Elitarna szkoła w przedwojennym Żninie
Nie stanowi rewelacji i nowości fakt, że obecnie działają już w Polsce, nieliczne co prawda prywatne, podstawowe placówki oświatowe. Już bowiem przed wojną, w latach trzydziestych zorganizowano w Żninie - "Sześcioklasową Prywatną Szkołę Powszechną im. Braci Śniadeckich".
W tej mieszczącej się początkowo w starym budynku, obecnie mieszkalnym, usytuowanym przy ogrodzie nie opodal internatu LO (dom ten przed wojną wykupiono z rąk Żyda - Schicka, który wyemigrował do Palestyny), a potem zajmującą pierwsze piętro wynajęte w domu należącym do zakonu Sióstr Służebniczek Maryi, przy obecnej ulicy 700-lecia 22 w Żninie - ekskluzywnej szkole wykładali wówczas doskonali pedagodzy (niektórzy z nich byli profesorami w żnińskim gimnazjum).
Kierownikiem szkoły prywatnej był pan Guszta, a grono pedagogiczne stałe stanowili m.in. pp. Musidlak, zwany przez uczniów - "Medorem", Roman Hernet, który po wojnie wyemigrował z Polski i zmarł w Australii, panna Wabersichówna, wynajmująca pokój sublokatorski w nieistniejącym już dziś domu pana Franciszka Płazalskiego, przy ówczesnej ulicy Kościelnej (obecnie stoi tam sklep-kiosk pana Zdzisława Bąka) i żyjąca do dziś, seniorka żnińskich nauczycielek - Marta Kończal. W prywatnej szkole na godziny zlecone angażowani byli m.in. pp. Weronika Wygodzka, Olga Kniaziówna i Kotkowska.
Opłata za naukę w prywatnej szkole była w tamtych czasach dość wysoka. Każdy uczeń musiał opłacać czesne, które wynosiło od 20-30 zł. miesięcznie.
Głównym walorem tej placówki oświatowej był wysoki poziom nauki a fakt, że w prowadzonych klasach od III - VI, zasiadało w ławkach przeciętnie od 5-12 uczniów, wymagał od nich stałej czujności i należytego przygotowania się do lekcji, w trakcie których kilkakrotnie byli wypytywani przez wykładowcę.
Jednym słowem w szkole tej trzeba było naprawdę się uczyć, czego wymagali surowi nauczyciele, a przede wszystkim rodzice ucznia, którzy za posyłanie swej pociechy do tejże szkoły płacili sporo grosza.
W szkole tej początkowo prefektem wykładającym religię, był ksiądz Wnuk (późniejszy proboszcz parafii w Gąsawie), który zapraszał często swych uczniów na pyszne lody, a potem ksiądz Wiśniewski (późniejszy proboszcz jednej z bydgoskich parafii). Księża katecheci przygotowywali także uczniów do przyjęcia I Komunii Św. Uroczystość ta odbywała się w kameralnym gronie, a do Stołu Pańskiego przystępowało się w małej, przytulnej urokliwej kaplicy, która do dziś czynna jest w Domu Sióstr Zakonnych w Żninie.
Po ukończeniu z wynikiem pomyślnym sześciu klas uczeń prywatnej szkoły (bez obowiązku ukończenia klasy siódmej) dopuszczany był do egzaminu wstępnego i po jego zdaniu, stawał się uczniem I klasy Gimnazjum i Liceum w Żninie.
O ile pamiętam (gdyż miałem zaszczyt w latach 1935-1939 być uczniem tej świetnej szkoły), ostatnimi absolwentami w 1939 roku przed wybuchem wojny byli oprócz mnie m.in.: bliźniacze siostry Krysia i Basia Malakówny - córki właściciela fabryki w Żninie, Andrzej Kittel - syn ówczesnego dyrektora cukrowni w Żninie, Kazimierz Derech - syn przedsiębiorcy handlowego w Żninie, Antoni Wabich - syn właściciela sklepu obuwniczego (prowadzonego do dziś przez spadkobierców, przy ulicy Śniadeckich 10 w Żninie), Jerzy Frezer - syn właścicieli majątku ziemskiego w podżnińskim Brzyskorzystewku, Wiosenka (cóż za śliczne imię, a i dziewczyna była urocza) Onzolówna - córka wyższego urzędnika żnińskiej cukrowni i Felicja Kuczmianka - córka urzędnika bankowego (obecnie mieszkająca w Żninie wdowa - pani Zmyślińska).
