Strażacy odnieśli do domu mieszkańca wsi leżącego na ziemi podczas święta jubileuszowego OSP w Sipiorach, ponieważ uznali, że jest pijany. Pozostawili samego w mieszkaniu. Później okazało się, że miał on skomplikowane złamanie obu kości podudzia. Część mieszkańców wsi krytykuje ich za to, co uważali za dobry uczynek.
Jeden z mieszkańców Sipior opowiada, że do zdarzenia doszło przy okazji 80-lecia OSP w Sipiorach. - Jubileusz straży to wielka uroczystość w całej wsi z udziałem licznych oficjeli - mówi mieszkaniec.
Roman Bonifacy opowiada, że w trakcie trwania imprezy przewrócił się w czasie tańca i doznał złamania. Mówi, że dobrze, że strażacy go odnieśli, jednak uważa, że nie powinni go w takim stanie pozostawić na kanapie, bo mogło dojść do tragedii.
- Roman Bonifacy, niepełnosprawny mieszkaniec Sipior, dobry fachowiec, kładzie tynki, płytki, muruje, pracuje dokładnie, rzetelnie do czasu aż nie skusi go alkohol, później ma kilkudniową przerwę i wraca do pracy. Nie jest szkodliwy, nie sieje żadnego zagrożenia, uczciwy, gubi go alkohol, mieszka sam, a w domu ma wysprzątane lepiej niż niejedna kobieta. Gubi go towarzystwo od kielicha, brak rodziny - tak postrzegają go inni.

Roman Bonifacy prezentuje kontuzjowaną nogę fot. Sylwia Wysocka
- Roman mieszka sam, z tego co ustaliłem, nie było z nim kontaktu, odnieśli nieprzytomnego i nikt nawet nie sprawdził, czy żyje. A odnosił sam radny i strażacki działacz Tadeusz Lepper - mówi zbulwersowany mieszkaniec Sipior.
Tadeusz Lepper potwierdził, że odniósł wraz z innymi Romana Bonifacego do domu. Zapewnił, że można było się z nim porozumieć, na miejscu wskazał, gdzie ma klucz od drzwi wejściowych. Wnieśli go do mieszkania, rozłożyli tapczan i go położyli. - Znajoma przyszła, że leży Roman, by odtransportować go do domu. Dla nas to nie była żadna nowość, nie pierwszy raz go odnosiliśmy. Już nie raz leżał tu czy tam i go odstawiano na jego posesję - mówi Tadeusz Lepper. Zapewnia, że transportując go do domu nie zdawali sobie sprawy, że może mieć obrażenia, jęczał, miał problemy z wymową, ale tak już wcześniej bywało.
Dopiero następnego dnia dalsi sąsiedzi usłyszeli, jak Roman Bonifacy jęczał na podwórzu z bólu. Zadzwonili po pogotowie. Okazało się, że doznał on poprzedniego dnia złamania podudzia łącznie ze stawem skokowym, złamania trzonu piszczeli z przemieszczeniem. W szpitalu jednak na żaden zabieg się nie zgodził, więc nogę włożyli mu w gips i odwieźli.
Mieszkańcy mówią o zasługach księdza proboszcza Mariusza Zbieranka, który zajął się parafianinem.
- Zadzwonił do mnie Tadeusz Lepper, bym przyjechał do Romana, bo ma nogę w gipsie i silny ból. Po konsultacjach telefonicznych ze znajomym lekarzem okazało się, że musi on wrócić do szpitala i poddać się operacji, jakiej wcześniej odmówił, bo bał się, że mu nogę amputują - opowiada proboszcz. Okazało się, że jest problem z transportem, bo osobowym autem przewieźć go nie można, musi być karetka. Ks. Mariusz Zbieranek opowiada, że dzwonił do punktów medycznych w Kcyni, Nakle, Szubinie. - Nikt po tego jęczącego z bólu nie chciał przyjechać. A to, że dopiero po wizytach wieczorem, że nie ma na ten przejazd zlecenia, że potrzebny jest przekaz od lekarza. Byłem zbulwersowany. Przypomniałem sobie o Jednostce Ratownictwa Medycznego z Kowalewka, minęła chwila i byli, wtedy też dojechali ratownicy z Kcyni celem konsultacji - mówi proboszcz z Sipior.
JRM z Kowalewka nieodpłatnie przewiozła Romana Bonifacego do Szpitala Uniwersyteckiego im. Jurasza w Bydgoszczy, a tam nastąpiła szybka decyzja o operacji.
Krzysztof Napieralski, komendant JRM w Kowalewku zapewnił, że pojechali na zgłoszenie, bo jest to elementem ich metodyki działania jako ochotników ratowników. - Zobligowani jesteśmy do tego, by nieść pomoc poszkodowanym. Odmowa byłaby nieetyczna, niezgodna z naszymi założeniami i celami statutowymi, a także wysoce niemoralna z racji stosunków czysto ludzkich. Nie ma to znaczenia czy jest to osoba poszkodowana, potrzebująca pomocy z Sipior, Chwaliszewa, czy Malic - mówi Krzysztof Napierała.
Po powrocie Romana Bonifacego do domu zajmowali się nim mieszkańcy. Ks. Mariusz Zbieranek mówi, że duża w tym zasługa sołtysa Andrzeja Solarczyka. - Mobilizował mieszkańców do pomocy, Roman był czysty, oprany, nakarmiony wielka cześć i chwała sołtysowi i mieszkańcom za to - mówi ksiądz.
Sołtys Andrzej Solarczyk, który jednocześnie jest prezesem OSP mówi, że o sprawie dowiedział się dopiero następnego dnia po uroczystościach. Burmistrz Piotr Hemmerling zapewnił, że o zdarzeniu w dniu imprezy nie wiedział, nawet w kuluarach po uroczystościach jubileuszowych taka informacja do niego nie dotarła.
Sylwia Wysocka
Pałuki nr 1052 (15/2012)
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze mogą dodawać tylko zalogowani użytkownicy.
Komentarze