Reklama

O misjonarzu, który chciał być marynarzem

Rozmowa z misjonarzem pracującym w Wenezueli księdzem Florianem Cieniuchem, synem parafii świętego Marcina w Szubinie, świętującym jubileusz 25-lecia kapłaństwa.

    Ksiądz Florian Cieniuch fot. Marzena Mierzwińska

    Marzena Mierzwińska: Jak wspomina ksiądz dzień, w którym został wyświęcony na kapłana przez prymasa Stefana Wyszyńskiego?
    Ksiądz Florian Cieniuch: - To było niezwykłe wydarzenie. Choć lata płyną, tego się nie zapomina. Szczególne znaczenia ma dla mnie postawa prymasa, który stworzył atmosferę powagi i dostojeństwa. On posiadał niezwykłą cechę. W krótkich słowach potrafił wiele wyrazić. Miał wielką charyzmę. Prymasa poznałem już podczas nauki w gnieźnieńskim seminarium. Wszelkie spotkania z Nim, rozmowy, cenne uwagi wspominam jako wielkie przeżycie.
    - Po wyświęceniu na kapłana odprawił ksiądz mszę prymicyjną w kościele świętego Marcina w Szubinie. Jak ona zapisała się w pamięci?

Reklama

    - Przede wszystkim pamiętam przemowę księdza prałata Mariana Namysłowskiego. Jemu zawdzięczam wybór drogi kapłańskiej. Ksiądz prałat miał zwyczaj w letniej porze chodzić po wieczornej mszy świętej na cmentarz, na grób swojej mamy. Pewnego razu spotkał mnie przed klubem Kaprys. Tam wraz z kolegami Kazimierzem Rymerem, Walentym Paszkietem, Bolkiem Dobosiewiczem, Andrzejem i Wojtkiem Szybowiczami oraz Tomkiem Gryglewiczem lubiłem grać w brydża. Prałat Namysłowski spojrzawszy na mnie, powiedział: "Z Ciebie to już nic nie będzie". To mnie zdopingowało do tego, aby zacząć uważać na swoje czyny. Ksiądz prałat jest dla mnie wzorem kapłana.
    - Po uroczystościach przyszła pora na pracę. Dokąd został ksiądz skierowany?
    - Do parafii Opatrzności Bożej w Toruniu. Pracowałem tam dwa lata. Później na dwa lata trafiłem do Gąsawy, do śp. księdza Wacława Kamińskiego, a następnie na pięć lat do Strzałkowa koło Konina.
    - Kiedy narodziła się myśl wyjazdu na misję?
    - Zawsze imponowały mi podróże. Chciałem zostać marynarzem. Nawet złożyłem dokumenty do oficerskiej szkoły. Wojsko zaproponowało mi altylerię, a to mi nie odpowiadało. Poza tym drugim moim hobby było czytanie książek o podróżach. Czułem w sobie potrzebę poznania świata. Decydującym znakiem, kiedy zacząłem myśleć o misjach, była msza święta, podczas której żegnano trzech księży: Zbyszka Hanelta, Andrzeja Grzeli i ks. Muszyńskiego, pierwszych misjonarzy diecezji gnieźnieńskiej. Było to w 1974 roku. Trzy lata po święceniach kapłańskich po raz pierwszy zgłosiłem się do księdza prymasa z prośbą o wysłanie na misję, do Brazylii. Chciałem pracować tam ze słynnym biskupem Helder Camara.
    - Uzyskał ksiądz zgodę?
    - Prymas bardzo inteligentnie mi odmówił. Powiedział: "Jako biskup nie mogę powiedzieć nie, ponieważ Kościół jest i zawsze będzie misyjny, tak jak Sobór uczy, ale jako Twój biskup mam obowiązek wybadać, czy to jest zachcianka, czy powołanie. Przyjdź za rok."
    - Po roku ksiądz ponowił swą prośbę?
    - Niestety, sprawy skomplikowały się. Prymas zachorował, w 80. roku nie przyjechał zgodnie z tradycją do Gniezna na uroczystości św. Wojciecha, później zmarł. W następnym roku nie wybrano biskupa ordynariusza. Później nowy biskup ordynariusz nie chciał się zgodzić, ponieważ byłem zaangażowany w pielgrzymki, ruch oazowy. Powtarzałem swoje listy. W odpowiedzi dowiadywałem się, że raz byłem za stary, raz za młody na wyjazd, ale w końcu na wiosnę w 1985 roku otrzymałem zgodę.
    - Ksiądz mógł wybrać kraj, w którym chciał pracować?
    - Zawsze kapłan ma prawo wyboru. Wówczas utrzymywałem już kontakty z ks. Salezjanem Andrzejem Smarujem z Ryszewka koło Gąsawy. Dzięki tej znajmości otrzymałem zaproszenie biskupa Ramona Ovidio Pereza Moralesa z Coro w Wenezueli. Coro ma podobną historię do Gniezna. Też było pierwszą diecezją i historyczną stolicą państwa.
    - Jakie przygotowania towarzyszyły wyjazdowi na placówkę misyjną?
