Kiedy Jakub Berenda dostał się wraz z rodziną pod okupację sowiecką w 1939 roku, chciano jego dom włączyć do kołchozu. Podczas okupacji niemieckiej został pobity przez Ukraińca za to, że jest Polakiem. Gdy w 1944 roku szedł w kolumnie rekrutów Armii generała Berlinga po raz kolejny znalazł się po niewłaściwej stronie. Próba odwrócenia losu zakończyła się fiaskiem. Był tam, gdzie musiał, a długo po wojnie władza ludowa wmówiła mu, że był w Berlinie, którego na oczy nie widział. Pełne sprzeczności losy wojenne skierowały go na Pałuki.
Jakub Berenda prezentuje medal „Zasłużonemu Saperowi WP”. Dostał go za rozbrojenie 17.000 min. fot. Remigiusz Konieczka Informacje dotyczące rajdu rowerowego śladami Stepana Bandery skłoniły Jakuba Berendę z Żernik do opowieści o swoich wojennych losach. W Żninie miał do załatwienia kilka spraw, postanowił więc wejść do redakcji i opowiedzieć o tym, jak brał udział w obławie na Stepana Banderę, ukraińskiego działacza niepodległościowego. Od słowa do słowa - opowiedział o całych swoich wojennych losach.
PIERWSZE WEJŚCIE SOWIETÓW
Jakub Berenda urodził się w 1921 roku. Wraz z rodzicami, 7 siostrami i 3 braćmi mieszkał we wsi Meducha niedaleko Stanisławowa. Były to południowo-wschodnie krańce II Rzeczypospolitej. Kiedy w 1939 roku wybuchła wojna, miał 17 lat. Już wtedy na jego głowie było prowadzenie gospodarstwa, ponieważ jego ojciec chorował na reumatyzm, a starszego brata w 1938 roku powołało Wojsko Polskie. Teraz nasz bohater nie przypomina już silnego chłopaka z czasów wojny. Nic dziwnego. Ma 88 lat. Chodzi pochylony. Palce u rąk nie są sprawne tak jak dawniej, ale podczas opowiadania wykazuje bardzo dobrą pamięć.
Dawne województwo stanisławowskie znalazło się we wrześniu 1939 roku pod okupacją Związku Socjalistycznych Republik Sowieckich (ZSRS). - To w nocy było, jak Ruski weszli. Z daleka widać było światła, a czołgi to kierowały się wprost na nasze okna. Matka w płacz, bo Armia Czerwona ciągnie - wspomina Jakub Berenda. - Później nas zaczęli namawiać, żebyśmy przyłączyli się do kołchozu. Pamiętam, że wtedy musieliśmy się pilnować. Czuwaliśmy, żeby na nas nie napadli i nie wywieźli. Nie daliśmy się. Nie zdążyli nas skolektywizować, bo wszedł Hitler.
WEJŚCIE HITLERA
W grudniu 1943 roku Jakub Berenda wracał ze spotkania ze swoją ówczesną dziewczyną, która mieszkała w części zamieszkanej przez Ukraińców. Cały czas mieszkał z rodziną we wsi Meducha w dawnym województwie stanisławowskim. W tym czasie kilkadziesiąt kilometrów na północ, na Wołyniu, Polacy przeżywali bardzo trudny okres. Przez miejscowości zamieszkane przez Polaków przeszła druga fala czystek narodowościowych prowadzonych przez oddziały Ukraińskiej Powstańczej Armii (UPA). Z założenia ukraińscy nacjonaliści chcieli, aby po odejściu Niemców, tereny te były jednolite pod względem etnicznym. Dochodziło do takich sytuacji, że Ukraińcy mordowali wszystkich mieszkańców, a potem palili całą wieś. Czystki zaczęły się w lutym 1943 roku. Pierwsza fala rzezi przypadła na lato1943 r., a kolejna na koniec grudnia 1943. Czystki ogarnęły w największym stopniu województwo wołyńskie, a w mniejszym województwa sąsiednie np. lwowskie, czy stanisławowskie.
