Chwile grozy przeżyli przedwczoraj mieszkańcy przy Mickiewicza 60 w Żninie. Jeden z mieszkańców budynku Mirosław B. siekierą niszczył drzwi wejściowe do domu sąsiadów. Krzyczał, że ich zabije. Jedna z mieszkanek, widząc ostrze siekiery w swoim mieszkaniu, ratowała się przed rozwścieczonym mężczyzną, wyskakując z parteru przez okno.
Mirosław B. był bardzo uciążliwym sąsiadem. Pięćdziesięcio-czterolatek lubił grywać na akordeonie. W ostatnich miesiącach potrafił grać niemal cały dzień. Zaczynał o 6:00 rano, a kończył o 1:00 w nocy. Jeden z mieszkańców sąsiedniego bloku zwracał mu wielokrotnie uwagę, że jego gra jest bardzo uciążliwa dla jego chorej żony. Mirosław B. zaczął mu się później odgrażać. Od mieszkańców usłyszeliśmy, że opowiadał, że ma listę osób, które zamierza zabić. Mężczyzna, który zwracał mu uwagę, by nie grał, kiedy ludzie jeszcze śpią, miał być na niej pierwszy.
- Grał bardzo dużo od pewnego czasu. Mówiłam, że już lepiej niech gra, niż by miał komuś krzywdę zrobić, i wywołałam wilka z lasu - mówi mieszkanka bloku. Dodaje, że kiedyś nie chciał wypuścić jej córki z samochodu. Złapał za klamkę auta. Odchylał sobie jednocześnie drugą ręką spodnie. Okolice genitaliów dotykał kluczami.
Bardzo często zjawiał się w okolicach Euro Marketu, przy drodze krajowej nr 5 i wymachiwał do kierowców rękoma. Dziewięcioletnim dziewczynkom opowiadał, że ma kontakty z UFO.
Chwalił się również, że ma łącza z amerykańskim agentami. Innym razem zarzucał sąsiadce, że jest amerykańską agentką. Często chodził ze szmacianą torbą, w której nosił nóż. Jedna z naszych rozmówczyń opowiada, że widząc coraz dziwniejsze zachowania sąsiada sygnalizowała problem dzielnicowemu.

Alojzy Słodkiewicz pokazuje dziurę na wysokości wizjera, w którym dostrzegł ostrze siekiery i zdążył odskoczyć od drzwi fot. Arkadiusz Majszak
W przeddzień zdarzenia, czyli w ostatni poniedziałek, podszedł do córki jednej z mieszkanek bloku i wykrzykiwał: - Za... ich, za... jego. Dziewczyna nie zwróciła na niego uwagi i odeszła. Nikt wówczas nie zdawał sobie sprawy, że następnego dnia Mirosław B. będzie chciał zrealizować swoje groźby.
Przedwczoraj wczesnym popołudniem Alojzy Słodkiewicz, który mieszka naprzeciwko Mirosława B., zaparzył sobie kawę. Nie zdążył jej skosztować, kiedy usłyszał głośne walenie w drzwi. Spojrzał przez wizjer i zobaczył zbliżające się ostrze siekiery. Odruchowo odskoczył od drzwi. Wówczas ostrze na wysokości wizjera przebiło drzwi na wylot i wyżłobiło dziurę wielkości sporej męskiej pięści. Alojzy Słodkiewicz skierował się w kierunku balkonu. Pomyślał bowiem, że będzie skakał, jeżeli sąsiad wtargnie do mieszkania.
- Porąbał drzwi i zszedł na dół. Później przyjechała policja i pogotowie, i go zabrali. Jedna z sąsiadek, gdy to wszystko się działo, zadzwoniła na policję - wspomina Alojzy Słodkiewicz. I dodaje: - Wcześniej z jego strony były tylko groźby, ale nikogo nie zabił. Ale wczoraj, gdyby nie czuwała nad nami opatrzność, to by pewnie zabił. Ja bym sobie może jeszcze z nim poradził, ale sąsiadkę z dołu pewnie by zarąbał tą siekierą. Strachu się naprawdę najedliśmy.
