W tym roku przed rocznicą Powstania Wielkopolskiego przedstawiamy fragmenty wspomnień jednego z jego uczestników - Franciszka Figasa. Punkt widzenia pojedynczego uczestnika zdarzeń znakomicie pozwala sobie wyobrazić ten trudny dla naszego regionu czas, w którym decydował się jego los na cały wiek.
Autor wspomnień, Franciszek Figas urodził się w 1898 roku w Annowie, gdzie spędził lata młodzieńcze. Po wyuczeniu się zawodu cieśli wyjechał do Westfalii, później jako cieśla okrętowy pływał na niemieckim statku handlowym, po czym został wcielony do marynarki wojennej. Uczestniczył w buncie marynarzy w Kilonii, po czym wrócił do domu w Annowie i wziął udział w bitwach o Szubin i Żnin. 19 marca 1919 złożył na Rynku w Żninie przysięgę żołnierską Wojska Polskiego i został wcielony do marynarki. REWOLUCJA W NIEMCZECH
We wrześniu 1918 roku służyłem w Kilonii jako marynarz XXI półflotylli torpedowej.
9 września 1918 roku o 13:00 dowództwo marynarki wojennej zwołało na dziedziniec koszarowy w porcie kilońskim marynarzy ze wszystkich okrętów.
Nie minęło dwie godziny, a z Berlina przyjechali do Kiloni posłowie socjalistyczni z sejmu niemieckiego - Hausmann i Noske. Wjechali samochodem na dziedziniec koszarowy w porcie kilońskim, na którym było zebranych tysiące marynarzy. Pierwszy przemówił poseł na sejm pruski - Noske, zaczynając od słów: "Towarzysze! Od dziś jest w państwie niemieckim wolność i równość. Od dziś w wojsku i marynarce nie ma przełożonych (marynarze tupiąc nogami krzyczeli - brawo!). Dowództwo nad wojskiem obejmą rady żołnierskie, które wy sami sobie wybierzecie. Zarząd rady żołnierskiej mieścić się będzie w domu rzemiosła w Kiloni".
Nie spodobało się to niektórym marynarzom. Byli tacy, co chcieli zostać wierni cesarzowi. Do bójek i strzelaniny doszło przy zmianie flagi na masztach okrętów gdy jedni chcieli wciągnąć na maszt flagę czerwoną, drudzy zrywali ją i zawieszali flagę cesarską. Byli ranni i zabici. Gdy jedni krzyczeli "niech żyje proletariat", to drudzy wołali, że na pomoc wiernym cesarzowi jadą huzarzy z Vandsbeck koło Hamburga i ci awanturników poskromią. Do starcia marynarzy a huzarami nie doszło, bo gdy huzarzy się zbliżali do Kiloni, marynarze z krążownika Scharnhorst wystrzelili z artylerii głównej pocisk o średnicy 38 cm na rynek kiloński. Całe miasto Kilonia się zatrzęsło, a huzarzy zawrócili i pojechali do domu, czyli z powrotem do koszar.
Kominy okrętów wojennych, które "leżały" w porcie nie dymiły, czyli jak marynarze mówili: "nie paliły grubych cygar", tylko jak obumarłe leżały, nie poruszając nawet łańcuchami kotwic, na których wisiały. Na pomoście komendanta, na którym zwykle przechadzał się z błyszczącymi na piersiach orderami komendant lub oficer dyżurny, widać było marynarza z czerwoną kokardą na czapce.
Następnego dnia podchodziły grupy marynarzy - zwolenników cesarza - pod gmach dowództwa i na dziedzińcu koszarowym wołali, że chcą podpalić kotły i wyjechać na Anglię, lecz wtedy ktoś zawołał z okna gmachu dowództwa: "Za późno towarzysze! Flota angielska już leży przed naszym wejściem do portu!"
Tak upadł z tronu cesarz Niemiec, Wilhelm II.
