Protest na poziomie ziemi był mało widoczny, jeden z pracowników cukrowni uznał więc, że gdy wejdzie na komin, zobaczy go więcej osób. Nie mylił się. Sylwetka Andrzeja Majszaka była dobrze widoczna z większości ulic i z licznych mieszkań. Fotografia wykonana wieczorem, w lewym dolnym rogu widoczne ostatnie odblaski zachodzącego słońca.
fot. Remigiusz Konieczka
Protest na kominie cukrowniczym
Ani Kowy ani kawy
Średnica otworu kominowego na samym szczycie wynosi niecałe dwa metry, obwodowy mur jest cienki, ale znajduje się tam coś w rodzaju trzydziestocentymetrowego balkonika i barierka. Na tym właśnie występie stał protestujący pracownik cukrowni.
Kiedy dochodziła godzina 15:00 do uszu pracowników cukrowni dobiegły gwizdy. Okazało się, że to jeden z ich kolegów wszedł na ponad siedemdziesięciometrowy komin. Zażądał kawy, papierosów i przyjazdu prezesa Polskiego Cukru. Rozpoczęły się pięciogodzinne rozmowy z desperatem.
Okupacja, głodówka
Andrzej Majszak ma 47 lat, w cukrowni pracuje przeszło 20 lat. Jest kawalerem. W poniedziałek przystąpił - wraz z 49 kolegami - do okupacji zakładu. Pięciu z nich zdecydowało się także odwiesić - przerwaną 1 czerwca br. - głodówkę. Wśród nich był Andrzej Majszak. Szef protestujących Marek Wojciechowski powiedział, że we wtorkowy poranek Andrzej Majszak chciał podjąć ostrą głodówkę, bez przyjmowania płynów. - "Udało mi się go od tego odwieść". - powiedział Marek Wojciechowski.
Jak nam powiedzieli pracownicy cukrowni, w rozmowach wielokrotnie pojawiał się temat wejścia na komin, ale nikt tego nie brał na poważnie.
Po godzinie drugiej po południu Andrzej Majszak rozpoczął wspinaczkę na komin cukrowni. Kiedy znalazł się na szczycie było tuż przed godziną trzecią. Nikt nie był w stanie określić, kto pierwszy spostrzegł człowieka na kominie. - "Przed trzecią zaczął gwizdać i kiwać do nas" - powiedział Izydor Gutowski, pracownik cukrowni. Z kolei żona jednego z pracowników powiedziała, że tuż po wejściu rozmawiała z Andrzejem przez telefon komórkowy, który ze sobą zabrał: - "Powiedział tylko: bądźcie ze mną".
Na siedemdziesięciodwumetrowy (licząc od postawy) komin można wejść z kilku miejsc na terenie zakładu: z fabryki lub z dachu hali; po drabinie z zewnątrz albo wewnątrz komina. Andrzej Majszak wszedł po drabince zewnętrznej - od strony jeziora. Tuż przed godziną 20 o własnych siłach po tej samej drabince zszedł na dół. Nie wiemy, czy nadal prowadzi głodówkę. fot. Remigiusz Konieczka Ani kawy ani Kowy
Protestujący zabrał z sobą telefon komórkowy, przez który mógł kontaktować się ze światem.
Policja i straż pożarna były na miejscu tuż po godzinie piętnastej. Protestujący w rozmowie z kolegami pracownikami zażądał papierosów, kawy i przyjazdu prezesa zarządu KSC lub kogoś z zarządu. Podał też cztery nazwiska osób, które mogły się do niego wejść. Gdyby wszedł ktoś inny, to Andrzej zagroził, że rzuci się w dół. Przez 5 godzin akcji nikt na szczyt nie wszedł. Z dołu przez przeszło trzy godziny rozmawiali z nim policyjni negocjatorzy. Najpierw przez telefon komórkowy, a kiedy się rozładował, to przez megafon. Rzecznik prasowy Komendy Powiatowej Policji Piotr Stachowiak nie zdradził nam personaliów negocjatorów, tłumacząc to tajemnicą służbową. Byli to negocjatorzy policyjni z komendy wojewódzkiej z Bydgoszczy.
Przez cały czas w pogotowiu byli strażacy z ratownictwa wysokościowego, którzy w każdej chwili mogli wejść i pomóc zejść protestującemu. Był tylko jeden warunek - Andrzej Majszak musiał wyrazić na to zgodę. Zgromadzeni na ziemi mieszkańcu zastanawiali się dlaczego nie ściągnięto specjalistycznego sprzętu. Kapitan Sławomir Ryś ze żnińskiej straży pożarnej wyjaśnił, że w województwie kujawsko-pomorskim nie ma sprzętu, który skutecznie amortyzowałby upadek z 70 metrów, ani drabiny, która pozwoliłaby ściągnąć osobę z takiej wysokości.