Mieszkanka z parteru, prosząca o zachowanie anonimowości, opowiada, że szykowała się do pracy na drugą zmianę. Weszła pod prysznic i usłyszała głośny huk. Pomyślała, że być może sąsiad coś remontuje. Hałas jednak coraz bardziej się nasilał. Po chwili ktoś walił w jej drzwi. Kobieta szybko się ubrała i otworzyła drzwi. I zobaczyła Mirosława B. Stał odwrócony do niej plecami. Nagle odwrócił się i podniósł do góry siekierę. Zdążyła zamknąć przed nim drzwi, a w tym czasie zdążyła wślizgnąć się do mieszkania przestraszona koleżanka. Zdaniem kobiety widok był przerażający.
- Kiedy odwrócił się do mnie z siekierą, w ustach miał pełno piany. Krzyczał, że nas pozabija. Zdążyłam przed nim zamknąć drzwi. Nie wiem, jakim cudem wcisnęła się do mieszkania koleżanka. Kiedy zobaczyłyśmy ostrze siekiery, które przebiło drzwi i przeszło na wylot, nie wiedziałyśmy, co zrobić. Więcej z tego zdarzenia nie pamiętam, bo podbiegłam do okna i wyskoczyłam - wspomina mieszkająca na parterze kobieta. I zaznacza, że tak traumatycznego zdarzenia jeszcze nie przeżyła. Zamierza wybrać się do lekarza, by przepisał jej silny lek uspokajający.
- Ja nawet nie wiem, co się w tym czasie działo z koleżanką. Ja się ratowałam skacząc przez okno. Cały czas widzę w drzwiach to ostrze siekiery. Nie zapomnę tego widoku. Problemy z panem Mirkiem nasiliły się w styczniu. Już wtedy zaczynał się odgrażać i nam ubliżać. Teraz krzyczał, że nas pozabija, że zrobi z nami porządek. Do mnie krzyczał, że współpracuje z Ameryką, a ja jestem ich agentką, dlatego musi mnie zlikwidować - mówi nasza rozmówczyni.
Mieszkańcy bloku zgodnie twierdzą, że nie wyobrażają sobie sytuacji, by Mirosław B. miał wyjść na wolność i ponownie zamieszkać z nimi w jednym budynku.
- Składając zeznania na policji powiedziałem, że się boję. Mówiłem, że jak go podleczą i przywiozą, to jest po nas. Na policji zapewniono mnie, że jak wyjdzie ze szpitala, to będzie miał założoną sprawę, bo to były groźby pozbawienia życia - mówi Alojzy Słodkiewicz.
- On ma prawdopodobnie bardzo zaawansowaną schizofrenię. Teraz jest w szpitalu w Gnieźnie, ale boję się, że wróci. Podleczenie jest rozwiązaniem tylko na krótką metę. Taki człowiek, który choruje na schizofrenię, jest nieobliczalny. On może zabić człowieka i nie wiedzieć, co zrobił. Ja sobie nie wyobrażam, żeby on wrócił, bo to co przeżyłam, to był szok. On wszystkich straszy i grozi. On próbuje tutaj wszystkich ustawiać. Ostrzegał kiedyś ludzi, żeby nie stawiali pod blokiem samochodów. Cale szczęście, że nie poniszczył samochodów - uważa kobieta mieszkająca na parterze.
Nasi rozmówcy twierdzą, że trzeba zrobić wszystko, by Mirosław B. nie wrócił już do swojego mieszkania. Dodają, że mężczyzna nie ma zapewnionej opieki.
- Nikt się nim nie zajmuje, a on rozpowiada, że ma listę, kogo pierwszego zabije. My się boimy. Drzwi cały czas mamy zamykane i mówimy dzieciom, żeby lepiej z domu nie wychodziły - mówią zastraszeni mieszkańcy.
Nadkomisarz Krzysztof Jaźwiński, oficer prasowy Komendy Powiatowej Policji w Żninie, wyjaśnia, że wysłani na miejsce zdarzenia policjanci zastali 54-letniego mieszkańca bloku, który trzymał w ręku siekierę. Funkcjonariusze zauważyli również uszkodzone trzy pary drzwi wejściowych do mieszkań.
- Policjanci z uwagi na agresywne zachowanie 54-latka przewieźli go do szpitala, gdzie pozostał na obserwacji. Mieszkańcy bloku, którym groził mężczyzna, już złożyli zawiadomienia o popełnieniu na ich szkodę przestępstw gróźb i uszkodzenia mienia. Desperatowi za czyny, których się dopuścił, grozi kara do 5 lat więzienia - tłumaczy Krzysztof Jaźwiński.
Arkadiusz Majszak
Pałuki nr 1059 (22/2012)
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze mogą dodawać tylko zalogowani użytkownicy.
Komentarze