Reklama

Czy Białoruś zgodzi się na stały pobyt dzieci w Polsce?

    Czy Białoruś zgodzi się na stały pobyt dzieci w Polsce?
    26 kwietnia 1986 r. eksplodował reaktor w elektrowni atomowej w Czarnobylu. Trzy tygodnie upłynęły zanim wzięto się za ewakuację dzieci. Najpierw z okolic przylegających bezpośrednio do elektrowni wysiedlono... krowy i świnie. Na pomyślenie o dzieciach czas przyszedł dopiero potem.

    W sprawę dzieci mieszkających w skażonej wybuchem strefie bardzo mocno zaangażowała się mińska dziennikarka Swietłana Sawrasowa, która była inicjatorką wywożenia dzieci z zagrożonej strefy, aby chociaż przez kilka dni piły nieskażoną wodę, oddychały nieskażonym powietrzem i jadły nieatomowe owoce i chleb. Akcji tej od początku patronowała polska gazeta "Prawo i Życie", dzięki czemu po naszej stronie Bugu odpoczywało około 5.500 dzieci.
    W listopadzie 1990 r. do Ośrodka Wypoczynkowego w Reczu przywieziono 50-osobową grupę z Domu Dziecka w Tieriuchsku koło Homla.
    Dzieci były w różnym wieku, najmniejsze 6-7-letnie. Niektóre dzieci już pogodzone ze swym losem umiały sobie radzić z życiem i nie sprawiały większych kłopotów. Wszystkie dzieci ubrane były ubogo, nie posiadały dodatkowej odzieży, a była już prawie zima.
    Na apel opiekunów i księdza znalazło się kilka rodzin, które zdecydowały się zabrać dzieci na niedzielę i święta do domu. Wśród tych rodzin znaleźli się m. in. państwo Janina i Kazimierz Kochańscy z Rogowa oraz Maria i Leszek Chrzan.
    Kiedy pobyt dzieci dobiegł końca, a było to 27 stycznia 1991 r. zostały one zawiezione przez rodziny u których gościły, samochodami do Torunia. Na miejscu okazało się, że te rodziny, które chcą zatrzymać u siebie maluchy na dłużej, mogą to uczynić. W ten sposób w Polsce w różnych regionach zostało dwadzieścia czworo dzieci białoruskich.
    Pobyt dzieci koordynuje Urząd Miejski w Toruniu, Wydział Zdrowia i Opieki Społecznej i to on opłaca ubezpieczenie dzieci. Jest to jedyna ulga i zabezpieczenie na wypadek nieszczęścia. Trzeba powiedzieć jasno, że przybrani rodzice żadnej korzyści materialnej z tytułu wychowywania tych dzieci nie mają.
    Dalsze pozostanie dzieci w Polsce jest w tej chwili - po trzech latach pobytu - zagrożone. Do tej pory zezwolenia na ich pobyt były przedłużane. Dwa lata temu przyjechał z Mińska wiceminister oświaty, przedstawiciel kuratorium i dyrektorka z Domu Dziecka. Zezwolili na dwuletni pobyt dzieci w Polsce. W wrześniu 1992 roku rodziny otrzymały zapewnienie, że wszystko będzie w porządku, tymczasem teraz okazuje się, że strona białoruska domaga się przyjazdu dzieci. Przybrani rodzice dzieci nie chcą oddać.
    To prawda - wiedzieli, że sprawa jest nie uregulowana, ale pan Leszek Chrzan zdecydowany jest jechać osobiście do Genewy i Hagi, aby przez ONZ walczyć o prawa tych dzieci. A w Polsce? Na zarejestrowanie czeka Stowarzyszenie ochrony Praw Dzieci z Czarnobyla, z chwilą zarejestrowania Urząd Miejski w Toruniu przeznaczy 20 mln na sprawy organizacyjne, takie jak utrzymanie adwokata itp.
    Państwo Kochańscy wychowali trójkę swoich dzieci i właśnie ich najmłodsza córka, dziś uczennica szkoły średniej przyprowadziła małą Julię Romaniuk do domu (jako przedstawiciel rodziny poszła na pierwsze spotkanie, kiedy dzieci rozjeżdżały się w różne strony). O Julce wiadomo, że urodziła się 21 marca 1982 r., a już 17 kwietnia została oddana do domu dziecka. Jej ojciec był Białorusinem a matka Rosjanką, innych danych brak. Kiedy córka państwa Kochańskich przyprowadziła małą do domu, dziecko było przerażone, wchodziła w kąt i mówiła - "bojus", powoli lody zostały przełamane, znalazła tu prawdziwą rodzinę.
    Dziewczynka, która znalazła dom u państwa Chrzanów (rodziców sześciorga dzieci) to również Julia. Na jej temat dom dziecka nie wiedział wiele: jedynie podał imię i nazwisko, datę uroczenia, czyli: Julia Kiriejewa urodzona w  1983 r. Nie wiadomo jak trafiła do domu dziecka, jednak faktem jest, że dziecko było chore, krzyczało w nocy i moczyło się. W pierwszą noc jej pobytu pogotowie przyjeżdżało dwa razy. W tej chwili to nie to samo dziecko.
    Przyszli rodzice dzieci już dawno wyrazili wolę adoptowania dziewczynek. Ich oświadczenie znajduje się w biurze notarialnym. Robią co mogą, aby dać dzieciom poczucie przyjęcia ich do swych rodzin. Bardzo wzruszający był dzień, w którym dzieci zostały ochrzczone, a nie była to sprawa prosta, ponieważ w takich wypadkach kościół jest niezwykle ostrożny (na Białorusi dominuje prawosławie). Zezwolenie na chrzest wydał prymas Józef Glemp.
    Pojawia się pytanie, czy to nie jest wynarodowienie Białorusinek? Czy to pytanie ma jednak sens w sytuacji, kiedy dzieci nie znają swojego narodowego języka tzn. białoruskiego? Białoruś czyni trudności w pozostaniu dzieci w Polsce właśnie ze względów narodowych i patriotycznych - zawsze jest to strata obywatela. Czy jest jednak patriotyzmem odbierać dzieci z kochających je rodzin, gdzie już się zakorzeniły i porzucać je w domach dziecka, gdzie panuje nędza i niekoniecznie wielka do nich miłość?

Maria Warda
Pałuki nr 77 (29/1993)
Aplikacja na Androida

Reklama

Komentarze opinie

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.

Komentarze mogą dodawać tylko zalogowani użytkownicy.

Zaloguj się

Najnowsze rolki



Reklama

Wideo palukiznin.pl




Reklama
Najnowsze wiadomości