JESIEŃ 1918 ROKU
Dzwony kościelne, których Niemcy nie zdążyli pozabierać na cele wojenne, powoli ucichły. Ludzie, gdy tylko usłyszeli o końcu wojny, zaczęli oddychać wolnością. Tak jak poprzednio wyglądali na listonosza spodziewając się wiadomości o zgonie ich bliskich, tak teraz matki, dzieci i żony wyglądały, czy nie wracają z wojny ich ukochani. Ale jesień 1918 roku nie należała do wesołych. Nie było domu, w którym nie byłoby żałoby.
W Szczepanowie w niedzielę przed kościołem było słychać tylko płacz. Najbardziej zwracała na siebie uwagę Józefa Bykowska, która przed kościołem z rozpuszczonym siwiuteńkim włosem płakała, powtarzając: "Sześciu synów wychowałam i wszystkich mi zabili okrutni Niemcy - o ja nieszczęśliwa!"
Były jednak matki szczęśliwsze od starej Bykowskiej, matki, którym było sądzone zobaczyć swych synów. Nie było bowiem dnia, w którym nie wracaliby z wojny polscy chłopcy. I to nie z pustymi rękami! Ci, co służyli w piechocie, przychodzili przeważnie z jednym albo z dwoma pasami naboi na szyi i kilku granatami ręcznymi zatkniętymi za pasem i karabinem na ramieniu. Chłopcy z konnicy i artylerii też zawsze coś do wojowania przynosili. Powstające na Pałukach rady żołnierskie i robotnicze składały się również po większej części z Polaków, zależnie od tego, ilu ich zamieszkałych w danej miejscowości.
Uzbrojenie się polskiej ludności niepokoiło Niemców; w obawie aby nie doszło do rozruchów postanowili utworzyć wojsko składające się wyłącznie z Niemców, przeważnie kolonistów, zwanych po niemiecku Grenzschutz i Heimatschutz, czyli wojsko obrony granic i ojczyzny.
Zgodnie z zarządzeniami demobilizacyjnymi, Polakom zabroniony był powrót do Wielkopolski, natomiast kazano im wracać do koszar, z których poszli na wojnę (koszar macierzystych). Tam mieli złożyć broń i zdemobilizować się, a dopiero potem wrócić do domu. Ale każdy kombinował jaką drogą dostać się do Wielkopolski, czyli do Poznania.
W Berlinie zostałem zatrzymany jako marynarz niemiecki marynarki wojennej i poddany rewizji. Ale już wcześniej zdążyłem nadać na bagaż z Kilonii do Barcina mój worek marynarski, w którym na dnie spoczywał pistolet marynarski i 200 naboi.
Wszelkie pociągi pruskie do Poznania zostały wstrzymane. Doradziłem moim towarzyszom z wojsk lądowych, jako że z Berlina do Wrocławia kursują pociągi, abyśmy spróbowali pojechać do Wrocławia. Śląski dworzec w Berlinie był przepełniony. Pełno było żołnierzy polskich powracających z wojny. Pociąg zaludnił się do tego stopnia, że moi towarzysze broni jechali na dachach, stopniach i w budkach hamulcowych - gdzie kto mógł, byle bliżej domu. Z Wrocławia do Poznania pociągi kursowały, więc tym sposobem dostaliśmy się na miejsce.
Było to 22 listopada 1918 roku. W Poznaniu wyszedłem na miasto i zorientowałem się, że niemieckie patrole konne ujeżdżają po mieście, co było znakiem, że Grenzschutz już działa i zaczął patrolować polską ludność.
Z Poznania do Inowrocławia i z Inowrocławia do Żnina pociągi kursowały. Nie było ich co prawda dużo, jeden dziennie, ale do domu można było się dostać.
Po mój bagaż pojechał ojciec wozem. Worek zagrzebał w słomie i ku mojemu zdziwieniu przywiózł go do domu w całości, a w środku odnalazłem mój pistolet z nabojami.
