się na oddziale ginekologiczno-położniczym, który od początku lat 80. prowadził docent, a później profesor Czesław Kłyszejko - wybitny ginekolog-położnik, który między innymi operował nowotwory i przyjeżdżały do niego pacjentki z całej Polski.
Ewenementem w tamtych czasach było wybudowanie w zmodernizowanym szpitalu nowej kaplicy. We współpracy z biskupem gnieźnieńskim Janem Czerniakiem dyrektorowi szpitala udało się uzyskać pozwolenie na to przedsięwzięcie. W kaplicy znalazła się droga krzyżowa autorstwa Mariusza Niewolskiego i krzyż wyrzeźbiony przez kcyńskiego artystę ludowego Stefana Boguszyńskiego.
Andrzej Hoffmann był człowiekiem wierzącym, w przeszłości należał do harcerstwa, był komendantem obozów harcerskich i zuchowych. Uczestnikiem takiego obozu w Łysininie był w 1960 roku Eugeniusz Dobaczewski. Wspomina on, że gdy w niedzielę cały obóz udał się do kościoła i później była z tego afera, Andrzej Hoffmann stwierdził wzburzony, że do takiego harcerstwa, gdzie nie można chodzić do kościoła, to on należeć nie chce.
- Do niego na imieniny przychodzili księża. I jak on został tym członkiem KC, to na imieniny zaczęli do niego przyjeżdżać sekretarze z Bydgoszczy. I oni wchodząc do jego domu widzieli na schodach wychodzących księży. Później pytali mnie, co się tutaj dzieje, nie rozumieli tego. „To jest normalny człowiek - mówiłem. - I księży gości, i was gości“. W Żninie partia była trochę inna – podkreśla Zdzisław Małecki. - On był członkiem KC, ale z księżmi żył za pan brat, i księża też go szanowali.
Energia i zaangażowanie Andrzeja Hoffmanna nie koncentrowały się tylko na szpitalu. Dyrektor był koneserem sztuki, regionalistą i społecznikiem. W 1975 roku po śmierci Klemensa Friedla, również lekarza, został prezesem Żnińskiego Towarzystwa Kulturalnego i był nim aż do śmierci. Stefan Czarnecki, obecny prezes ŻTK, podkreśla, że sprawując swoją funkcję ciągle natrafia na ślady Andrzeja Hoffmanna. - Towarzystwo wtedy brało na siebie wiele różnych przedsięwzięć, jak zjazdy towarzystw, plenery rzeźbiarskie czy „Jesień na Pałukach“ - mówi prezes ŻTK. - Symbolem działalności Andrzeja Hoffmanna było upamiętnienie na cmentarzu w Górze stu zamordowanych Żydów z obozu w Murczynie. Przyczynił się też znacznie do wydania książki „Zarys dziejów Żnina“ Czesława Sikorskiego.
Zasługą Andrzeja Hoffmanna było również doprowadzenie do odtworzenia figury św. Jana Nepomucena, która do początku lat 40. ub.w. na wysokim cokole stała na żnińskim rynku, a podczas wojny postument z figurą został zniszczony przez Niemców. Figura patrona stanęła obok Sufraganii.
Dyrektor szpitala i prezes Żnińskiego Towarzystwa Kultury opracował też historię żnińskiego gimnazjum i liceum, która publikowana była w kolejnych numerach wydawanego przez ŻTK czasopisma Baszta; natomiast przed samą śmiercią pracował nad broszurą poświęconą zakonowi dominikanów w Żninie (zredagowana i wydana została w 1992 roku, już po jego śmierci).
Jako prezes ŻTK zapraszał do siebie wielu twórców, był ich mecenasem. Podczas spotkań żartobliwie nazywanych obiadami czwartkowymi członkowie Towarzystwa omawiali bieżące sprawy, były też spotkania opłatkowe i śpiewanie kolęd. - Mąż był dla młodych twórców i działaczy autorytetem, oni się dużo od niego uczyli - mówi Elżbieta Hoffmann.
- Potrafił skupić wokół siebie przede wszystkim ludzi młodych, potrafił łączyć pokolenia. Chodzi o to, że przekazujemy sobie pałeczkę, i on tych młodych do działalności społecznej przygotowywał - zaznacza Zdzisław Małecki. - I gdy był już chory, to oni do niego przychodzili, do końca jego życia byli z nim.
Po śmierci Andrzeja Hoffmanna tę pałeczkę przejął od niego nieżyjący już dzisiaj Andrzej Rosiak, tak jak jego mentor wybitny społecznik, regionalista i miłośnik Żnina. Jako dyrektor Muzeum Ziemi Pałuckiej czy prezes ŻTK Andrzej Rosiak zawsze podkreślał dokonania i zasługi swojego poprzednika.