- Byli we wsi wtedy jeszcze Niemcy. Mieszkałem na drugim końcu wsi. Była godzina jedenasta wieczorem. Pieszo wracałem do domu z części, w której mieszkali Ukraińcy. Tam też gromadzili się na tajnych spotkaniach banderowcy. Nagle z bramy wyszedł Ukrainiec przebrany w mundur policyjny. Chciał ode mnie kenkartę. Odpowiedziałem, że nie mam i wtedy strzelił mnie w pysk. Drugi raz mnie się zapytał i drugi raz dostałem. Później zaczął wydawać komendy „padnij” i „powstań”. Musztrował mnie tak kilkanaście razy. Później uderzył mnie w twarz pięścią i wtedy poczułem krew w ustach. Dostałem kilka razy. Przewróciłem się do rowu, żeby uniknąć kolejnych uderzeń. Nic to nie pomagało. Kazał wyjść, a jak wychodziłem, to znowu uderzył. Kiedy już udało mi się wyjść na szosę, to padła komenda „biegiem marsz”. Cały czas był za mną. Krzyknął „stój”. Zaczął ponownie musztrować: „padnij, powstań, padnij, powstań”. Myślałem, że już po mnie. Zobaczyłem, że cały czas trzymał się z tyłu. Nie miałem już siły, ale się zebrałem i ruszyłem co sił. On zaczął krzyczeć. Ja biegłem, bo mi strach sił dodawał. Wieś ciągnęła się niemiłosiernie. Miała ze cztery kilometry. Skręciłem w podwórze kuzyna. Zapukałem do drzwi. Otworzyli mi. Czułem się już słaby. Odpocząłem chwilę i przez pola dotarłem do domu. Jak mnie matka zobaczyła pobitego i okrwawionego, to się przeżegnała. Na tym się skończyła ta historia. Dlaczego mnie pobił? Rozpoznałem go. Znałem jeszcze z czasów szkolnych. Pewnie im się nie podobało, że tam przychodzę i chcieli mnie odstraszyć. Organizowali tam swoje schadzki. Wiedzieli, o której godzinie będę wracał i na mnie czekali. Kto wie, może jakbym nie zaczął uciekać, to by mnie zatłukł - opowiada nasz bohater.
DRUGIE WEJŚCIE SOWIETÓW
Armia Czerwona przekroczyła granice Polski po raz drugi 4 stycznia 1944 roku. Chodzi o obowiązującą wówczas granicę z 1939 roku. Dopiero w lipcu, kiedy front zatrzyma się na rzece Bug, propaganda stalinowska oświadczy, że Armia Czerwona wkroczyła do Polski, w której tak naprawdę była od pół roku. Jakub Berenda doczekał kolejnej zmiany okupanta w Stanisławowie, w którym znalazł się wraz z bratem. Na południowo-wschodnich kresach Polacy organizowali różnego rodzaju grupy samoobrony. Głównie w obawie przez czystkami ze strony Ukraińców. Mając w pamięci niedawne doświadczenia z ukraińskim sąsiadem Jakub Berenda wstąpił do jednego z takich oddziałów.
W DOMU BANDERY
- Po kilku dniach zaczęła organizować się tam milicja. Wstąpiłem na ochotnika. Był to oddział samodzielny, składający się z Polaków. Dlaczego mówili na to „isterbitny batalion”, to tego nie wiem. W sierpniu mieliśmy przeszukać dom Stepana Bandery. Nie wiem, kto ten rozkaz wydał. Szukali ochotników. Zgłosiłem się. Poszliśmy tam w dziesięciu. Byliśmy ubrani po cywilnemu i bez broni. Wiadomo było, że on tam mieszkał i może być. Pięć osób zostało na zewnątrz, a więc pięć weszło do środka. W domu była tylko jego żona i dwie córki. Żona, jak nas zobaczyła, to w płacz i zemdlała. Córki do niej doskoczyły, żeby pomóc. My dalej robiliśmy swoje. Zaczęliśmy przeszukanie po pokojach i szafach. Zaglądaliśmy nawet pod łóżka. Zrobiliśmy rewizję na strychu. Mnie w udziale przypadło wejście na strych. Strach był, ale nic nie znalazłem. Oprócz żony i córek nikogo w domu nie było. Nasz dowódca nie kazał nam niczego ruszać i zostawić tak jak było. Wyszliśmy z domu i Bandery nie znaleźliśmy - opowiada Jakub Berenda.