POCZĄTEK POWSTANIA
Naprężenie z dnia na dzień rosło. Gwiazdką nikt się nie cieszył, bo do każdego prawie domu nie powrócił ktoś z rodziny. A jeśli nawet w rodzinie nie brakowało nikogo, to ból był w sercu każdego Polaka i obawa co będzie dalej, po ułożeniu się stosunków normalnych w państwie niemieckim. W domach wiejskich, w których dawniej było widać w oknach pięknie wystrojone choinki, tej zimy okna nie jarzyły się światłem, lecz były ciemne i smutne, tylko gdzieniegdzie migotało w chacie światełko przypominające raczej kaganek świecący na grobie w dzień zaduszny.
Aż ostatnie dni grudnia 1918 roku rozbrzmiały w Wielkopolsce radosnym echem. Polska powstaje! Dzwon wolności brzmi! Poznań już wolny! Dzwony w kościołach, ile ich tylko było, dzwoniły z całej siły od świtu po zmierzch.
I nagle przed kościołem w Szczepanowie rozeszła się wieść radosna, że w nocy na Nowy Rok 1919 roku stolica Pałuk - Żnin, dzięki pomocy braci z Gniezna i Janowca, została oswobodzona.
My, mieszkańcy wsi Annowo, w porozumieniu z Polakami ze Szczepanowa, przy pomocy miejscowego proboszcza ks. Jasińskiego, stworzyliśmy komitet parafialny. Komendantem naszym, jako najwyższy stopniem wojskowym został Ignacy Wolfram ze Szczepanowa. Pierwsze zebranie odbyło się u gospodarza Kuźmińskiego w Szczepanowie, po nabożeństwie w Nowy Rok.
Z przyłączeniem do powstania było dobrze, ale brakowało nam jeszcze broni. Tym Polakom, którzy z wojny przyszli później, Grenzschutz broń odebrał.
Wieczorem w Nowy Rok zwołałem Polaków z wiosek Annowo, Wiktorowo, Rozalinowo i poszliśmy do Szczepanowa. Tu postanowiliśmy nie zwlekać, tylko wyjść po broń do wiosek, zamieszkałych przez kolonistów w Mokrem, Słaboszewie i innych. Nad ranem przynieśliśmy sporo broni i naboi od Szwabów. Od nauczyciela ze Słaboszewa otrzymaliśmy nawet lekki karabin maszynowy. Przedstawialiśmy się jako delegacja Heimatschutz"u i mówiliśmy, że mamy polecenie odebrać broń wszystkim obywatelom, obojętnie czy Niemcom, czy Polakom.
Wprawdzie nauczyciel ze Słaboszewa dopytywał się, dlaczego ja jako marynarz do tej grupy należę, ale na to pytanie odpowiedziałem, że jestem delegowany z Hamburga w celu dopilnowania wykonania zarządzenia. "Ach Herr jej" - wystękał Niemiec i broń wydał. Nauczyciel chciał zaświadczenia, że broń wydał, i Wolram powiedział, że pokwitowanie wyśle mu pocztą. 3 stycznia udaliśmy się wozem z bronią do Żnina.
Powstanie Wielkopolskie przeistoczyło się w powstanie narodowe, bo w nim wziął udział cały naród Wielkopolski, począwszy od mężczyzn do niewiast i dzieci. Chłopcy poszli na powstanie, niewiasty urządzały na wsiach w szkołach, a w miastach w salach, jadłodajnie i szpitale dla chorych i rannych. Ponieważ z płótnem, na wsiach była bieda, Polki prawie ostatnie powłoki z pościeli na pasy darły, aby nimi opatrzyć rany cierpiących żołnierzy.