Andrzej Hoffmann już w młodym wieku przeszedł zawał serca, jednak naprawdę poważne problemy ze zdrowiem rozpoczęły się, gdy zdiagnozowano u niego chorobę nowotworową. Raka udało się opanować, natomiast pojawiły się negatywne skutki naświetlań, problemy z krążeniem, miażdżyca naczyń i zatory. Postępująca choroba doprowadziła do amputacji jednej nogi, a na krótko przed śmiercią też drugiej. Dyrektor szpitala przez ostatnie lata życia poruszał się na wózku inwalidzkim. - Słynne jest jego powiedzenie na wernisażu w Bydgoszczy: „Świat jest równie piękny z pozycji siedzącej, jak z pozycji stojącej“ - zauważa Stefan Czarnecki.
Inwalidztwo nie przeszkodziło dyrektorowi nadzorować kolejnej budowy. Przedsięwzięcie było niezwykle ambitne i swoim rozmachem znacznie przewyższało wszystkie poprzednie szpitalne inwestycje. Wolno stojący, czterokondygnacyjny budynek (w którym obecnie mieści się m.in. Powiatowe Centrum Pomocy Rodzinie) miał mieć 25 tys. metrów kwadratowych (cały stary szpital z dobudowanym skrzydłem to niecałe 15 tys. mkw). Powstać tam miał ośrodek ginekologiczno-położniczy o zasięgu wojewódzkim, pomysłodawcą tego projektu był dr Czesław Kłyszejko. By zebrać potrzebne na budowę środki, dyrektor na nowo reaktywował Społeczny Komitet Rozbudowy Szpitala w Żninie.
- Pamiętam dokładnie, ambicją doktora Andrzeja Hoffmanna było utworzyć w Żninie filię Akademii Medycznej w Bydgoszczy, stąd też budowa budynku tak niezwykłych rozmiarów - zauważa Stefan Czarnecki. - Doczekał jeszcze postawienia fundamentów i połowy pierwszego piętra - mówi Aleksander Kmiećkowiak, który w 1986 roku zastąpił Andrzeja Hoffmanna na stanowisku ordynatora oddziału urazowo-ortopedycznego, a później, na początku w 1991 roku, został też jego następcą jako dyrektor szpitala. - To wyszło źle, te zamiary były ponad siły, to się nie udało - zaznacza Zdzisław Małecki.
Wieloletniemu dyrektorowi nie było dane doczekać zakończenia budowy. 10 września 1991 roku zmarł w swoim szpitalu. Pochowany został na żnińskim cmentarzu.

W 2010 roku na holu odnowionego oddziału urazowo-ortopedycznego zamontowana została tablica upamiętniająca byłego dyrektora - wielkiego budowniczego żnińskiego szpitala; fot. z archiwum tygodnika Pałuki
- Andrzej Hoffmann miał umiejętność bywania wśród ludzi i unikania otwartych konfliktów. Jak każdy człowiek nieprzeciętny miał też swoich wrogów, bo był to człowiek stanowczy. Myślę, że Andrzej uważał na tych podejrzanych i im się przyglądał. Czasem kogoś zwolnił, bo nie pasował do zespołu - mówi Zdzisław Małecki. - Jego cele były wzniosłe, służące społeczeństwu, nie chodziło mu o to, żeby się nachapać.
Zdzisław Małecki opowiada również o tym, jak w latach 80. przyszły talony na maluchy dla aktywu partyjnego i zaproponował on taki talon Andrzejowi Hoffmannowi, ale ten odmówił, chociaż nie miał samochodu. - Byłem tym naprawdę zbudowany.
- Był nietuzinkowym człowiekiem. Ja byłem jego przeciwnikiem politycznym, ale żeśmy się lubili; był niesamowitym opowiadaczem. Czytałem jego przemówienia z plenum KC, to było coś strasznego, taka mowa-trawa, ale na co dzień on tak nie mówił, nie mówił, że budujemy dla Polski Ludowej - mówi Aleksander Kmiećkowiak. - Budował dla Żnina, nie dla socjalizmu czy dla siebie. To był człowiek, który nic się na tym działaniu partyjnym nie dorobił.
Żył, podejmując się ambitnych zadań i z konsekwencją je realizując. W latach 70.-80. Ubiegłego wieku przekształcił żniński szpital z lecznicy o XIX-wiecznych standardach w nowoczesną placówkę świadczącą pacjentom specjalistyczne usługi na najwyższym ówczesnym krajowym poziomie. W uznaniu tych zasług w 2010 roku na holu odnowionego oddziału urazowo-ortopedycznego zamontowana została tablica pamiątkowa.
Marta Złotnicka, Pałuki nr 36/2018
SLZP
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze mogą dodawać tylko zalogowani użytkownicy.
Komentarze