Stepan Bandera, przywódca nie tylko ukraińskich nacjonalistów, ale wszystkich tych, którzy chcieli niepodległości Ukrainy, we wrześniu 1941 roku został uwięziony w obozie koncentracyjnym w Sachsenhausen w Niemczech. Wywiad sowiecki zlikwidował go w 1959 roku w Monachium.
- My nie wiedzieliśmy, że Bandery tam nie ma. Nasi szefowie przypuszczali, że może tam być. Gdybyśmy wiedzieli, że nie ma go, to pewnie obławy na niego nikt by nie urządzał - mówi Jakub Berenda.
REKRUT
Po rewizji w domu Bandery w Stanisławowie Jakub Berenda otrzymał powołanie do wojska i wstąpił w szeregi tworzonej 1. Armii Wojska Polskiego, która z oddziałami Armii Czerwonej przechodziła przez zachodnie tereny dzisiejszej Ukrainy. Powiedział, że wyboru nie miał, bo powołany został cały rocznik. Kiedy ruszyli w kierunku zachodnim, do obecnych granic Polski, byli konwojowani przez garnizon czerwonoarmistów oraz dwie tankietki. Tankietki miały chronić rekrutów przed oddziałami UPA. Jakub Berenda pamięta, jak widział w oddali dymiące zgliszcza ukraińskich wsi. Tak rozprawiali się z nimi sowieci, którzy chłopów zamykali w stodołach, a kobiety z dziećmi wyrzucali z wiosek.
Władze ZSRS nie życzyły sobie na tyłach żadnych związków bojowych innych niż Armia Czerwona i NKWD. Stąd wszystkie inne oddziały zbrojne, łącznie z polską Armią Krajową, czy UPA, były rozbijane przy użyciu siły. Wszelkie przejawy niesubordynacji ze strony Ukraińców wobec władzy sowieckiej były ostro tłumione.
Stodoły, z ludźmi w środku, były podpalane. Mieszkaniec Żernik powiedział, że okrucieństw dopuszczały się wszystkie strony przebywające na dawnych Kresach, czyli obecnej zachodniej Ukrainie. Nasz rozmówca powiedział, że jego wuja (brata matki) podczas powrotu do swojego gospodarstwa otoczył oddział ukraiński. - Później jego ciało zostało znalezione w lesie, przywiązane do drzewa. Zwisały z niego płaty skóry, które z niego zdzierali - relacjonuje Jakub Berenda.
NIE TO WOJSKO
Niezależnie od tych wydarzeń, wraz z konwojentami Polacy doszli do okolic Gródka Jagiellońskiego [ob. Gorodok]. Kiedy weszli na ziemie rdzennie polskie, miejscowa ludność powiedziała im, że znaleźli się w wojsku wrogim, bo sprzymierzonym z Armią Czerwoną i ZSRS. - Zaczęliśmy się cofać całą grupą, żeby wrócić w nasze rodzinne strony. Jednak czołgi zagrodziły nam drogę i musieliśmy iść dalej. Pod Jarosławiem wraz z bratem i kilkoma innymi rekrutami, sześciu nas w sumie było, oderwaliśmy się od grupy. Zatrzymaliśmy się u jednego z gospodarzy. Pomagaliśmy mu w pracach polowych. Kopaliśmy ziemniaki i pędziliśmy bimber. Z tego co się dowiadywaliśmy, od wojska oderwały się też inne grupy i ukrywały się w okolicznych wsiach. Po kilku dniach dotarła do nas informacja, że wojsko organizuje na nas obławę. Uznali wszystkich za dezerterów, a kogo znaleźli, to stawiali pod ścianą i pakowali kulkę. Postanowiliśmy sami się ujawnić i zgłosiliśmy się do Jarosławia. Niektórzy z nas mieli bimber i dzięki temu nas przyjęli, tak że nikomu nic się nie stało - opowiada Jakub Berenda.