ATAK NA SZUBIN
Na sercu leżał nam i żniniakom Szubin, który nie był w stanie sam się oswobodzić. Na sali u Bukowskiego w Żninie przy długim stole siedziała polska rada, której przewodniczył Lerchenfeld z Chomiąży Szlacheckiej. Nie wiadomo, jakie mieli plany, lecz widząc Polaków gromadzących się na sali - chłopów młodszych i starszych, którzy dopiero co powrócili z wojny, domagających się uderzenia na Szubin, postanowili wyruszyć na Szubin 7 stycznia wieczorem.
Wieczór był pochmurny. Na rynku w Żninie było ciemno i mrok panował również w domach. Chwileczkami ukazywał się księżyc zza chmurki i patrzył, co na rynku się dzieje; wiele nie zobaczył. Jedynie baszta żnińska, której sylwetkę stojącą na rynku widać było wyraźnie, oglądała wszystko. Widziała, jak zajechały wozy z majątków, zwane "helami", a każdy zaprzężony w dwa konie. Wiara wsiadła na wozy i ruszyła w szyku ubezpieczonym na podbój Szubina.
Podróż była trudna, bo temperatura wahała się pomiędzy mrozem a odwilżą tak, że wozy wlokły się powoli, używając do jazdy latówkę, bo nawierzchnia kamienna była bardzo śliska. Po przybyciu do wiosek podszubińskich weszliśmy na kwatery, gdzie gospodarze miło nas przyjęli. Po kolacji i krótkim odpoczynku, rano, jeszcze o zmroku pojechaliśmy pod Szubin. Podzielono nas na trzy plutony i ruszyliśmy dziarsko na łąkę za mostem na Gąsawce, aby szturmować Szubin. Grenzschutz nas jednak powitał ogniem z karabinów maszynowych i artylerią tak, że przejście przez przestrzeń około 2 km przez łąki było niemożliwe, co zmusiło nas do wycofania się. Grenzschutz zachęcony tym zwycięstwem nacierał dalej i wieczorem 8 stycznia do Żnina już nadchodziły wieści, że Niemcy są już w Sobiejuchach.
NA TYŁACH W GNIEŹNIE
Dobra była jednak organizacja komitetu powiatowego powstańców wielkopolskich, którzy, pomimo że koleje były w rękach niemieckich, potrafił sformować pociąg osobowy, a ten w nocy 8 stycznia 1919 r. przewiózł powstańców żnińskich do Gniezna. Tam wiara żnińska odżyła. Pomimo szubińskiej klęski na dziedzińcu koszarowym wszyscy byli weseli, a z koszar dochodziły piosenki i opowieści o przeżyciach wojennych.
Natomiast Rada Powstańcza w Gnieźnie radziła, jak oswobodzić największe miasta Wielkopolski, położone w centrum Pałuk, przez Niemców nazywanych Netzedistriktem (dystryktem noteckim) - Żnina i Szubina. Ze Żnina do Gniezna nadchodziły wieści smutne. Nad ranem 9 stycznia Grenzschutz wmaszerował na powrót do Żnina. Przeprowadzał rewizje domów w poszukiwaniu mężczyzn, bijąc ich mieszkańców i katując.
OSWOBODZENIE ŻNINA
W Gnieźnie sojusz został rychło zawarty. Zwarte w szyki bojowe oddziały powstańcze, w tym kompania żnińska, zaczęły podciągać pod Żnin. 11 stycznia rano odezwały się trąbki powstańców do boju. Gdy żniniacy podchodzili wzdłuż małej, idącej z Gąsawy kolejki, Niemcy w chęci okrążenia ich nacierali przez Białożewin, Pniewy i Łysinin na Wenecję. Atak Niemców jednak się nie udał, gdyż zorientowali się o tym Polacy, Szwabów okrążyli, a ci pouciekali w popłochu do borów, wycofując się z boju.
A w Żninie Niemcy uparcie bili się. Zawzięcie trzymali się na małej kolejce w cukrowni i ciężki był do zdobycia tartak Droesego. Z willi Droesego, z okienka na poddaszu ział paskudnie kulami ciężki karabin maszynowy.
