- W tym roku to ziarno być może było dorodniejsze, cięższe. Plony faktycznie są dobre, więc ten strop nie wytrzymał. W budynku inwentarskim w Tonowie ok. 80 ton zboża przywaliło i zabiło 40 prosiąt, 40 warchlaków i trzy prośne maciory.

Maria i Bogdan Lupowie stracili kilkadziesiąt prosiąt i trzy prośne maciory. Nie mają teraz porodówki dla trzody. Ogromne straty liczą także w zbożu. Zniszczeniu uległ budynek. Likwidacja szkód powstałych po zawaleniu się stropu kosztować będzie kilkaset tysięcy. fot. Magdalena Kruszka
- To było w nocy, prąd został wyłączony, więc widok był przerażający - relacjonuje Józefa Błajet. - Wszyscy byliśmy w szoku. Wyglądało to jak apokalipsa.
W tym nieszczęściu było dużo szczęścia. Po pierwsze - można się tylko cieszyć, że w budynku, w którym doszło do zawalenia, nikogo nie było, choć niewiele brakowało, żeby zdarzenie miało o wiele tragiczniejsze skutki.
SPÓŹNIONY OPRZĄT
Maria i Bogdan Lupowie z Tonowa prowadzą gospodarstwo. Hodują trzodę i bydło. Mają około 28-30 macior i około 58-60 sztuk bydła. Ich budynki inwentarskie są rozbudowane i każdy ma swoje przeznaczenie. Maria Lupa karmi zwierzęta przed wieczorem, jednak 25 sierpnia trochę się spóźniła, bo zajęta była przygotowaniem zapraw, a poza tym czekała na córki, które wyruszyły na przejażdżkę bryczką. Już miała zabierać się za oprząt, kiedy przyjechała do niej siostra Józefa Błajet. Mogła być 21:00.
- Byłam już w środku, ale wyszłam, bo siostrze zachorował kotek i przyjechała po lekarstwo dla niego - wspomina Maria Lupa. - Poszłam po lek właśnie do tego budynku, wyszłam stamtąd, jeszcze kilka słów zamieniłyśmy, a potem wróciłam, zapaliłam światło i już miałam wchodzić do macior, gdy nagle wszystko runęło.
Zawalił się cały strop. Na górze państwo Lupowie przechowywali około 80 ton zboża. Razem z gruzem spadło ono na prosięta, warchlaki i przydusiło część macior. Cała porodówka i cała odchowalnia znalazła się pod elementami stropu i pod ziarnem.
STRAŻ I SĄSIEDZI NA RATUNEK
Zaczęła się akcja ratownicza. Ocalano wszystko, co tylko się dało. Straż otrzymała zgłoszenie o zdarzeniu po 22:00. Na miejsce natychmiast przybyły trzy jednostki ratowniczo-gaśnicze ze Żnina, dwie jednostki Ochotniczej Straży Pożarnej z Janowca Wielkopolskiego, OSP z Tonowa, z Rogowa, z Cerekwicy, z Juncewa i z Gąsawy.
- Po przybyciu na miejsce zdarzenia zastano zarwany strop konstrukcji stalowo-betonowej w budynku inwentarskim o wymiarach 12x12x8 metrów, znajdujący się w kompleksie trzech budynków gospodarczych - poinformował st. asp. Marek Krygier, rzecznik prasowy Państwowej Straży Pożarnej w Żninie.
Na stropie znajdowało się około 80 ton ziarna. Okazało się, że to za dużo, choć państwo Lupowie od lat gromadzili w tym miejscu plony żniwne.
- W tym roku to ziarno być może było dorodniejsze, cięższe. Plony faktycznie są dobre, więc ten strop nie wytrzymał - powiedziała Józefa Błajet. - Poza tym pan z nadzoru budowlanego ustalił, że dźwigary w stropie zniszczone były korozją, a tego nie mogliśmy wcześniej zobaczyć, bo one były w środku. To wystarczyło, żeby stało się to, co się stało.
ZWIERZĘTA W POTRZASKU
Na miejsce przybyli też sąsiedzi, nie tylko ci najbliżsi, ale także z sąsiedniej gminy. Nie żałowali rąk i sprzętu, żeby ratować dobytek. Wraz ze strażakami zabezpieczali zboże i uwalniani zwierzęta, które zostały przywalone, ale które jeszcze żyły. Potem wyciągano także martwe sztuki. Marek Krygier informuje, że część trzody była przysypana gruzem i zbożem, więc najpierw zabezpieczono strop, a potem ratowano luźno biegające zwierzęta, uwalniano te, które uwięzione zostały w kojcach. Następnie przy pomocy okolicznych rolników zbierano zboże na przyczepy i w worki, tak żeby coś z tego udało się uratować.