W Jarosławiu świeżo upieczeni żołnierze czekali trzy tygodnie na tak zwanego kupca. Tak w żargonie wojskowym określali dowódcę. Byli bez mundurów, ale szkolenie już się rozpoczęło. Wśród powołanych żołnierzy dowództwo szukało kandydatów na oficerów, a później na podoficerów. - Nie było chętnych. Wzięli ustawili całą kompanię, około 100 ludzi, i kazali odliczyć. Numery od pięćdziesiątki dostały komendę w lewo zwrot i zostały skierowane do szkoły podoficerskiej - mówi Jakub Berenda.
W ZRUJNOWANEJ WARSZAWIE
Jesienią 1944 roku były mieszkaniec Kresów przechodził szkolenie wojskowe. Uczęszczał na wykłady dotyczące rodzajów min i sposobów ich rozbrajania. Miał zostać saperem. 15 grudnia zdał egzamin w Jarosławiu. 4 stycznia 1945 roku jego oddział został skierowany w kierunku Wisły. Najpierw dotarli na Pragę, a później do Warszawy. Saperzy mieli zadanie rozminowania stolicy. Zanim dostali się na lewy brzeg, musieli przekroczyć Wisłę. Zadanie okazało się bardzo trudne, bo robili to przy blisko 30-stopniowym mrozie i przy ostrzale niemieckiej artylerii. Wojsko było polskie, ale umundurowanie mieli sowieckie. Nasz bohater miał to szczęście, że do stolicy Polski mógł wejść ubrany w polski płaszcz.
- Płaszcz miałem polski. Nie wszyscy mieli polskie mundury. Dla mnie o płaszcz postarał się mój brat, który trafił do żandarmerii. Gdzieś około 14 stycznia ruszyła ofensywa. Żołnierze przeprawiali się przez Wisłę na czym się dało. Na łodziach, deskach, wrotach, na tym, co kto miał pod ręką. Niemcy swoje robili. Jedno piekło na rzece było. Wszędzie jęki i krew. Początkowo wszyscy szli po lodzie, ale nie trwało to długo, bo bomby go rozbiły. Na drugim brzegu też nie było lepiej. Ulice były zaminowane. Robiliśmy przejścia. Nie było to łatwe, bo 90% miasta leżało w gruzach. Było niebezpiecznie, bo te budynki, które zostały, w każdej chwili mogły się zawalić. Raz na ul. Litewskiej szły zakonnice. Było ich sześć. Przechodziły obok ściany, która się na nie zawaliła - opowiada mieszkaniec Żernik.
Banderowcy - Frakcja Organizacji Ukraińskich Nacjonalistów, powstała w lipcu 1940 w Krakowie. Potoczna nazwa „banderowcy” pochodzi od nazwiska przywódcy Stepana Bandery. OUN-B odegrała kluczową rolę w inspirowaniu i przeprowadzeniu przy pomocy UPA ludobójstwa polskiej ludności cywilnej. Banderowcy jako nieformalna frakcja OUN istnieli już przed II wojną światową. We wrześniu 1939 r. OUN pod kierownictwem Lwa Rebeta odmówił kategorycznie wykonania polecenia zarządu zagranicznego OUN (pod kierownictwem Andrija Melnyka) wszczęcia powstania antypolskiego, jako dywersji na rzecz Niemiec. Decyzja Rebeta podjęta w zastępstwie Bandery była podstawą rozłamu w OUN na frakcję OUN-M (Andrij Melnyk - melnykowcy) i OUN-B (Stepan Bandera – banderowcy). Stronników Bandery cechował większy radykalizm, zarówno pod względem społecznym, jak i narodowym. Z nacjonalistycznego radykalizmu zwolenników Bandery wynikało dążenie do uniezależnienia się od Niemiec – Trzecią Rzeszę traktowano jako taktycznego sprzymierzeńca, z którym stosunki miały być partnerskie, a nie jako hegemona. Ze względu na niespełnienie przez Niemców nadziei na stworzenie państwa ukraińskiego (oddanie Rusi Zakarpackiej Węgrom, przyłączenie Galicji do Generalnego Gubernatorstwa) część środowisk OUN zniechęciła się do współpracy z Niemcami. W połowie sierpnia 1941 Niemcy rozpoczęli likwidację OUN-B, aresztując jej czołowych działaczy. Spowodowało to przejście ocalałych do konspiracji. Niemieckie polowanie na banderowców trwało do stycznia 1942, w jego wyniku w więzieniu w Krakowie uwięziono ponad 300 działaczy. Banderowcy w większości przeszli do konspiracji, tworząc oddziały UPA. W OUN w kwietniu 1942 roku podjęto decyzję o walce na własną rękę, zarówno z wrogiem sowieckim, jak i niemieckim. Już w październiku 1942 we Lwowie zostało zamordowanych dwóch hitlerowskich komisarzy. Niemcy w odwecie rozstrzelali stu Ukraińców. Podobne przypadki pojedynczych mordów na urzędnikach niemieckich miały miejsce w następnych miesiącach. Za każdym razem akcje te kończyły się rozstrzeliwaniem setek Ukraińców.