Bitwa trwała od soboty rana do niedzieli świtu 12 stycznia. Leżąc w rowie obok szosy wjazdowej z Podgórza do Żnina zastanawialiśmy się w niedzielę rano, jak zdobyć willę Droesego i zgasić wreszcie tryskający strumieniem ognia karabin maszynowy. Stary wojak w wieku około 40 lat obejrzał się na nas i zawołał: "Musimy zdusić tego Szwaba z karabinem maszynowym". Ignacy - gdyż tak go nazywano - jak na komendę skoczył i pognał jak wiatr do willi odległej o 80 do 100 metrów. Za Ignacym ja, Andrzej Czerwiński i Józef Kwiatkowski jako ostatni. Gdyśmy dobiegli do willi, Ignac zawołał rozpaczliwie: "Chłopcy - drzwi zamknięte!"
W mieście był huk i dochodziły stamtąd krzyki Niemców: "Wy przeklęte polskie psy, nie chcecie wy się poddać?" W zamian słychać było okrzyki polskie: "Lij mu! Lij mu!" "Niech żyje wolna Polska!" i inne.
W rozpaczy podparliśmy się pod drzwi we troje. Drzwi ustąpiły. Ignacy rozkazał, że on pójdzie pierwszy, a my mamy go osłaniać i być gotowi do strzału, gdyby nas Niemcy z tyłu naszli. Na pierwszym piętrze Ignac oddał strzał, a za chwilę na poddaszu, na którym siedział Niemiec z cekaemem, rozległ się straszny huk. Stanęliśmy przerażeni. Smród prochu rozszedł się po klatce schodowej. Gdy nastąpiła zupełna cisza, słychać było w pokoju na poddaszu, w którym mieścił się karabin maszynowy, dziwne chrapanie.
- Ten piorun Niemiec stchórzył i odebrał sobie życie - odezwał się Ignac.
- Idziemy zobaczyć!
Po wejściu do pokoju ujrzeliśmy kolonistę, leżącego przy swoim karabinie maszynowym, już nie żył. Z boku lewego broczył świeżą krwią. Z rączki od ręcznego granatu, który leżał na podłodze wynikało, że kolonista, który tyle krwi naszej przelał, odebrał sobie życie ręcznym granatem.
Krzyki w mieście pomału cichły. Cichła także strzelanina. Jaka radość ogarnęła nasze serca, gdyśmy z tego okienka, gdzie leżał ze swym karabinem maszynowym zabity kolonista, ujrzeli na dachu dworca kolejowego biało-czerwoną chorągiew, zatkniętą przez innych powstańców. Widzieliśmy również, jak z cukrowni z piętra po desce do spuszczania worków na wagony zjeżdżali na portkach Niemcy - diabli wiedzą gdzie uciekając, w każdym razie uciekając, aby się ukryć przed Polakami.
Gdy ocknęliśmy się z przeżyć, spostrzegliśmy, że wybiegło nas czterech, a przybiegło trzech i zaczęliśmy oglądać się za Józiem Kwiatkowskim. Łzy nam oczy zalały, gdy ujrzeliśmy go leżącego i ciężko rannego przy płocie tartaku Droesego. Natychmiast znaleźli się szlachetni ludzie, którzy go zabrali do Gąsawy, do salki u Kowalika, gdzie zbierano rannych.
Po pożegnaniu z Józiem obejrzeliśmy się dokoła. Pomiędzy dłużycami sosnowymi, leżącymi na placu przy tartaku Droesego leżał zabity, rozkraczony koń z wyszczerzonymi zębami i dwa trupy. Jeden skurczony młodzieniaszek, a drugi rozkrzyżowany mężczyzna w wieku około lat czterdziestu.
Powietrze było ciężkie, mgliste i niemroźne, napełnione smrodem prochu i spalenizny. Wyszliśmy na ulicę, aby dostać się na rynek. Wyszedłem na środek ulicy, gdyż nie widziałem nikogo w pobliżu.
