Angażuje się w różne akcje społeczne, ponieważ wierzy, że wspólnym działaniem można osiągnąć wszystko. Zbieranie pieniędzy dla Celinki Andrzejewskiej było ogromnym wyzwaniem, jednak wytrwale dążył do celu, angażując kolejne osoby. - Pomaganie nie boli, wystarczy tylko chcieć. Z sercem i miłością trzeba iść do ludzi. Na pewno znajdą się tacy, którzy ofiarują swoją pomocną dłoń w najgorszych sytuacjach - mówi mieszkaniec Szubina Artur Krajewski, który zainicjował wiele akcji na rzecz chorej na SMA dziewczynki.
Angelika Uścińska: - Skąd dowiedział się pan o akcji zbierania pieniędzy dla Celinki Andrzejewskiej?
Artur Krajewski: - Ogólnie w całym Szubinie było bardzo głośno o dziecku, które choruje na SMA. Na początku pojawiło się pytanie, co to jest SMA, bo to pierwsza sytuacja w naszym regionie. Szukałem informacji w internecie. Dowiedziałem się, że to jest ta choroba, na którą trzeba uzbierać największą sumę pieniędzy, bo to przecież najdroższy lek na świecie. Poza tym mieszkam po sąsiedzku z rodzicami Celinki. Nie znaliśmy się osobiście. Powstał też Komitet Aniołów Celinkowych, który zaczął się rozwijać. A ja po prostu dołączyłem do ekipy.
![]() |
| fot. z archiwum Artura Krajewskiego |
- Jaki cel pan sobie postawił, aby pomóc Celince?
- Spotkałem się osobiście z mamą Celinki. Zadeklarowałem pomoc. Nie ukrywam, że ta pomoc charytatywna jest u mnie od wielu lat. Organizowałem wiele festynów czy akcji, ale najczęściej górną granicą była kwota 50 tysięcy jednorazowo. Dlatego działałem zadaniowo! Wiedziałem, że sprawa jest bardzo poważna, bo to aż 9 milionów. Miałem świadomość, że to będzie ogromna akcja na skalę większą niż Szubin, bo sami byśmy sobie nie poradzili. Na szczęście cała Polska włączyła się w pomoc, bo wysyłaliśmy rzeczy z licytacji w najróżniejsze zakątki Polski. Ja ostatnio wysyłałem naszyjnik do pani, która mieszka pod Bielskiem-Białą. Czułem, że jest to przeogromne wyzwanie. Ja nawet nie wyobrażałem sobie jaka to ogromna suma jest. Po tych 10 miesiącach dowiedziałem się, co to jest kwota 9 milionów złotych, ile pracy trzeba było w to włożyć.
- Co pana motywowało do działania?
- Myślę, że każdy ma w sobie taką potrzebę pomagania. I to jakoś samo się złożyło. Byli ludzie, którzy zobaczyli Celinkę, i to sprawiło, że od razu chcieli jej pomóc. Ja należę do tej grupy. Pojawia się problem, to trzeba go rozwiązać. Od samego początku wiedziałem, że ta akcja dotknie każdego mieszkańca naszego powiatu i województwa. Nie ma chyba osoby w Szubinie, która by nie wpłaciła jakiejkolwiek sumy na rzecz Celinki.
![]() |
| fot. z archiwum Artura Krajewskiego |
- Jakie sytuacje, gdzie ludzie pokazali swoje serce, pana rozczuliły?
- Krótko przed zbiórką dzwoniła pani z Bydgoszczy, emerytka, która ma ponad 80 lat. Dodzwoniła się do mnie przez numer stacjonarny w Żninie, ponieważ nie mogła poszukać numeru komórkowego. Ona pilnie chciała rozmawiać ze mną, ponieważ ma do oddania rzeczy, a do tego chciała przekazać swoją 13 emeryturę na Celinkę, ale nie znała numeru konta. To tylko jeden przykład. Przecież tyle ludzi przychodziło i przekazywało swoje ostatnie grosze. Są osoby, które przez całą akcje wpłaciły 200 tys. Ogromny podziw dla administratorów licytacji, dla dziewczyn, które co tydzień stały na Pchlim Targu w Szubinie, gdzie sprzedawały różne rzeczy. Jeszcze całe swoje serce w akcje włożyli Paweł Grochala, dzięki któremu można było zbierać nakrętki oraz Beata Kowalska, która piekła ciasta. Nie można zapomnieć o Asi Skiminie, Patryku Dzikowskim i Katarzynie Twardowskiej. Z głębi serca podziwiam te osoby.
- Czy były osoby, które nie wierzyły, że ta akcja ma sens?
- Niestety pojawiały się takie osoby. Teraz przychodzą i mówią: Artur, my nie wierzyliśmy, że to się uda. W lipcu spotkałem się ze znajomymi i jak ja im mówiłem o tym, że zbieramy dla Celinki pieniądze, to wszyscy traktowali mnie lekceważąco. Mówili: daj nam spokój, ponieważ ta kwota jest nierealna do uzbierania. Nie chcieli się w to angażować, bo myśleli, że to nie ma szans powodzenia. Teraz wysyłają mi smsy i dzwonią, by przeprosić. Nadal nie wierzą, że stało się coś niemożliwego.
