Podobowice. Dom Pomocy Społecznej. Ostatnio byłem tu wraz z niewidomą poetką Liną Kuropatnicką przeszło dwa lata temu, 13 sierpnia 1991. Były to pierwsze dni dyrektorowania nowego szefa Czesława Dalewskiego, który wygrał konkurs na to stanowisko, opuścił Nową Wieś Wielką koło Bydgoszczy, gdzie był naczelnikiem gminy i osiadł w Podobowicach.
W izbie świetlicowej, która w niedzielę bywa kaplicą, rozpoznaję znajome twarze. Janina Pastok, która woli czytać książkę w brajlu, niż słuchać książki mówionej, Jadwiga Brzozowska, Tadeusz Jaworski, Roman Szamowski. Jest też niezmordowany pracownik od spraw kultury i oświaty, nieco spięta (jednak bardziej uśmiechnięta) pani Elżbieta Nogalska.
Za chwilę pogadamy sobie wspólnie o potrzebie poezji w życiu codziennym i obecności życia codziennego w strofkach wiersza.
A na razie słyszę: - Proszę pana, przedtem to my tu nic nie mielim. A teraz byliśmy na wczasach.
- Jak się organizowała wycieczka do Biskupina, to nie chciałem wierzyć, że kiedyś tam będę. Byliśmy. Jechaliśmy ciuchcią, a tam po zwiedzaniu była nawet przejażdżka po jeziorze.
- Niech pan posłucha... Mamy swój zespół artystyczny. Nazywa się "Wesoła ósemka". Pan Roman Bleja nas prowadzi. Śpiewamy pieśni pałuckie i inne. Całkiem różne życie.
- Nas pięknie oceniono na Wojewódzkim Festiwalu Zespołów Artystycznych z Domów Pomocy Społecznej w Bydgoszczy. Powiedzieli, że my to jednak nie amatorzy.
- Mieliśmy tam też wystawę rękodzieła artystycznego...
- A zaraz jedziemy na występy do Rogowa.
Czytam wiersz Liny "Ludwik Braille". Jest bardzo cicho, a kiedy skończyłem - oklaski, kilka osób równocześnie chce coś powiedzieć. Niewidomi, a jest ich w Domu 40% znają autorkę z wielu publikacji w prasie brajlowskiej, pamiętają ją też z poprzedniej tu obecności.
Przyrzekam, że odwiedzimy Podobowice w połowie stycznia przyszłego roku - już znowu razem. Jest ciepło. Tak jak ciepłe są wełniane bambosze, które zawiozę w prezencie dla poetki do Wrocławia - prezent od całego Domu.
Właśnie. Dyrektor Czesław Dalewski postarał się, aby Dom nie był zakładem, szpitalem, przytułkiem, ale właśnie aby był DOMEM.
Salowe nie paradują już w białych fartuchach (jedynie przy posiłkach). Nie tylko sprzątają, ale są jak przyjaciel, do którego ma się zaufanie. Postarały się, aby trzymać taki autorytet, by mieszkańcy Domu byle głupstwem nie zawracali dyrektorowi głowy.
W drzwiach maleńkiego sekretariatu zderzam się z przełożoną pielęgniarek - Marią Leńską. Na szczęście czepek nie spadł jej z głowy... bo ani ona, ani pozostała szóstka pielęgniarek czepków nie noszą. Bardzo tym jestem uspokojony. To nie szpital, to Dom.
Ostatnio już wiele najróżniejszych ludzi przebywało w Podobowicach. Arcybiskup, wojewoda, delegacje z Holandii, chór "Moniuszko", ostatnio - nie po raz pierwszy - prof. Zbigniew Kowalik z Uniwersytetu im. Adama Mickiewicza w Poznaniu, zespoły artystyczne, a nawet piszący te słowa, pałucki wierszokleta z Wrocławia.
Obchodzi się tu wszystkie święta i uroczystości. I te od tańca i od różańca. A w ciągu ostatnich niemałych 2 lat odbyły się w Domu aż cztery śluby. Nie byłem, miodu nie piłem, ale zdjęcia roześmiane prześlicznie widziałem, a za normalność ludzką serdecznie dziękowałem.
Jerzy Księski
Pałuki nr 95 (47/93)
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze mogą dodawać tylko zalogowani użytkownicy.
Komentarze