- Pod ścianę! - krzyknął na mnie Ignac - Czy nie wiesz, że w boju trzeba kryć się za zaułki i pod ściany?
- Nie, nie wiedziałem - odrzekłem - i skoczyłem pod ścianę.
Tak smykając pod ścianami, doszliśmy na rynek. Tam ujrzeliśmy powstańców, którzy całą gromadę kolonistów z Grenzschutzu pędzili jak stado baranów do baszty na rynku.
Zeszliśmy z rynku w kierunku Szubina. Koło kościoła niemieckiego zobaczyliśmy patrol konny. Był to patrol polski złożony z wachmistrza i sześciu ułanów. Wszyscy mieli na lewym ramieniu opaski biało-czerwone, na czapkach takież kokardy.
Serce nam zadrżało z radości.
- Cześć druhowie! - zawołałem.
- Za wolność, druhowie! - odpowiedział wachmistrz.
Patrol widać był zmęczony, konie nerwowo kręciły się i były głodne, bo przygryzały wędzidła, aż im szczękotały w zębach.
- Jakie macie wieści? - zapytałem.
- Szubin wolny! - odrzekł wachmistrz i na jego ustach pokazał się uśmiech zadowolenia.
- Słyszysz Ignac? - zawołałem - Szubin wolny!
Ignac zdjął czapkę i odwrócił się do kościoła, nie bacząc na to, że to zbór niemiecki, uderzył się w piersi i powiedział klękając: "Dziękuję Ci Panie Boże za oswobodzenie".
Patrząc na to wachmistrz odezwał się do Ignaca:
- Wstań druhu, nie płacz, powiem ci coś więcej: mamy Szubin i dowódcę Grenzschutzu - Hauptmana Colbego".
- Gdzie go masz, druhu? - odezwał się Ignac.
- Jedzie za nami na powózce w asyście naszych druhów, zaraz go zobaczycie. Był to Krzyżak mądry - ciągnął dalej wachmistrz - patrzcie!
Z torby od obroku wyciągnął telefon i powiedział:
- Miał na powózce telefonistów, którzy za pomocą słupołazów wchodzili na słupy telefoniczne i wydawali rozkazy o poruszaniu się Grenzschutzu. Z kolonistów z wiosek Kierzkowa, Wolic i innych stworzył kompanię, która miała nas zadusić. Omylił się - psiakrew Krzyżak - myśmy się wojować też nauczyli!
- I daliście radę? - odezwał się Ignac.
- Daliśmy - odrzekł wachmistrz - nawet ten był potrzebny - zaśmiał się wachmistrz i wyjął z pochwy zakrwawiony kawaleryjski bagnet. - Patrzcie, jadą!
Powózką zaprzężoną w dwa ładne, kare konie powoził powstaniec. Na tylnym siedzeniu siedział ze zwieszoną głową Hauptman Colbe, a obok niego dwóch powstańców.
W tym momencie wybiegł z drzwi sklepu rozjuszony rzeźnik w białym kitlu z ogromnym toporem w ręku. Zamierzając się w stronę Hauptmana, krzyczał: "Dejcie mi go! Ja mu ten łep odrąbię!"
Powstańcy z trudnością zdołali go powstrzymać i wytłumaczyć, że w tej chwili Hauptman Colbe jest jeńcem wojennym i nic mu się stać nie może. Zostanie zawieziony przed komisję polską, do niewoli.
JÓZIO KWIATKOWSKI
Gdy w Żninie uspokoiło się i zostały ustawione posterunki, poszliśmy z Andrzejem do Gąsawy, odwiedzić rannego kolegę. Poprosiłem panią opiekującą się Józiem, aby pozwoliła mi zobaczyć się z nim. Ta odpowiedziała, że jest ciężko ranny w kręgosłup i pewnie żyć nie będzie. Poprosiła nas do środka i szepnęła, że pani, co go obmywa mówi, że Józiu ma ściśniętą dłoń i nie chce otworzyć prawej ręki.
