Mieszkanka Szubina może pochwalić się medalem Unitas Durat Palatinatus Cuiaviano-Pomeraniensis. - Uważam, że każda działalność, która może zmienić życie na lepsze - nie tylko własne, ale także społeczeństwa - warta jest wsparcia - mówi laureatka.
W tym roku przypada czterdziesta rocznica powstania Prymasowskiego Komitetu Pomocy Osobom Pozbawionym Wolności i ich Rodzinom. Z tej okazji w Bydgoszczy dwanaście osób otrzymało Medale Marszałka Województwa Kujawsko-Pomorskiego Unitas Durat Palatinatus Cuiaviano-Pomeraniensis – w uznaniu zasług na rzecz walki o niepodległość RP i prawa człowieka. Jedną z wyróżnionych osób jest Danuta Siewkowska z Szubina. W związku z wyróżnieniem postanowiliśmy porozmawiać z uhonorowaną mieszkanką Szubina na temat działalności społecznej w czasach Niezależnego Samorządnego Związku Zawodowego Solidarność, stanu wojennego i w okresie przemian społeczno-politycznych na przełomie lat 80. i 90.
Remigiusz Konieczka: - Jaki był początek działalności w Solidarności?
Danuta Siewkowska: - Jak zaczęła powstawać Solidarność, to na naszym terenie zawiązała się grupka osób, które chciały coś robić. Ja wstąpiłam do Solidarności nauczycielskiej. Działalność nasza polegała na tym, by tworzyć koła związkowe wśród nauczycieli w naszych szkołach. Ja byłam odpowiedzialna za region Szubin, Łabiszyn, Kcynia. Oprócz tej działalności była też walka o dodatkowe miejsca w przedszkolach.
- Na czym ta walka polegała?
- W Szubinie było bardzo źle jeśli chodzi o miejsca dla dzieci w wieku przedszkolnym. Dzieci było dużo, a na każde dziecko przypadało mało miejsca. Myśmy stwierdzili, że taki gmach jak komitet Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej, byłby odpowiedni na przedszkole. Wspólnie rozpoczęliśmy walkę o przedszkole. W tej akcji z naszej strony zaangażowali się, oprócz mnie, również Stanisław Hammermeister, Teresa Szymborska i Henryk Wojtas.
- I partia tak lekką ręką chciała oddać swoją siedzibę na przedszkole?
- Nie. Partia nie chciała oddać lekką ręką. Tam były biura, które bardzo by się przydały na miejsca dla dzieci. My próbowaliśmy to na sesji rozwiązać. Mieliśmy za sobą spotkania z prasą. Podaliśmy metraż jaki przypadał na jedno dziecko w istniejącym przedszkolu, a ile miejsca w budynku partii ma jeden urzędnik. Henryk Wojtas zaczął malować takie karykatury jak dzieci siedzą w klatkach. My walczyliśmy o to przedszkole w budynku partii lub w innym budynku. Próbowaliśmy i nam się to ostatecznie udało. Drukowaliśmy cegiełki o różnych nominałach, aby ludzie mogli kupić, bo uzyskane pieniądze chcieliśmy przeznaczyć na adaptację tego budynku na przedszkole.
- Co jeszcze pani robiła w ramach Solidarności, prócz walki o przedszkole?
- Byłam na pierwszym zjeździe Solidarności regionu bydgoskiego. Tam zostałam wybrana do zarządu. Zajmowaliśmy się rozprowadzaniem prasy i książek drugiego obiegu. Były msze za Ojczyznę każdego trzynastego dnia miesiąca. Udzielał się przy tym bardzo ks. Jan Kątny. Prowadziłam tez biuro Solidarności na jedną czwartą czy jedną piątą etatu. Było w Szkole Podstawowej nr 2. Przywoziłam odznaki, gazetki, flagi. To wszystko przechowywałam w domu. Ostatni transport przywiozłam dwa dni przed wprowadzeniem stanu wojennego.
- A jak wyglądała działalność w stanie wojennym?