    - W Centrum Formacji Misyjnej w Warszawie przez rok uczyłem się języka hiszpańskiego. Poza tym utrzymywałem tam kontakty z ludźmi medycyny, podróżnikami, misjonarzami. Jechałem do Wenezueli z myślą, że jestem dobrze przygotowany. Na miejscu okazało się, że tubylcy nie rozumieją mnie. Później zorientowałem się w czym tkwiła przyczyna. Starałem się używać wyuczonych słów. Jak się okazało, był to język literacki, a nie potoczny, którym porozumiewają się Wenezuelczycy. Poza tym poznawałem niuanse językowe. W hiszpańskim bardzo ważne są dwa rodzajniki "el" i "la", które użyte przed tak samo brzmiącym wyrazem zmieniają jego znaczenie. Na przykład "el papa" oznacza "ojciec", a "la papa" "ziemniak". Zdarzało się więc, że mówiłem "Módlmy się za ziemniaka" zamiast "za Ojca Świętego".
    - Jaka była placówka misyjna, w której rozpoczął ksiądz pracę?
    - Trafiłem do ukształtowanej diecezji. W Wenezueli część misjonarzy dopiero tworzy diecezje, szczególnie wśród rdzennych Indian. Ja zostałem proboszczem parafii wiejskiej świętej Anny w Pueblo Nuevo. Był w niej zabytek narodowy - kościół Matki Bożej Niepokalanego Poczęcia z 1732 roku. Do parafii należało też 50 wiosek. Pobudowałem w nich kilkadziesiąt kapliczek.
    - Jakie wytyczał ksiądz cele do zrealizowania?
    - Uczenie ludzi, aby myśleli pewnymi wartościami. Pokazywanie możliwości życia w innych wartościach. Dla Wenezuelczyków najważniejsza jest polityka. Są fanatykami politycznymi. Byłem kiedyś w placówce misyjnej wśród Indian. Przeżyłem szok. Zobaczyłem ogromną biedę i na każdym domu plakat z jakiejś kampanii wyborczej. Później dowiedziałem się, że w dzień wyborów Indianie strzelali do siebie strzałami i rzucali kamieniami. Poza polityką dużą szkodę wyrządzają seriale telewizyjne. Są pokazywane od 100 po południu do 500 i później od 700 do 1100. Sieją dno moralne. Misjonarz musi pokazywać inne opcje życia. Pokazać to, co proponuje Kościół.
    - Z trudem przychodzi realizacja założeń?
    - Mam tę przewagę nad nimi, że kapłan w Wenezueli cieszy się dużym autorytetem. Dowodem tego jest fakt, że w Pueblo Nuevo jako drugi w historii powiatu zostałem honorowym obywatelem. Pierwszym był jeden z prezydentów kraju. Do dziś nie wiem, czym się zasłużyłem. Robiłem różne rzeczy. Byłem na przykład współtwórcą komitetu ochrony zabytków powiatu, współpracowałem ze szkołami.
    - Głównym zadaniem misji było kształtowanie postawy wiernych?
    - Niestety, nie. Równolegle z tym musiałem tworzyć parafię, budować i utrzymywać kaplice w poszczególnych wioskach. Wenezuela, pomimo bogactw naturalnych, jest bardzo biednym krajem. Istnieje znaczny podział między bogaczami i robotnikami. Obecnie w placówce, w której pracuję, w Punto Fijo, kończę budowę kościoła. Placówka znajduje się na peryferiach 400.000 miasta, w większości tworzą je slamsy. Panuje w nich ogromna bieda i mieszanina narodowości.
    - Co najbardziej zdumiewa Europejczyka w mentalności Wenezuelczyków?
    - Styl bycia. Oni nie myślą o przyszłości. Żyją dniem dzisiejszym. Na przykład nie zabiegają o uprawy, ziemia zawsze coś im zrodzi, przecież tam cały czas świeci słońce. Wenezuelczyk żyje innym tempem. Dla nas dzień podzielony jest na godziny. Dla niego istnieją tylko cztery pory dnia: rano, przedpołudnie, popołudnie i wieczór. Jeżeli mówi, że zrobi coś po południu, to znaczy między 3 a 6. Dlatego oni nie spóźniają się, w naszym rozumieniu "żyją powoli".
Ja lepiej znam historię Wenezueli niż Polski. Dla mnie nazwiska Buzek, Balcerowicz niewiele znaczą. Tam jest moje powołanie.
    - Dziękuję za rozmowę.

Z ks. Florianem Cieniuchem
rozmawiała Marzena Mierzwińska
Pałuki nr 490 (28/2001)   Inne teksty:    Chciał być marynarzem, został misjonarzem

Miejsce zdarzenia mapa Pałuki Żnin
Aplikacja na Androida

Źródło i opracowanie własne Aktualizacja: 30/07/2024 17:29
Reklama

Komentarze opinie

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.

Komentarze mogą dodawać tylko zalogowani użytkownicy.

Zaloguj się

Reklama

Wideo palukiznin.pl




Reklama
Najnowsze wiadomości