Zdaliśmy wszyscy pomyślnie wstępny egzamin na początku letnich wakacji i w zasadzie już jako przyszli uczniowie I klasy żnińskiego gimnazjum wesoło spędzaliśmy ferie. Rodzice zakupili nam obowiązujące wówczas gimnazjalne mundurki, które z dumą oglądaliśmy. Na rękawie granatowej marynarki naszyta była srebrem haftowana niebieska naszywka z numerem 844, stanowiąca tarczę identyfikacyjną Gimnazjum i Liceum w Żninie. Niestety, nie staliśmy się uczniami tejże średniej szkoły, gdyż okrutna wojna zniweczyła nie tylko nam życiowe plany...
W prywatnej szkole atrakcyjne było, jak byśmy to dziś określili, zajęcia pozalekcyjne. Panowała wówczas moda na organizowanie amatorskich przedstawień teatralnych, które prezentowane były (głównie dla rodziców uczniów), w przyrestauracyjnej sali widowiskowej pana Jana Wilhelma przy Rynku w Żninie.
Opublikowane zdjęcie przedstawia grupę uczniów po odbytym przedstawieniu. Towarzystwo jest trochę pomieszane, gdyż młodych aktorów, wspomagali bardziej wprawieni w arkana sztuki scenicznej starsi gimnazjaliści.
W środku zdjęcia widzimy zasiadające zacne grono pedagogiczne w osobach (od lewej - pp. Musidlak, Roman Hernet, kierownik szkoły Guszta, Olga Kniaziówna i Marta Kończal).
Przy p. Musidlaku (z bujnym włosem) zasiadł w okularach, dłonią trzymającą się za ucho, który to gest pozostał Mu do dzisiaj - Józio Derech (wówczas już gimnazjalista), który w tym przedstawieniu kreował główną rolę flisaka-oryla. Dziś dostojny, emerytowany sędzia - Józef Derech (rocznik 1923) mieszka w Bydgoszczy.
Autor niniejszego tekstu, wcielony wówczas w rolę Kujawiaka (dlaczego nie Pałuczanina - pozostało tajemnicą reżysera), stoi w ostatnim rzędzie w cylindrze-szapoklaku na głowie i z miną żałosną, gdyż wówczas schrzanił swą rolę, wypowiadając zamiast kilku zwrotek jedyną sentencję Jam Kujawiaczek - nieboraczek, co wzbudziło zrozumiałą wesołość widowni i złośliwość kolegów i koleżanek -aktorów. Po tej sromotnej klęsce i mym beztalenciu, już nigdy nie występowałem na scenie, czego mi zresztą z pożytkiem dla żnińskiej Melpomeny nikt już więcej nie proponował.
Na zdjęciu tym poznaję wiele osób, ale nie ujawniam ich nazwisk, mniemając, że rozpoznają się sami zainteresowani i nawiązując do wspomnień z okresu swych "szczenięcych lat", napiszą do "Pałuk", uzupełniając mą niekompletną z pewnością publikację o życiu i działalności prywatnej szkoły w przedwojennym Żninie.
W szkole, o której piszę, dbało się także o autorytet nauczyciela. Przekonałem się o tym dosłownie, na własnej skórze. Stało się to w czasie wizyty mego wychowawcy, który przyszedł osobiście poskarżyć się mym rodzicom, że jestem łobuzem nieskończonym, gdyż wrzuciłem zacnym siostrzyczkom kurę - kwokę do głębokiego dołu (ptaszę zresztą wyszło z tej opresji cało, gubiąc li tylko trochę upierzenia) oraz że ujeżdżałem hodowanego przez zakonnice barana.
Ojciec w obecności pedagoga przełożył mnie na swe kolano i wymierzył cielesną karę za pomocą cienkiej trzcinki. Straszna była dla mnie ta publiczna egzekucja, którą do dziś dokładnie pamiętam. Ale stałem się wzorowym uczniem, otrzymując aż do ukończenia szkoły ze sprawowania się - stopień bardzo dobry.
Po latach Ojciec oświadczył, że w duchu śmiał się z mych kawałów, ale dla dobra sprawy i wzmocnienia autorytetu nauczycielskiego musiał mi wlać, wymierzając razy raczej symbolicznie...
Tyle na dziś Drodzy Czytelnicy "Pałuk" mych wspomnień z tej fajnej, naprawdę fajnej budy w starym Żninie. Zazdrościcie mi - dzisiejsi uczniowie? Też będziecie dobrze wspominać. Spoko.
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze mogą dodawać tylko zalogowani użytkownicy.
Komentarze