Wenezuela, dla osób mieszkających w Europie, to kraj egzotyczny, oglądany zazwyczaj tylko w telewizji. Wiemy o nim tyle, co zobaczymy w wenezuelskiej telenoweli lub w programie prezentowanym przez chodzącego na boso podróżnika; tyle co przeczytamy w prasie czy w Internecie. Trzy dekady temu z posługą misyjną wyruszył tam ks. Florian Cieniuch, kapłan pochodzący spod Szubina. W przededniu trzydziestolecia pracy misyjnej w Wenezueli i czterdziestolecia święceń kapłańskich opowiedział nam, jak zaczynał swą posługę kapłańską, misyjną i jak wygląda Wenezuela dzisiaj.
Ks. Florian Cieniuch fot. Remigiusz Konieczka
Ks. Florian Cieniuch pochodzi z podszubińskich Smolnik. Jego powołanie do kapłaństwa kiełkowało przez kilka lat młodości. Jak sam wspomina, zasiało je szubińskie harcerstwo kierowane wówczas przez druha Zenona Erdmanna. Młodego człowieka ukształtowała też literatura. Z wypiekami na twarzy czytał ówczesne lektury, np. Jak hartowała się stal i Cichy Don, potem przeczytał wszystkie powieści Alfreda Szklarskiego o przygodach Tomka w różnych częściach świata. Tak rodziła się ciekawość świata. Za sferę duchową odpowiadali rodzice. Kapłan w rozmowie z Pałukami podkreśla religijność matki i ojca.
- I jak to u młodego człowieka: z jednej strony czułem szacunek do tego, a z drugiej środowisko tworzyło dystans. I chciałem być, i nie chciałem. Był taki przypadek. Świętej pamięci ks. prałat Marian Namysłowski przychodził po śmierci swojej mamy na cmentarz. Ja wyszedłem z klubu „Kaprys“. To był klub ZMS. Tam dużo palili, typowy klub młodzieżowy. Chodziłem tam nie ze względów ideologicznych, ale żeby pograć w szachy. Moim rywalem był Kaziu Rymer, który był o wiele lepszy, ale mi się czasami udawało wygrać. Ksiądz mnie spotkał, jak wychodziłem z tego klubu, a znał mnie jako ministranta, i powiedział: „Co ty tu robisz? Z ciebie już nic dobrego nie będzie“. Powiedziałem w duchu: „No to zobaczymy“. Te słowa mnie nie tylko zmobilizowały, ale ukształtowały - wspomina ks. Florian Cieniuch.
Jednak jego droga do kapłaństwa wiodła krętymi ścieżkami. Po liceum pracował w kopalni Marcel w Radlinie Śląskim (koło Wodzisławia Śląskiego). Rodzina namawiała go, by wrócił i po 10 miesiącach zaczął pracę w Zakładach Naprawczych Taboru Kolejowego w Bydgoszczy jako pracownik fizyczny. Tam pracował dwa lata i dwa miesiące. - Kiedy otworzyła się możliwość awansu, to by awansować, musiałbym się zapisać do partii. Ze względów ideologicznych podjąłem decyzję i złożyłem dokumenty w Wyższym Prymasowskim Seminarium Duchownym w Gnieźnie. I tak przeszedłem przez sześć lat seminarium, bez większych problemów, a z dużą pomocą ks. prałata Namysłowskiego - wyznaje misjonarz.
Ks. Florian Cieniuch przyjął święcenia kapłańskie z rąk śp. Sługi Bożego, Prymasa Tysiąclecia, ks. Stefana Kardynała Wyszyńskiego 5 czerwca 1976 roku fot. archiwum rodziny Cieniuchów
Ks. Florian Cieniuch ze swoją mamą po mszy św. prymicyjnej
fot. archiwum rodziny Cieniuchów
Ks. Florian Cieniuch udzielający sakramentu chrztu św. fot. archiwum rodziny Cieniuchów
Ks. Florian Cieniuch z parafianami fot. archiwum rodziny Cieniuchów
Seminarium wspomina dobrze. W sferze duchowej nie miał problemów. Musiał pracować ciężko, jeśli chodzi o naukę. Zniwelować musiał różnicę między tą wiedzą, którą miał, a tym, czego wymagali wykładowcy. Był zadowolony, ponieważ miał dużo czasu na czytanie. Jako kleryk chodził na basen, a pływać bardzo lubił. Pracował, uczył się, modlił. W końcu nadszedł dzień święceń. Przyjął je z rąk śp. Prymasa Tysiąclecia ks. Stefana Kardynała Wyszyńskiego 5 czerwca 1976 r. Tego dnia wyświęcanych było 9 alumnów. Dwóch już nie żyje. Trzech jest w Polsce, a reszta za granicą w Kazachstanie, Kanadzie i Wenezueli. Na mszę prymicyjną przyjechał do Szubina. - Pamiętam, że jeden z taksówkarzy przywiózł mnie z Gniezna do Szubina - wspomina ks. Florian Cieniuch.