Rozmowy
Na dole znalazł się siostrzeniec Andrzeja, Krzysztof Nowak, który zaczął rozmawiać ze swoim wujem: - "Słuchaj mnie. Na dole jest telewizja [TVN - przyp. rk]. Nie wiem czy przyjedzie KSC. [...] Jak przyjdą, zejdziesz? [...] Nie masz wyłączać telefonu". W rozmowie Andrzej po raz kolejny powtórzył swoje żądanie, którym było stawienie się w Żninie kogoś z zarządu Krajowej Spółki Cukrowej. Czterokrotnie ze znajdującym się na szczycie komina pracownikiem cukrowni rozmawiał Leszek Kujawa, także cukrownik i szef zakładowego NSZZ "Solidarność". Powiedział, że z prowadzonych z nim rozmów można było odnieść wrażenie, że jest w dobrej kondycji fizycznej i psychicznej. Zarówno zgromadzeni ludzie jak i służby bezpieczeństwa obawiały się czy wobec wysokiej temperatury oraz braku napojów nie dojdzie do osłabienia organizmu. Do tego dochodził fakt prowadzonej od poniedziałku przez Andrzeja Majszaka głodówki.
Do cukrowni trafili też przedstawiciele władz samorządowych: wicestarosta Michał Pęziak, pełniący funkcję burmistrza Jarosław Jaworski. Później zjawił się także ściągnięty z urlopu starosta Zbigniew Jaszczuk. Jak nam powiedział Jarosław Jaworski, o całej sytuacji został powiadomiony Urząd Wojewódzki i Centrala Zarządzania Kryzysowego. Starosta starał się skontaktować z prezesem Polskiego Cukru, który nie odbierał telefonu. Wobec tego starosta wysłał mu SMS. Przy bramie cukrowni z każdą minutą sytuacja stawała się coraz bardziej napięta. Część żon pracowników cukrowni odebrała z rąk starosty telefon komórkowy podcas jego rozmowy z wiceprezesem KSC Stanisławem Pawlakiem: - "Powiedział, że nie przyjedzie, bo nikt o proteście nie został w KSC oficjalnie poinformowany". - stwierdziła jedna z pań. Dodały, że władze KSC są zdania, że z całą sytuacją powinien sobie poradzić dyrektor, a oni nie widzą potrzeby, żeby przyjeżdżać. Później chciały zgłosić prokuraturze naruszenie prawa przez wiceprezsa, który - zdaniem kilku zebranych - poprzez zignorowanie prośby protestującego naraził jego życie. Zastępca komendanta żnińskiej policji przyjął do wiadomości powyższe zgłoszenie.
Wczoraj policja wszczęła postępowanie wyjaśniające w sprawie wejścia na komin.
Zejście
Kiedy wydawało się, że negocjacje z protestującym przedłużą się i potrwają do zmroku, szef protestujących Marek Wojciechowski zakomunikował: - "Powiedział, że zejdzie. Zaproponowaliśmy mu pomoc przy zejściu, ale oświadczył, że sam da radę". Była godzina 19:47.
Piotr Stachowiak, zastępca komendanta KPP w Żninie powiedział nam, że to po rozmowach z negocjatorami protestujący zdecydował się zejść z komina. Natomiast Marek Wojciechowski oświadczył, że zejście Andrzeja Majszaka z komina było efektem jego rozmów z protestującym. - "W rozmowie powiedział, że jak osłabnie to zejdzie. Miał przedtem zadzwonić, i zadzwonił". - powiedział Marek Wojciechowski i dodał: - "Był to wyraz determinacji i zmęczenia psychicznego spowodowanego całą sytuacją wokół Cukrowni Żnin. Obawiam się, że do takich sytuacji może jeszcze dochodzić, bo ludzie są już zdesperowani".
Po zejściu z komina Andrzeja Majszaka przebadał lekarz: - "Stwierdziłem, że jest pobudzony, ma przyspieszone tętno i podwyższone ciśnienie. Słońce go trochę przypiekło, ale nie ma oparzeń słonecznych skóry. Nie wyczułem od niego alkoholu. Hospitalizacja nie będzie konieczna. Zostawimy tego pana w zakładzie, w którym - z tego co wiem - też będzie pod dobrą opieką" - powiedziała lekarz Bernard Alski.
Całą sytuację z okna sekretariatu i swojego gabinetu obserwował dyrektor cukrowni Tadeusz Stolarek: - "Nie mam nic w tej sprawie do powiedzenia" - oświadczył "Pałukom" dyrektor. Na zewnątrz żony cukrowników powiedział, że jeśli postawa dyrektora wokół prób ratowania zakładu będzie nadal negatywna, to przyjdą z taczką.
Remigiusz Konieczka
Pałuki 649 (30/2004)
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze mogą dodawać tylko zalogowani użytkownicy.
Komentarze