źródło: Wikipedia
JAK ROZBRAJAĆ MINY
Pod koniec lutego oddział saperów został skierowany w inne miejsce. Przez Radom dotarli na Kielecczyznę w okolice Sandomierza. Tam rozminowywali wał powodziowy nad Wisłą.
- Raz, to chyba już na drugi dzień było, jednemu partyzantowi z AL nogę urwało. Podczas eksplozji pepeszę mu odrzuciło i kiedy leżał zaczął sięgać po broń, a jak nie mógł, to krzyczał „dobijcie mnie”. Jeden z nas chciał mu pomóc. Wszedł i też mu nogę urwało. Musieliśmy wziąć szpilki i powoli dotarliśmy do nich - wspomina nasz rozmówca. Jakub Berenda wykazuje się doskonałą pamięcią, gdy mówi o sposobie rozbrajania różnych typów min: przeciwpancernych, przeciwpiechotnych, czy min typu S.
Ze spokojem opowiada o tym, że saperzy nie mieli wykrywacza metali, który sygnałem dźwiękowym sygnalizuje obecność miny pod ziemią. Swoją pracę wykonywali przy pomocy dwumetrowego drzewca zakończonego metalowym drutem. Wkłuwali się w ziemię i macali, czy szpilka nie natrafia na opór. Jakub Berenda mówi, że najgorsze były miny przeciwczołgowe. Równie groźne były tzw. es mine [mina typu „S” - przyp. rk], które napełnione były odłamkami. Na zewnątrz wystawały trzy druciki. Kiedy żołnierz trącił drut, to uruchamiał się zapalnik, mina wyskakiwała na wysokość około metra i wtedy eksplodowała, raniąc wszystkich w promieniu 70 metrów. Miny przeciwczołgowe również były niebezpieczne ze względu na dwa zapalniki. Jeden umieszczony był w znanym wszystkim saperom miejscu, a mianowicie w środku talerza. Kiedy saper wyjął go z miny i kiedy wydawało się, że mina jest rozbrojona, to często przy próbie jej wyjęcia z ziemi następowała eksplozja. Miny te miały z boku umieszczony jeszcze jeden zapalnik, który sznurkiem i przy pomocy kołka drewnianego przytwierdzony był do ziemi. Z chwilą uniesienia miny, saper pociągał nieświadomie za sznurek i uruchamiał zapalnik.
- Dochodziło do tragicznych wypadków. Raz trzech kolegów rzucało rozbrojone miny na stertę ułożonych min, też rozbrojonych. W pewnym momencie nastąpiła tak duża eksplozja, że po saperach nie zostało nic. Tylko spopielone kawałki ubrań. Jedna z min na kupie musiała nie być rozbrojona i wybuchła - wspomina żołnierz.