Noc przed pierwszą swoją mszą spędził na plebanii. Odprawił ją w kościele pw. św. Marcina Biskupa. Pierwszą parafią księdza Floriana była toruńska parafia pw. Opatrzności Bożej na Rudaku. Po dwóch latach, w 1978 roku, trafił do parafii pw. św. Mikołaja w Gąsawie. Tam proboszczem był ks. kan. Wacław Kamieński. - Zacny człowiek, więzień obozu koncentracyjnego, wychowany w szkole niemieckiej, a mnie to pasowało. Wspaniale pomagało w organizacji pracy - mówi ksiądz Florian.
W Gąsawie kapłan również służył dwa lata. Tam zaczynał współpracę z młodzieżą. Kontynuował ją w kolejnej parafii - pw. św. Doroty w Strzałkowie. To duszpasterstwo młodzieżowe realizowane było w Oazie i w ruchu pielgrzymkowym. - Moje 10 lat w Polsce to były Oazy i pielgrzymki. Należę do tej starej ekipy, która chodziła z pielgrzymką warszawską. Potem z innymi księżmi zorganizowaliśmy pierwszą pielgrzymkę diecezjalną. Z młodzieżą się wspaniale współpracuje - wyznaje kapłan.
POWOŁANIE CZY ZACHCIANKA
W Strzałkowie ks. Florian Cieniuch pełnił posługę do 1986 roku. To właśnie w tym roku wyjechał na misję do Wenezueli, ale zanim się to stało, musiał uzyskać zgodę przełożonych.
- Gdzieś w podświadomości byłem ciekawy świata - podkreśla ks. Florian. - Jak byłem w seminarium, trzech księży wyjechało na misję do Papui Nowej Gwinei. Przyjechali się pożegnać. Rozmawialiśmy i coś tam z tego zostało. Później jeden z moich kolegów kursowych, ojciec Błaszak, franciszkanin konwentualny, pojechał na misję do Brazylii. Myśmy sobie pisali w tym czasie i ta korespondencja mnie skonkretyzowała. Napisałem list do śp. ks. Prymasa Wyszyńskiego. Jego dyplomacja, ojcostwo, inteligencja wyszły na jaw podczas naszej rozmowy. Powiedział: „Ja nie mogę zakazać księdzu jechać na misję, bo Kościół jest misyjny. Ale jako biskup muszę sprawdzić, czy to jest powołanie, czy zachcianka“. Jak jest jakiś kryzys, to wielu ludzi myśli, że jak wyjedzie, to będzie lepiej. Ksiądz Prymas chciał to sprawdzić i kazał przyjechać za rok. Jednak potem było to niemożliwe, ponieważ po roku zachorował, nie można było przyjechać, a potem zmarł. Natomiast nowy prymas jak widział kapłana, który z młodzieżą współpracuje, robi Oazy, wędruje, pielgrzymki robi, to tak łatwo go nie puszczał. Trwało to w sumie trzy lata. W międzyczasie przyjechał z Wenezueli salezjanin, ojciec Andrzej Smaruj z zaproszeniem do Wenezueli. Nie wiedziałem, gdzie jest Wenezuela. Zacząłem szukać. Wydawało mi się to bardzo egzotyczne. Za pierwszym razem ks. prymas nie dał mi pozwolenia. Po trzech latach znowu ten salezjanin przyjechał i wtedy ksiądz Glemp wyraził zgodę. Był 1985 rok i jeszcze wtedy była to nowość w środowisku diecezjalnym.
Kapłan w sierpniu 1986 roku poszedł na pielgrzymkę do Częstochowy. Jak wspomina, chciał pożegnać się z Matką Bożą. Wrócił i zaczął przygotowania do wyjazdu. 3 września 1986 r. ks. Florian Cieniuch dotarł do Caracas. Pierwsze wrażenie, jakie zapamiętał, to poczucie samotności. - Zostałem tam, bo zobaczyłem inny kościół - wyznaje nasz rozmówca. - Żywy, otwarty na ludzi, dowartościowujący laików. Jak się nowy biskup zapytał, jak się czuję, to odpowiedziałem, że jak żebrak na pustyni. Życie misjonarza jest skomplikowane. Musi żyć w dwóch światach. Świat wenezuelski musi być i świat polski także. To podwójny wysiłek.
