Chomętowo, uprawy, kukurydza, dziki, rolnicy
Dziki w kukurydzy
Rolnicy, którym dziki niszczą uprawy, nie mogą odzyskać straconych przez to pieniędzy, bo nadleśnictwo, które ocenia straty, wypłaca ich znikomą część. Receptą na problem może być zmiana prawa łowieckiego.
Rolnicy z trzech gmin spotkali się w Chomętowie, aby wspólnie z radną sejmiku województwa kujawsko-pomorskiego Silvaną Oczkowską rozmawiać na temat szkód, jakie dziki powodują w uprawach, głównie kukurydzy i plantacjach ziemniaków. Spotkanie zorganizowała radna Rady Miejskiej w Szubinie Danuta Boruch. - Rolnicy skarżą się na problemy ze zwierzyną łowną i wyrządzane przez nią straty. Sami nie dają rady - mówiła radna.
Rolnicy z sołectw Chomętowo, Gąbin, Jabłowo Pałuckie, Mąkoszyn, Ostatkowo, Wąsosz i Żędowo zwrócili się do radnej sejmiku z prośbą o interwencję i pomoc przy ustaleniu przepisów prawnych, które pomogą uchronić rolników przed zniszczeniami wyrządzanymi przez zwierzynę łowną. Twierdzą, że na terenie gmin Żnin, Szubin i Łabiszyn uprawy są notorycznie niszczone. Skala problemu narasta od kilku lat. Uprawy niszczą dziki, sarny, jelenie i ptactwo. Rolnicy muszą sami pilnować pól w nocy i grodzą działki, ale upilnowanie wszystkiego jest niemożliwe. Dzików jest za dużo - mówią rolnicy - i trzeba je odstrzelić.
Rolnicy skarżą się też na to, że po wejściu zwierzyny na pole i po zniszczeniu upraw nie są w stanie odzyskać strat, bo szacowanie jest zaniżane. Wysokość odszkodowania pomniejsza się o nieponiesione przez rolnika koszty zbiorów - koszenia, transportu, i przechowywania. Ponadto, zwierzyna powoduje straty nie tylko poprzez zjedzenie np. kolb kukurydzy, ale przewraca rośliny, co uniemożliwia ich mechaniczny zbiór. Na przeoranych przez dziki łąkach trudno nawet zebrać siano na paszę.
Pałuccy rolnicy podnoszą również kwestię obliczania szkód na plantacjach buraków cukrowych. Wszystkie zniszczenia wyliczane są w cenie buraków niekontraktowych, a zdaniem rolników powinny być liczone według cen buraków zakontraktowanych przez cukrownie.
Jarosław Brodzik z Wąsosza pozwał koło łowieckie do sądu, bo uznał, że oszacowane straty są zbyt niskie w stosunku do rzeczywistych fot. Remigiusz Konieczka Silvana Oczkowska przyznała rację rolnikom, ale dodała, że aby sytuacja zmieniła się, musi się zmienić prawo łowieckie. Chodzi mianowicie o to, że według prawa łowieckiego straty spowodowane wejściem w uprawy zwierzyny łownej szacowane są przez koła łowieckie, i na tej podstawie te same koła łowieckie wypłacają rolnikom odszkodowania. Zdaniem radnej sejmiku, prawo łowieckie zmienić trudno, bo wielu posłów jest myśliwymi. A zmianie powinien ulec zapis o tym, kto ma te straty oszacować. Rolnicy chcą, aby była to komisja lub osoba niezależna.
Tomasz Wachowiak, radny Rady Miejskiej w Szubinie i członek Rady Powiatowej Kujawsko-Pomorskiej Izby Rolniczej przypomniał, że możliwa jest obecność przy szacowaniu przedstawiciela izby rolniczej. Przypomniał całą procedurę obowiązującą przy tego typu sprawie.
Rolnik powinien poinformować pisemnie koło łowieckie 7 dni od pojawienia się szkody w uprawach. (Dodał, że w urzędach gmin powinny być adresy instytucji, u których można taki wniosek złożyć). Później, 7 dni po otrzymaniu wniosku osoba uprawniona do szacowania szkód powinna to wykonać, z tym, że rolnik powinien być o terminie oszacowania powiadomiony. Może zażyczyć sobie obecności przy szacowaniu przedstawiciela izby rolniczej. Protokół musi mieć rolnik do wglądu. Jeśli się nie zgadza z treścią zawartą w protokole, to może go nie podpisywać. Rolnik może też wnieść swoje uwagi do protokołu. Jeśli rolnik nie zgadza się z oszacowaniem strat, może zgłosić sprawę do urzędu gminy i wtedy zostanie powołana komisja mediacyjna. Jeżeli komisja nie pomoże i rolnik nadal będzie uważać, że szkoda wyrządzona przez zwierzynę jest za nisko oszacowana, to zostaje mu droga sądowa.
Na drogę sądową przeciw kołu łowieckiemu z Torunia wstąpił mieszkaniec Wąsosza Jarosław Brodzik. Nie zgodził się z wyliczaniem strat przez przedstawiciela koła łowieckiego. W tej chwili trwa postępowanie sądowe. Pole z ziemniakami miało długość 380 metrów. Odległość krzaczka od krzaczka wynosiła 35 cm. Na tej długości było 38 radlin. Na hektarze było to zatem 40-41 tys. krzaczków. - Pan, który szacował straty wyliczył, że z hektara będzie 12 ton zebranych, a powinien wyliczyć, że 40 ton - mówił.
Silvana Oczkowska zapewniła, że pomoże rolnikom i zorganizuje spotkanie rolników z przedstawicielem Polskiego Związku Łowieckiego, przedstawicielami wojewody i marszałka województwa, aby wypracować wspólne stanowisko w sprawie działań mających na celu zminimalizowanie strat wynikających z niszczenia pól przez łowną zwierzynę.
Łowczy okręgowy Polskiego Związku Łowieckiego w Bydgoszczy Sylwester Domek twierdzi, że trzeba rozmawiać. Nie zgadza się z argumentem, że dzików jest za dużo. Powiedział, że od 3 lat zmniejszana jest populacja dzików, a nie można zabijać ich, bo są ważne jako element ekosystemu.
Dodał, że straty szacują osoby do tego specjalnie szkolone. Wyraził nadzieję, że obliczone były rzetelnie. A zapytany przez nas, czy widzi konieczność zmiany zapisów w prawie łowieckim, odpowiedział, że nie.
Remigiusz Konieczka
Pałuki nr 1053 (16/2012)
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze mogą dodawać tylko zalogowani użytkownicy.
Komentarze