- Jak pan wspomina akcje, które były organizowane dla Celinki?
- Na koncercie w Szubinie zebraliśmy 80 tys. Staliśmy tam w strugach deszczu. Od rana lało niemiłosiernie, a my z uśmiechem na twarzy wciąż tam byliśmy. Bo wiedzieliśmy, że spotkaliśmy się tam w zaszczytnym celu. Oświetlenie czy nagłośnienie dostaliśmy za darmo. Ustawialiśmy scenę o 7 nad ranem i już wtedy powitał nas deszcz. Jednak to nie powstrzymało nas. W tych strugach śpiewaliśmy hymn Celinkowy “Milionów serc”. Cieszyliśmy się, że możemy pomóc. Wtedy to milionów serc pokazało swoją moc. Pojawiały się różne akcje wpłać piątaka czy złotówkę, bo nawet te złotówki mają moc. Jednym z pomysłów był wyjazd w stroju Mikołaja do Bydgoszczy. Cała podróż z Szubina do Bydgoszczy była transmitowana przez Facebooka. Nie można zapomnieć o Celinkowych pączkach. Ogromny szacunek do tych pań, które je zrobiły. To były najpyszniejsze pączki na świecie!
![]() |
| fot. z archiwum Artura Krajewskiego |
- Jak wyglądały pana dni przed organizacją akcji?
- Jak większość osób zaangażowanych w pomoc i organizację akcji, jestem czynny zawodowo. W takiej sytuacji dzień zaczynał się od Celinki i kończył się na Celince. Gdy większość w weekend odpoczywała, to my skupialiśmy się na pracy wokół kiermaszów, sprzedawania ciast, festynu, koncertów, zbierania do puszek. Wszystko było organizowane w sobotę czy niedzielę. Dla nas nie było odpoczynku. Motywowała nas myśl, ile z takiej akcji możemy wyciągnąć dla Celinki. Całe 10 miesięcy kręciło się wokół Celinki. Ale opłacało się!
- Co pan poczuł, gdy zobaczył pan, że to już koniec, bo kwota została uzbierana?
- Powiem to tak. Ja zawsze uważałem siebie za twardego, ale w pewnych sytuacjach, następuje wzruszenie. Wszyscy na ten moment czekaliśmy. Ja myślę, że wiele osób żyło sytuacją z Celinką, byli bardzo zaangażowani i ten ostatni dzień, to wszyscy spędziliśmy na obserwowaniu paska, choć praca czekała. A tam z każdą minutą przybywało tych pieniędzy. Jeszcze dzień przed zakończeniem zbiórki wstawiłem post, że następnego dnia kończymy i też wpływały pieniądze. Wzajemnie się dopingowaliśmy. Czekaliśmy aż ten moment nadejdzie z ogromną ekscytacją. I około godziny 15 to się stało. Fala smsów, wiadomości. Dzieliliśmy się radością! To co było nierealne stało się realne. Jestem szczęśliwy, że daliśmy radę!
- Co jeszcze czeka Celinkę?
- Po 20 maja Celinka jedzie na podanie tego leku. Miesiąc wraz z rodzicami spędzi w Lublinie. Do tego czeka ją rehabilitacja. Mam nadzieję, że za kilka lat zobaczymy ją uśmiechniętą, biegającą po boisku szkolnym. I wszyscy będziemy mówić, że to jest ta nasza Celinka. Ja nadal się śmieję, że czujemy się zaproszeni na przyjęcie Celinki. W niedzielę jest zaproszona rodzina, a my wtedy przyjdziemy w poniedziałek. Tylko nie wiem, jak my wszyscy się pomieścimy.
![]() |
| fot. z archiwum Artura Krajewskiego |
- Jak motywować do działania?
- Trzeba pokazać coś od siebie. Nie można stać z boku i wymagać. Należy swoją osobą pokazać, że się chce. Nie ma rzeczy niemożliwych. Ja w każdą akcję angażuję się całym sobą, całym sercem. Jeżeli chce się coś zrealizować, to trzeba to zrobić całym sobą! Każde działanie, które zaczyna się sercem, kończy się powodzeniem, przyniesie dobry skutek i będzie cieszyło. To zawsze musi być na 100%!
- Jakie ma pan plany na przyszłość?
- Na pewno będę organizować akcje dla Doroty Piękoś z Szubina. Dorota ma ok. 40 lat i nie widzi od urodzenia. Jeździ do kliniki i tam dostaje specjalne wlewy, które mają odbudować nerw wzrokowy. Kiedyś robiliśmy już dla niej zbiórkę w Szubinie z wielkim odzewem. Jeden wlew kosztuje 16 tys., a tych wlewów musi być 6. Gwarantuję, że wkrótce będę prosił o pomoc dla Doroty. Druga akcja dotyczy chłopca z Dąbrowy, z powiatu mogileńskiego, który zbiera na protezę. Na pewno zaangażuję się w tę akcję.
Angelika Uścińska, 5 V 2021
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze mogą dodawać tylko zalogowani użytkownicy.
Komentarze