Po trzech latach posługi misjonarz przyjechał w odwiedziny do Polski i już wtedy najbliżsi zauważyli u ks. Floriana naleciałości języka hiszpańskiego. Hiszpańskiego kapłan uczył się przed wyjazdem w Centrum Formacji Misyjnej w Warszawie. - Miałem wrażenie, że umiem, ale ludzie już nie - śmieje się misjonarz. - Chodzi o zakres słownictwa i różnorodność słownictwa. W świecie latynoskim wszyscy mówimy językiem hiszpańskim, ale jest podobnie, jak w Polsce. Wszyscy mówimy po polsku, ale Ślązak ma swój dobór słownictwa, na Podhalu mają swój. Początek był trudny, ale życie człowieka nauczyło.
Misjonarz był i jest do dyspozycji biskupa miejscowego, który kierował go do różnych parafii w różnych miejscach w kraju. Na początku był w parafii w Las Piedras. - W Wenezueli zamiast Adwentu są Aginaldos, czyli nowenny do Bożego Dzieciątka, od 16 grudnia. W tym właśnie czasie Aginaldos - wyjaśnia ks. Florian Cieniuch - zostałem przeniesiony do parafii pw. św. Anny w miejscowości o tej samej nazwie jak parafia, czyli Santa Ana.
Później misjonarz musiał zastąpić księdza, który z powodu choroby nie mógł kontynuować posługi, w miejscowości Pueblo Nuevo. Tam był 9 lat, od 1990 do 1999 r. W 1997 roku powstała nowa diecezja i nowy biskup wysłał ks. Floriana do parafii, która nie cieszyła się dobrą opinią: niepewność socjalna, opryszki. - Ale poradziłem sobie. Jak wyciągali pistolety, to starałem się z nimi dogadać, zapraszałem na bułkę, kawę postawiłem, a potem byli moimi najlepszymi stróżami - mówi kapłan.
To była parafia Los Margaritos, w której ks. Florian rozwinął duszpasterstwo młodych. Służył tam 6 lat, do 2004 roku. Potem został skierowany do parafii, w której musiał zarządzać przedszkolem w Punto Fijo. W tej parafii mieszkała głównie tzw. klasa średnia, która posyłała około 200 dzieci do tegoż przedszkola. Tu też nie było łatwo, bo nastała era prezydenta Wenezueli Hugo Chaveza, w czasie której zaczęła się walka z inicjatywą prywatną. Ale dzięki dialogowi z ludźmi, również zarządzanie stało się łatwiejsze.
I kiedy zorganizował sobie pracę w Punto Fijo, znowuż przyszło kapłanowi zmieniać parafię. Został skierowany do parafii Chrystusa Króla w miejscowości Judibana. Parafia powstała jako zaplecze dla robotników rafinerii. Ks. Florian Cieniuch przybył tam w trakcie kryzysu. Ludzie nie chcieli zaakceptować prezydenta, który chciał rafinerię upaństwowić. Konflikt wygrał Chavez i wyrzucił na bruk ponad 30 tysięcy ludzi, pracowników, inżynierów. Na ich miejsce sprowadził nowych. Konflikt dotyczył nowych i starych pracowników, a ks. Florian Cieniuch musiał go łagodzić, by ludzie się po prostu nie pozabijali.
Zapytaliśmy misjonarza, jak teraz wygląda życie w Wenezueli. Nieżyjący już Hugo Chavez obrał kurs na socjalizm. Wenezuela czasów Chaveza to niby większa pomoc socjalna z pieniędzy uzyskanych ze sprzedaży dóbr naturalnych, lecz ks. Florian Cieniuch mówi wprost, że może intencje były dobre, ale zwyciężyła biurokracja i populizm. - Żeby ludziom pomóc, to nie trzeba dawać im pieniędzy, ale trzeba nauczyć, jak pieniądze wydawać. On tę całą pomoc traktował wg kryterium politycznego. Powinien dać ludziom możliwość otworzenia własnej inicjatywy, czyli małych zakładów, szwalni, jadalni, obsługi komputerów. To trzeba dać, ale trzeba się z tego rozliczyć, a on dawał, ale bez konieczności rozliczenia. Ludzie to potraktowali jako legalną formę wyłudzenia pieniędzy od rządu. Powstawały jakieś kooperacje, spełnili warunki, wzięli pieniądze i nikt ich z tego nie rozliczył. To jest zwykły populizm polityczny. A pieniędzmi trzeba rozumnie administrować - wyjaśnia ks. Florian Cieniuch.
