Rozmowa z profesorem Józefem Kopczyńskim Podczas otwarcia wystawy autor powiedział tylko: moim właściwym językiem jest forma. Goście oglądali z zainteresowaniem i długo bogaty wybór prac z dwudziestolecia 1972 - 1992.
Na wystawę przyszli koledzy ze szkolnych lat profesora, przyjaciele, znajomi i i tutejsi twórcy: Edmund Kapłoński, Zbigniew Dolski, Eugeniusz Izdebski, Jerzy Marosz, Mariusz Niewolski. Nastąpiły serdeczne powitania, gimnazjalnym wspomnieniem podzielił się z obecnymi Hubert Kurczewski, dwie kamery poszły w ruch.
Na wystawie w wielu rzeźbach i reliefach ciekawi zestawienie brązu z kamieniem, czy drewnem, realizacje tych samych tematów w gipsie i brązie, są też bardzo skromne grafiki.
Zbigniew Dolski powiedział mi: uważam, że profesor Kopczyński jest mistrzem malej formy, te ostatnie prace to cacuszka. We wszystkich widać bardzo subtelne traktowanie materiałów. Czuje się też dużą bezpośredniość - dar świadczący o wielkiej osobowości autora. Wystarczy popatrzeć - twórca za pomocą oczu otwiera nam serca, ono wystarczy do odbioru jego prac. W nich nawet chłodny metal i zimny kamień dają wrażenie ciepła.
Według Jerzego Marosza takie, zawierające dużo ciepła, rzeczy mogą zrobić ludzie o jasnej duszy. W założeniu i realizacji są to rzeźby lubiące warunki kameralne, w Sufraganii jest im lepiej, niż w Gnieźnie.
Muzeum Ziemi Pałuckiej przygotowało informator z reprodukcjami kilku prac profesora i zaprasza do odwiedzenia wystawy wszystkie szkoły. Na taką wystawę trzeba przyjść z młodzieżą! Dlaczego? Nareszcie przyjechał do Żnina twórca. Młodzież mogła dotąd oglądać pokazywane w galerii Campari prace amatorów, folklorystyczne, masowo rzeźbione pałuckie świątki, tu może zyskać pojęcie o tym. jak daleko leży jedno od drugiego.
Anna Ksieska: Kiedy i w jaki sposób zaczął Pan rzeźbić?
Józef Kopczyński: W czasie okupacji, w Nowym Targu. Ojciec pracował w tartaku, więc korzystałem z odpadów. Strugałem zabawki na sprzedaż, z których utrzymywałem w latach 1943-44 rodzinę. Pierwsze prace to figurki do szopek, z którymi kolędowaliśmy. kozice, ale i Mickey Mouse. Niestety, nie mam żadnej z nich, a chciałbym.
- Czy ktoś w Pana rodzinie rzeźbił?
- Tak, moja mama. ojciec dopiero potem się tym zainteresował, on chciał mnie pokierować na wojskowego, ale ja od razu wiedziałem, że nie będę wojskowym
- A Pana dzieci?
- Moja żona jest rzeźbiarką, syn po rzeźbie, a teraz studiuje ją córka. To było zresztą dla mnie zaskoczenie, bo zdecydowała się nagle, a ukończyła liceum humanistyczne i muzyczne.
- Jak wygląda kształcenie rzeźbiarza?
- Nie ma na to recepty, do tego liczy się wszystko, co go otacza, nawet jazda tramwajem. Trzeba nauczyć go obserwować rzeczywistość, co on z tego zrobi - to jego osobista sprawa. Rocznie przyjmuje się na rzeźbę pięć osób, dlatego po pierwszym roku pracują niemal indywidualnie. Obserwują naturę. Najgorsze pedagogicznie, ktoś to powiedział, jest zarażanie młodych własnymi niepokojami. Oni są przecież zupełnie inni. O nauczaniu więc nie ma mowy - muszą się sami sparzyć.
- Miał Pan mistrza?
- Dyplom robiłem u prof. Bazylego Wójtowicza. Ale prof. Jacek Puget z Akademii Krakowskiej dużo mnie nauczył przy okazji rozmów i korekt, gdy byłem u niego asystentem.
- Jak powstają ogromne realizacje?
- Mieszka Pierwszego z Chrobrym robiłem dwa lata. Najpierw mały projekt w skali 1:10. Trzeba wcześniej znać miejsce i architekturę, robi się makietę całej okolicy. Potem gipsowy model 1:2 (3 metry wysoki). Sama realizacja wymaga zrobienia rdzenia z konstrukcji metalowych, drewna i styropianu - na to kładzie się i modeluje warstwę gipsu. Specjaliści z fabryki gliwickiej, którzy odlewają (a ostatnio też rozbierają) wszystkie pomniki, naznaczają miejsca, w których należy ciąć w kawałki. Cięliśmy i zdejmowaliśmy (jak połcie słoniny) warstwę gipsu do styropianu. Potem w fabryce zrobili cienki odlew w brązie i zmontowali w całość.
- Czy któremuś z Pana pomników grozi rozbiórka?
- Nie.
- A którą ze swoich prac Pan ceni szczególnie?
- Właśnie pomnik w Gnieźnie, ale bardzo lubię też maleńkie rzeźby, bawi mnie rozpiętość wymiarów. Duże realizacje wymagają namysłu, rozwiązania problemów technicznych, obliczeń konstrukcyjnych, nie mogą się przewrócić. Małe - powstają nie wiadomo kiedy i wiele uczą.
- Nad czym Pan pracuje?
- Robiłem na zamówienie PAN-u rekonstrukcje rzeźb z sali malinowej w Pałacu Działyńskich. Teraz pracuję nad trzymetrową realizacją rzeźby "My" (na wystawie można zobaczyć ją w mniejszym wymiarze). Chcę zawrzeć swoje doświadczenie życiowe, nawiązuję w niej formą do Światowida: "My" jesteśmy zrośnięci ze sobą biologią, ale każdy patrzy w swoją stronę trochę ślepymi oczkami. Jak wszystkie mądrości, nauki: filozofia, matematyka, historia, religia? osobno.
- Co Pan sądzi o tzw. współczesnej ludowej rzeźbie pałuckiej?
- Ludowej rzeźby jest już bardzo mało, bo ona powstaje nie na sprzedaż, a spontanicznie (może jest u Eskimosów?). Pałuckiej rzeźby nic widzę.
- Dlaczego rzeźbi Pan stale człowieka?
- Chcę w okazaniu rzeźby realistycznej uzyskać abstrakcję. Moim marzeniem jest, by to było zrozumiałe przez ludzi niewykształconych w kierunku sztuki, ale odpowiadało i fachowcom.
- Dziękuję i życzę zawsze miłych powrotów do Żnina.
ANKA KSIĘSKA
Pałuki nr 50 (2/1993)
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze mogą dodawać tylko zalogowani użytkownicy.
Komentarze