Poszedłem do niego i powiedziałem: "Józiu, dlaczego nie chcesz otworzyć prawej ręki?". Józiu powoli uniósł powieki, spojrzał na mnie i wyszeptał: "Bo w prawej ręce mam polskiego orzełka". Ja mu na to odpowiedziałem: "Józiu daj mi tego orzełka, przechowam go, a jak wyzdrowiejesz, oddam ci. Wtedy przypniesz go sobie na czapkę, gdy pójdziesz w Żninie na przechadzkę z Twą narzeczoną".
Józiu otworzył znowu oczy i patrząc na mnie, tak się uśmiechnął szczęśliwie, jak dziecko, gdy ujrzy matkę. Wyszedłem z izby chorych i myślałem, co powiemy tej biednej wdowie, gdy się dowie, że jej Józio nie żyje. Wtem weszła pani z izby chorych i oświadczyła, że właśnie przed chwilą Józiu skonał.
Smutny z Andrzejem Czerwińskim wracałem do Żnina. W mieście trwały jeszcze po domach poszukiwania Niemców. Prosiliśmy z Andrzejem komendanta, że przejdziemy się ze Żnina do Gąsawy, do matki Józia Kwiatkowskiego.
Gdyśmy przyszli do Gąsawy, w chatce pod słomianą strzechą skąpo świeciło światełko. Weszliśmy do izby. Na podłodze pod ścianą leżały zwłoki Józefa Kwiatkowskiego, a obok niego, na stołeczku, siedziała jego matka. Nie płakała rzewnie, lecz kwiliła, mówiąc: "Mój synku, miałeś mi na starość kawałek chleba podać, a tyś mnie opuścił". Zwróciła się potem do nas i mówiła, że w roku 1910, gdy były manewry, Józiu krył się za płotem przed Niemcami i wcale nie wychodził na drogę, bo bał się, że go zabiją. Teraz sprawdziło się jego przeczucie, bo Niemcy mu życie odebrali. "Zaraz w nowy rok - wspominała dalej Kwiatkowska - gdy tylko Żnin został oswobodzony, pobiegł tam Józiu i kupił sobie za jedną markę orzełka polskiego. Ach jak ten chłopak się tym orzełkiem cieszył! Ale teraz nie będzie go nosił, bo już go nie ma wśród żywych".
Poszliśmy dalej, obchodziliśmy zagrody kolonistów. Księżyc świecił, było jasno jak we dnie. W zagrodach kolonistów panowała cisza i nie było słychać żywej duszy.
Józefa Kwiatkowskiego pochowaliśmy na cmentarzu w Wenecji koło Biskupina 16 stycznia. Dzień był mroźny i padał śnieg, zdobiąc trumnę Józia białymi płatkami, jakby w podzięce za ofiarę jego największą, za złożenie swego młodego życia na ołtarzu zmartwychwstałej Ojczyzny.
Z każdym dniem coraz więcej słyszało się o nowych zwycięstwach Polaków. Lżej nam się robiło na sercu, gdyśmy słyszeli, że w Poznaniu utworzyła się Naczelna Rada Ludowa. W lutym 1919 roku odebrała od nas przysięgę i Rejonowe Komendy Uzupełnień rozpoczęły regularny pobór do wojska. Tak w Wielkopolsce nastała Polska.
Czytelniku! Idź do Wenecji, gdzie stoi kościółek. Za tym kościołem w odległości około 10 metrów, jest grób Józefa Kwiatkowskiego. Podumaj nad tym grobem i zapytaj sam siebie, czy kochasz polskiego orzełka i Ojczyznę Twoją tak, jak kochał ją Józiu Kwiatkowski.
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze mogą dodawać tylko zalogowani użytkownicy.
Komentarze