BERLINGOWCY I AK
Podczas służby na Kielecczyźnie często dochodziło do kontaktów żołnierzy I Armii WP z oddziałami Armii Krajowej. Po raz kolejny mógł zobaczyć, jak dzielą się ludzie. Na Kresach funkcjonowały podziały na Polaków i Ukraińców, na sowietów i kułaków, na okupantów i ofiary. Tutaj rozłam był widoczny wewnątrz jednego narodu. Symbolem podziału był wizerunek Orła na żołnierskiej czapce.
- Maszerowaliśmy raz do jednej z wiosek. Na drodze przed sobą zobaczyliśmy jakiś oddział. Zatrzymaliśmy się na chwilę. Obie strony zobaczyły z kim mają do czynienie i bez słowa defilowaliśmy sobie. Raz mnie okrążył oddział AK, zabrali pepeszę, do której nie miałem zresztą magazynka, sprawdzali dokumenty, ale później puścili. Myśleli, że jestem z UB. Ludzie reagowali różnie. Raz, kiedy spacerowałem ulicami Radomia, podszedł do mnie starszy pan, popatrzył na czapkę i kazał zdjąć kwokę z rogatywki. Orły, te co mieliśmy, różniły się od przedwojennych. Ja po bracie miałem takiego przedwojennego orła na czapkę, ale oddałem jednemu chorążemu po szkole - wyjaśnia mieszkaniec Żernik.
Latem 1945 roku Jakub Berenda trafił do starych carskich koszar pod Modlinem. Stamtąd odszedł do cywila. W tym czasie jego rodzina w ramach repatriacji trafiła do Bożejewic.
- Najpierw wysyłałem listy na stary adres. Później otrzymywałem informacje, że tego adresu już nie ma. Rodzina listownie dała mi znać, że są w Bożejewicach. Tam też pojechałem, choć wojsko namawiało mnie, żeby zostać. Byłem plutonowym, ale nie chciałem zostać. Na koniec było pożegnanie i wspólny obiad. Podstawili ciężarówkę i zabrali jednych na wschód, a innych na zachód - twierdzi nasz bohater, który wojnę skończył w stopniu sierżanta.
Z KRESÓW NA PAŁUKI
Za swoją służbę w wojsku otrzymał kilka medali. Ma medal Zasłużony na Polu Chwały 1944, medal Za Warszawę, Za Wolność i Zwycięstwo i Za Udział w Walkach o Berlin. - Do tego ostatniego się nie przyznaję, bo tam nie byłem. Skierowano do Berlina tylko część mojej jednostki - mówi. Za rozbrojenie 17.000 min dostał medal Zasłużonemu Saperowi WP. W 1975 roku, będąc już w stanie spoczynku, dostał awans na starszego sierżanta.
Wychodząc cało z największej w dziejach ludzkiej hekatomby, ocierając się o śmierć, przymusową kolektywizację, czystki narodowościowe, służąc w wojsku, które kojarzone będzie z komunizmem, cały czas znajdował się w sytuacjach, na które nie miał wpływu i które stawiały go w przegranej sytuacji. Paradoksem było to, że dostał medal za zdobycie Berlina, w którym nigdy nie był. Władze uznały go za zwycięzcę, ale cóż z tego skoro rodzinnych stron już nie mógł zobaczyć.
W 1945 roku zamieszkał w Bożejewicach. Później zaczął pracę w Żernikach. Tam mieszka z rodziną do dziś. Od czasów wojny nie odwiedzał swoich rodzinnych stron w okolicach Stanisławowa.- Było żal wtedy i jest dziś. Jak w 1944 roku przekroczyłem granicę, to już nie wróciłem. Jak była Zimna Wojna, to nie traciłem nadziei, że wrócę. Teraz nie ma na co liczyć - twierdzi Jakub Berenda. - Moi krewni byli trzy razy. Nasze domostwa zostały dołączone go kołchozu.
Remigiusz Konieczka
Pałuki nr 917 (36/2009)
Jakub Berenda zmarł 13 lutego 2019 roku w wieku 97 lat. Spoczął na cmentarzu w Żernikach. [przyp. mr]
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze mogą dodawać tylko zalogowani użytkownicy.
Komentarze