- To była pomoc skierowana do ludzi. Wspominałam kiedyś podczas naszej ostatniej rozmowy o pomocy z Holandii. Początkowo myślałam, że w związku ze stanem wojennym to wszystko upadnie. Ale oni się jakoś tak zmobilizowali i w lutym lub na początku marca 1982 roku ten transport z pomocą z Holandii dotarł. I to już była pomoc dla rodzin osób internowanych, potrzebujących itd. Milicja już miała namiar na mnie.
- Co to znaczy, że miała namiar?
- Już 30 grudnia 1981 roku miałam w domu pierwszą rewizję. Przetrząsnęli mi wszystko. Na szczęście zdążyliśmy te rzeczy poukrywać i w domu tego nie miałam. Nic nie znaleźli. Potem była jeszcze jedna rewizja, ale powierzchowna. Był natomiast incydent, że w szkole, w czasie dużej przerwy z boiska, a więc w czasie kiedy na boisku byli uczniowie, zgarnięto Henryka Wojtasa. Właśnie za te karykatury. Tu muszę jedną rzecz wyjaśnić. Solidarność w Romecie była duża i prężna, ale to była Solidarność robotnicza, a myśmy chcieli rozwinąć tą Solidarność wśród tzw. inteligencji. Chodziło o to, żeby inteligencja poszła z nami, ale nauczyciele byli bardzo zachowawczy. Związek powstał, pomoc była, ale nauczyciele nie chcieli się za mocno ujawniać. Jak zwinęli z boiska Wojtasa, to ja się strasznie oburzyłam. Ja mam porywczy charakter i wparowałam do pokoju nauczycielskiego. Powiedziałam, że to jest kpina, że dyrekcja... że w ogóle może coś takiego zaistnieć, że na oczach dzieci zakuwa się kogoś w kajdanki i wyprowadza. Nie musiałam długo czekać, bo jak doszłam do domu, to już jeden milicjant był w mieszkaniu, a drugi stał przed domem.
- I też panią zakuli w kajdanki?
- Nie, bo akurat jeden z tych milicjantów to był kiedyś moim uczniem i powiedział, żebym poszła przodem. On był z tyłu i szedł tak, by mnie kontrolować i dzięki temu kajdanek nie miałam. Przesłuchanie jednak było bardzo brzydkie. Wykańczało psychicznie. Wmawiano nam działalność na szkodę ojczyzny i podsuwano lojalkę, w której było napisane, że przestanę działać na szkodę państwa. Powiedziałam, że ja czegoś takiego nie podpiszę, bo ja nie działałam i nie działam na szkodę Polski. Gdybym podpisała, to przyznałabym, że ta działalność była szkodliwa, a ona nie była szkodliwa.
- To była pierwsza wizyta w komendzie milicji?
- Nie, bo już wcześniej, zanim to się stało, przed każdym pierwszym maja miałam wezwania na komendę i rozmowy. Czy ja pójdę na pochód, co moje dzieci robią...
- I do tego dochodzi zakaz wyjazdu za granicę. Do Holandii.
- Tak. W związku z dystrybucją darów jakie otrzymaliśmy z Holandii i nawiązaniu kontaktów z miastem Dinxperlo, na zasadzie wymiany chórów został tam zaproszony chór im. Jana Pawła II. Ja byłam od początku członkinią chóru. Tak jak Stanisław Hammermeister. Oboje jako działacze Solidarności nie dostaliśmy wizy. Mimo, że wiele osób prosiło i były wznawiane wnioski, to nam odmówiono. Paszport i zgodę na wyjazd dostałam dopiero w 1990 roku.
- A jak było z pani działalnością przy parafii? Kiedy się zaczęła?