Mieszkańcy Wenezueli mają inną mentalność, która wiąże się głównie z tym, że mieszkają pod taką, a nie inną, długością i szerokością geograficzną. Nie ma zimy, wiosny, jesieni. Tam cały czas jest ciepło i mieszkańcy nie muszą martwić się o robienie zapasów na zimę, ponieważ cały czas coś jest do jedzenia. Nasz rozmówca dodał, że w Wenezueli nie wiedzą, co to jest niebezpieczeństwo wojny. To stwarza charakterystyczną dla ludzi południowoamerykańskich mentalność, która wiąże się z życiem z dnia na dzień. Nazywa się ją potocznie mañana.
Misjonarz mówi wprost, że politycy to wykorzystują, dając pieniądze bez konieczności rozliczenia. Po śmierci Hugo Chaveza prezydentem Wenezueli została osoba, którą namaścił, mianowicie Nicolas Maduro. Bez wykształcenia, kierowca autobusu, syndykalista, przeszkolony na Kubie bojówkarz Fidela Castro, który miał zdemontować demokrację w Ameryce Południowej. Konsekwentnie realizuje socjalistyczny plan Chaveza. Chodzi o doprowadzenie do kolektywizacji, a burzenie własności prywatnej prowadziło do zubożenia. Zaczęły padać zakłady pracy, ekonomia się rozkładała, ale Chavez to ukrywał. Nowy prezydent tego już nie potrafi ukryć.
- Ludzie cierpią głód. Wyjechałem 24 maja i wtedy za 1 USD płacili 1.200 boliwarów. W tej chwili (24 czerwca), za 1 USD płacą 2.100 boliwarów. Nie ma chleba, mąki, cukru, lekarstw, papieru toaletowego. Są kolejki. Kartek nie wprowadzają, bo nie mogą zapewnić towarów. To, że dotychczas nic nie wybuchło, to nadzieja ludzi, którzy myślą, że można to rozwiązać w sposób demokratyczny. Rząd niestety nie szuka porozumienia - twierdzi nasz rozmówca.
Zapytaliśmy również o stosunki państwo - Kościół. Misjonarz wyjaśnił, iż obecne władze nie walczą z wiarą, ale ze strukturą kościelną. Mówi się ludziom, że ksiądz w parafii jest dobry, ale biskup jest zły.
- W każdej części świata są ludzie dobrzy i są ludzie źli. Obraz prawdziwego Wenezuelczyka uformowany został przez historię i środowisko klimatyczne i geograficzne. Stworzyło to beztroskę, wspomnianą przeze mnie mañanę, czyli: „spokojnie, to się zrobi“. Ma to dobre i złe aspekty. Beztroska musi być ukierunkowana. Nie możemy postawić tylko na uczucie, ale też na racjonalizm. My w Europie przechodzimy coraz mocniej na racjonalizm, plan, punktualność, a u nich, mimo kryzysów, część uczuciowa się utrzymuje wyżej. Nie wzrasta część racjonalna i to jest wielka tragedia tych ludzi. Moi rozmówcy dziwią się często, że kraj, który ma tyle dóbr naturalnych, jest biedny. Mają nie tylko ropę, ale wiele innych dóbr, w tym górę rudy żelaza. Wenezuelczycy mają dużo uczuć, które się podobają. Klaszczą, śpiewają, ale też trzeba pracować. Według rządu kryzys energetyczny trzeba rozwiązać w taki sposób, żeby ludzie mniej pracowali i w tygodniu zamiast sześć, pracują dwa dni, bo tak najlepiej zaoszczędzić światło. Mam nadzieję, że samo życie, kryzys, zmusi ich do myślenia - uważa misjonarz.
Teraz ks. Florian pełni posługę w parafii pw. Niepokalanego Poczęcia NMP w Pueblo Nuevo. Jest tam cztery lata i nie wie, jak długo będzie.
Uroczysta msza święta z okazji jubileuszu 40-lecia posługi kapłańskiej i 30-lecia pracy misyjnej księdza Floriana Cieniucha została odprawiona 10 lipca 2016 roku o 12.00 w kościele pw. św. Marcina Biskupa w Szubinie.
Remigiusz Konieczka
Pałuki nr 1273 (27/2016)
Inne teksty:
O misjonarzu, który chciał być marynarzem
52UFLADA
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze mogą dodawać tylko zalogowani użytkownicy.
Komentarze