- Sąsiedzi zwieźli żmijki, pomagali, jak tylko mogli, Krzysiu Gwit przyjechał ciągnikiem z „turem” i przyczepami i ratowaliśmy, co się dało - mówi Józefa Błajet.
- Niektórych ludzi, który przyszli nam z pomocą, to ja nawet nie znałam - dodaje Maria Lupa.
Bogdan Lupa wspomina, że podczas akcji ratunkowej nadciągnęła burza i deszcz, więc trzeba było szybko zabezpieczyć zboże, żeby nie zamokło. Ratowanie dobytku odbywało się w trudnych warunkach. Ziarno zmieszało się z gruzem, więc starano się je odsiać sitem do żwiru. Różne gatunki zbóż wymieszały się jednak i na pewno nie będą się one nadawać na siew.
Ogromne straty są także w zwierzętach. Pod stropem i zbożem zginęło 40 prosiąt, 40 warchlaków i trzy prośne maciory. Uratowano dziesięć warchlaków i kilkanaście macior, ale niektóre są pokaleczone, przeżyły potężny stres, najpierw w wyniku katastrofy, potem podczas przewózki w inne miejsce. Istnieje obawa, że poronią.
SZACOWANIE STRAT
Na miejsce oprócz strażaków i sąsiadów przybyła także policja, inspektor nadzoru budowlanego i weterynarz. Akcja trwała do 5:30. Rankiem nadszedł czas na szacowanie strat. Właściciele szkody wycenili na około 340.000 zł, ale następnego dnia widać było dopiero ogrom zniszczeń spowodowanych przez zawalenie się stropu. Maria i Bogdan Lupowie nie mogli wyjść z szoku, z trudnością przychodziło im oglądanie spustoszeń w chlewni. Łzy do oczu napływały, kiedy podsumowywali, ile stracili.
Wartość odtworzeniowa budynku wyniesie około 300.000 zł, do tego należy doliczyć około 20 ton zboża, którego już nie będzie można wykorzystać do niczego. Część zboża jest wymieszana, więc posłuży jedynie jako pasza, a nie jako siew. Jednak ziarnami tymi nie będzie można karmić mniejszych zwierząt z obawy na ewentualne fragmenty gruzu, które mogły tam pozostać. Straty zanotowano także w zwierzętach. Padły niemal wszystkie prosięta i warchlaki, więc trzeba się liczyć z przerwą w produkcji. Jeszcze nie wiadomo, co z maciorami. Te sztuki, które przeżyły, zostały umieszczone w oborze. Krowy biegają po okólniku. Część macior trafiła do Józefy Błajet, część do sąsiada. Szuka się miejsca dla tych zwierząt, które pozostały. Nie ma porodówki, więc będzie problem, kiedy na świat zaczną przychodzić nowe prosięta. Ponadto jedna ze ścian dzieląca pomieszczenie, w którym strop się zawalił, od pomieszczenia, w którym znajdują się inne sztuki trzody, została naruszona. Nie wiadomo, czy nie będzie konieczne jej rozebranie.
WDZIĘCZNI ZA LUDZKĄ DOBROĆ
- Na pewno trzeba będzie rozebrać dach i ściany do poziomu tego stropu, a co dalej, to zobaczymy - mówi Józefa Błajet. - W tym całym nieszczęściu dowiedzieliśmy się, jak życzliwi są ludzie. Spotkaliśmy się z ogromem dobroci, zarówno strażaków, jak i sąsiadów, a nawet ludzi z innej gminy. Każdy spieszył i pomagał, jak tylko mógł. Strata jest w rzeczach materialnych, najważniejsze, że nikomu nic się nie stało, ani mojej rodzinie, ani ludziom, którzy pracowali przy akcji ratunkowej. Powiedziałam siostrze, że może sobie wpisać nowy dzień narodzin: 25 sierpnia 2012 roku. - podsumowuje Józefa Błajet.
Magdalena Kruszka
Pałuki nr 1072 (35/2012)
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze mogą dodawać tylko zalogowani użytkownicy.
Komentarze