- Caritasu ani Akcji Katolickiej wtedy formalnie nie było, ale byli ludzie, którzy starali się ludziom pomagać. Zaczęło się od Solidarności to, że powstała Kraina Uśmiechu. Chociaż wtedy jeszcze nie nazywała się Krainą Uśmiechu. To była grupa dzieci, które chodziły na zajęcia. Prowadziła je Anna Hammermeister, nieżyjąca już. Stachu, jej mąż, tym kierował, a pomagała Benia Olszewska. To nie było wprost pod egidą Solidarności, ale poniekąd było, bo pomoc stamtąd szła. Były organizowane zajęcia, a dzieci były wysyłane na kolonie koło Wenecji. Ja już bliżej tych spraw nie byłam. Po powstaniu tej nowej Solidarności ja już nie wstąpiłam w jej szeregi, bo byłam na emeryturze.
- Powstawały wówczas komitety obywatelskie w związku z wyborami 1989 roku. Czy pani się zaangażowała w nie?
- Nie. Sympatyzowałam z Solidarnością, ale moja działalność przesunęła się w innym kierunku.
- Jak się pani dowiedziała o przyznaniu medalu?
- Na Dni Kultury Chrześcijańskiej zaprosiłam ks. Michała Damazyna. Miał mówić o św. siostrze Faustytnie. Potem jak rozmawialiśmy przy kawie, to okazało się, że pracę doktorską pisał o Solidarności. Był w trakcie przygotowywania diariusza o ludziach Solidarności. Z Szubina miał informacje tylko o Hammermeistrze i dlatego chciał się ze mną spotkać. Przyjechał, dopytywał o dokumenty, a ja miałam tylko legitymację uczestnictwa w tym pierwszym zjeździe. Resztę rzeczy oddałam do muzeum. Poszperał w zasobach muzealnych. Zadzwonił do mnie pytając czy wyrażam zgodę na zamieszczenie informacji o mnie w drugim tomie diariusza. Następnego dnia otrzymałam zaproszenie na 40-lecia komitetu. Dzień przed uroczystością z Urzędu Marszałkowskiego otrzymałam pytanie czy na pewno będę, bo zostanie mi wręczony medal. I tak się dowiedziałam o medalu.
- Czy było warto działać?
- Uważam, że każda działalność, która może zmienić życie na lepsze - nie tylko własne, ale także społeczeństwa - warta jest wsparcia. Czynnego czy choćby wsparcia słowem. Wsparcia pieniężnego albo materialnego. Wiele rzeczy by nie powstało, gdyby nie ruszyło społeczeństwo.
- Dziękuję za rozmowę.
O UROCZYSTOŚCI
Uroczystość medali wręczenia odbyła się 24 października w Klubie Altruist przy bydgoskiej bazylice św. Wincentego a Paulo, gdzie świętowano czterdziestą rocznicę powstania Komitetu, który powołał prymas Polski kard. Józef Glemp. Komitet pomagał internowanym oraz ich rodzinom, gromadził informacje o losie i miejscu pobytu represjonowanych, udzielał pomocy prawnej, dostarczał uwięzionym paczki z żywnością, lekarstwami i zimową odzieżą. w całym kraju komitet udzielił pomocy ok. 17 tysiącom ofiar stanu wojennego. W Bydgoszczy komitet działał przy bazylice, a w pomoc włączyli się działacze zdelegalizowanej w stanie wojennym Solidarności.
KIM JEST DANUTA SIEWKOWSKA
Danuta Siewkowska od 1956 roku działa w Związku Harcerstwa Polskiego. Była w IV klasie Liceum Pedagogicznego. W Sobiejuchach przeszła kurs harcerski instruktorki. Później została drużynową, podharcmistrzem i harcmistrzem. Działa do teraz w Harcerskim Kręgu Seniora. Od 1998 roku w Akcji Katolickiej, a od 2003 roku w Caritas przy parafii pw. św. Andrzeja Boboli. Za pośrednictwem Akcji Katolickiej prowadzi stołówkę św. Faustyny w Szubinie, która codziennie wydaje obiadu dla ok. 120 potrzebujących osób. Co roku organizuje w Szubinie Dni Kultury Chrześcijańskiej.
Remigiusz Konieczka, 4 XI 2022
S2UFLADA
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze mogą dodawać tylko zalogowani użytkownicy.
Komentarze