Ksiądz mgr Kazimierz Warda, jeden z przedwojennych absolwentów, do dziś pracuje w Żninie, w parafii Najświętszej Marii Panny Królowej Polski.

Ksiądz mgr Kazimierz Warda
- Kiedy ukończył ksiądz szkołę?
- Maturę zdawałem w 1936 r. Było to jeszcze gimnazjum ośmioklasowe, humanistyczne.
- Czy był ksiądz pilnym uczniem, czy może wagarował?
- Nie, o wagarach nie było wtedy mowy, to były zupełnie inne czasy. Można się było jedynie spóźnić. Spóźniali się ci, którzy dojeżdżali. Kiedy mieliśmy pierwszą łacinę z p. Synakiem w klasie na dole, brałem przy szkole rower na plecy, że niby mi się rower zepsuł. Ale tak nie było, po prostu się spóźniłem, a żeby nic mi nie groziło, udałem, że rower mi się zepsuł. Pan Synak wtedy mówił: "Już siadaj Warda, siadaj".
- Czy były takie przedmioty, których ksiądz nie lubił lub które bardzo lubił?
- Nie, takich nie było. Kiedyś nie lubiłem matematyki, ale kiedy zmienił się matematyk na pana Piotrowicza bardzo polubiłem ten przedmiot.
- Kto wtedy był dyrektorem?
- Jan Słomka, to był taki starszy pan.
- Dlaczego wybór padł właśnie na księdza, a nie np. na nauczyciela?
- To zaczęło się już od czasu I komunii św., wtedy była to pierwsza myśl. Uczył nas ks. Anioła - były oficer, zdobywał Żnin, przyszedł tutaj do nas jako ksiądz. Mówił, że ktoś musi go zastąpić, wymienił różne nazwiska, w tym i moje. Wtedy pierwszy raz pomyślałem o tym. Poszedłem do seminarium. Nauka ta trwała 10 lat ze względu na wojnę. Przyjmował mnie bł. Michał Kozal, było to w 1936 r. W Żninie było nas sześciu kleryków, ja jedyny w czasie wojny zostałem na miejscu, bo pewien znajomy Niemiec wpisał mi, jak zawód - student teologii. Pracowałem na żnińskiej kolejce. Pierwszą wypłatę otrzymaliśmy w postaci litra spirytusu. W styczniu 1945 r. kiedy wkroczyły wojska radzieckie, nastąpił koniec wojny. Organizowaliśmy wtedy szkołę (teraz jest to SP 1), nie było nauczycieli. Chodziliśmy po znajomych nauczycielach i prosiliśmy ich o pomoc. Była p. Kończalówna, p. Wesołkówna, ja także uczyłem. Miałem 4 klasę, wśród moich uczennic była np. p. Owsiana, którą teraz często widzę z wnukiem. Czas był stracony przez wojnę, dlatego dwa lata robiło się w rok. 2 VI 1946 r. w Gnieźnie miałem święcenia, a 4 VI 1946 r. prymicję w Żninie, to był poniedziałek. Nikt nie walczył jeszcze z kościołem, szkoły miały wtedy wolne. Byłem w Bydgoszczy w kościele św. Trójcy, także w kościele Miłosierdzia w Nakle.
- Co należy do największych osiągnięć księdza?
- Praca z dziećmi i młodzieżą. Potrafię z nimi znaleźć wspólny język. Studiowałem pedagogikę na KUL. Lubiłem i lubię przebywać z dziećmi. Miałem ambicję pokazać, że dzieci we wsi wcale nie są gorsze od dzieci z miasta. Bardzo miło wspominam pracę z dziećmi w Łagiewnikach. Przez całe życie nigdy nie byłem sam na wakacjach, zawsze z dziećmi zwiedzaliśmy całą Polskę. Byliśmy w Krakowie, Cieszynie, nie ma miejsca, gdzie nas nie było. W Gogółkowie miałem w czasie wakacji dwa turnusy dzieci po dwa tygodnie - jeden dla chłopców, drugi dla dziewczynek. Byłem także opiekunem harcerzy. U mnie na mszach młodzieżowych zawsze było tłoczno, wszyscy chodzili na religię. W ciężkich czasach stalinowskich zaocznie zdawał u mnie religię pewien syn sekretarza partii, któremu ojciec zabronił chodzenia na religię.
- Jakie ksiądz ma zainteresowania i czym zajmuje się na co dzień?
- Dużo czytam, także uzupełniam dawniejsze lektury. Lubię czytać Mickiewicza i Słowackiego, znam na pamięć całego Kochanowskiego. Lubię obejrzeć dobry film w telewizji. Na co dzień jeszcze pracuję z dziećmi.
- Dziękuję za rozmowę.
z ks. KAZIMIERZEM WARDĄ
rozmawiała EWA MIKOŁAJCZAK
Pałuki nr 85 (37/1993)
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze mogą dodawać tylko zalogowani użytkownicy.
Komentarze