27 września 1991 roku odbył się swoisty maraton teatralny. Był to kilkugodzinny wieczór jubileuszowy z okazji 5-lecia istnienia Teatru im. Alberta Tison. W roli jubilatów wystąpił aktualny skład tej amatorskiej grupy aktorów. Ale nie da się ukryć, że głównym bohaterem tego niecodziennego wydarzenia był założyciel i reżyser teatru - Jerzy Lach. Zaledwie od 5 lat w Żninie i od tego czasu jego nazwisko jest zrośnięte z wszystkim, co oznacza amatorski ruch teatralny.
Nie czuję się na tyle mocny, aby wystąpić w roli krytyka, nie jestem specem na tym poletku. Natomiast jako bardzo wierny (od 3 lat) kibic i podglądacz wszystkiego, co się w tej grupie dzieje, mogę się jedynie silić na próbę bilansu dokonań i osiągnięć Jurka Lacha i jego kolejnych zespołów aktorskich.
Początki były trudne. Jedna klasa i świetlica LO (z życzliwości dyr. Bąka) służyły młodym amatorom sztuki teatralnej za wszystko. A więc scena, rekwizytornia, garderoba, przestrzeń teatralna... Żadnego prawa wyłączności, tylko praca późnym popołudniem, gdy w szkole już pusto i głucho. A jednak w tych warunkach powstał pierwszy spektakl. "Lekcja dykcji" miała dać aktorom podstawowe, acz niezbędne umiejętności warsztatowe. I dała.
Potem była "Pluskwa" pieszczona gościnnie w świetlicy żnińskiej Spółdzielni Mieszkaniowej. Tu ludzie z teatru sobie nieco nagrabili. Znieśli w gościnne mury tyle śmieci, ile chyba nie było na miejskim wysypisku. A miał być teatr. Tak więc z "Pluskwą - rocznik 70" (całkiem inna "Pluskwa") musieli szukać schronienia gdzie indziej.
Przygarnęli ich w Żnińskim Domu Kultury. Zaraz też z marszu wzięli się za Witkacego. Zrobili "Wahazara", ale jego premiera odbyła się już w MDK-u.
Jurek wreszcie dostał własną pracownię. Daleka ona od marzeń, ale jednak własna, niezależna od nikogo (?). Po dwóch latach tułaczki to prawdziwy luksus. Zespół poczuł się u siebie. No to już teraz poszli na całego, sztuka za sztuką, czasem dwie lub trzy jednocześnie. Kilka scenariuszy naraz szło na tapetę. Powstał drugi zespół "II Alternatywa Alberta", która przepoczwarzyła się po prostu z grupki teatru dziecięcego. Jeszcze grali "Idem per idem in memoriam", a już zaczęli opracowywać "Marata/Sade"a".
Zaczęły się konkretne kontakty z innymi teatrami amatorskimi i nie tylko. Pierwsze poważne zaproszenia, a wśród nich to bardzo znaczące, do Francji "Marat/Sade" w ostatecznej formie scenicznej jedzie do pięknego kurortu Thonon u stóp Alp. Tam wielki szok. Publiczność jest zauroczona, bo taka koncepcja, bo tak doskonały warsztat, bo cóż za wymowa...
Ale w zespole coś się popsuło. Może nieoczekiwana zmiana miejsc, ról, pozycji. Może trochę wody sodowej. Może za szybko tak dobrze. Zespół się rozpadł. Pół obsady "Marata" należało wymienić. Ale nie było rezygnacji, tylko jeszcze większa pasja i determinacja. "Marata" trzeba ratować. Na szczęście w odwodzie była "II Alternatywa", drugi garnitur. Przeszli do pierwszego i znów był tylko jeden zespół. "Marat" dał się postawić na nogi. A w międzyczasie powstała jeszcze "Wyprzedaż". Potem "Murti-Bing".
Nie było to wszystko. Kto nie pamięta kabaretu "Albert" czy następnego "Jajo"? Ale były też mniejsze formy, jak chociażby monodram czy spektakle o dwu- trzyosobowej obsadzie. A kiedyś również Jurek reżyserował plenerowe widowisko historyczne. Teraz obydwoma nogami mocno stanął na gruncie teatru amatorskiego, ale tego niebanalnego, z perspektywami na jutro i pojutrze.
Mapka podróży krajowych Teatru im. Alberta Tison jest gęstą siecią poplątanych kresek oznaczających trasy ich przejazdów. Z góry na dół dokładnie wszystko, z lewej na prawą trochę mniej. Ale to i tak dużo jak na ten jeden zespół. Podobnie jak mapa musi wyglądać również kalendarz na przełomie minionych 5 lat. Nie ma w nim wolnych dni. Jak nie występ lub wyjazd to próba, przewóz sprzętu, warsztaty, festiwale, prezentacje.
Jest w tym moim opisie trochę chaosu, wydarzenia nie biegną zgodnie obok siebie, lecz się przeplatają, zazębiają, przenikają jedne przez drugie. Ale tak samo też jest w życiu Jurka zespołu. Wielowątkowa akcja jak w mocno zawiłym romansie rycerskim. I tak chyba musi być - pełna ekspresja i żywioł. trudno sobie wyobrazić pracę teatru w innych realiach. Ale też nie można sobie pozwolić na rozluźnienie dyscypliny. Pewnych zasad nie wolno łamać i wszyscy o tym dobrze wiedzą. Bo w końcu reżyser musi pociągać za wszystkie sznurki.
Andrzej Łuczak
Pałuki nr 15 (15/1991)
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze mogą dodawać tylko zalogowani użytkownicy.
Komentarze