Żnin, przetarg, utrzymanie, czystoś ć, porządek , Urząd Miejski
Kto zbiera i zabiera czyje śmieci
Michał Zieliński po wygraniu przetargu opróżnia kosze uliczne w Żninie. Radny Jan Kruszelnicki, którego synowa przegrała ten przetarg, zarzuca że czynności, za które odpowiada Michał Zieliński, wykonują pracownicy zatrudnieni przez Urząd Miejski w ramach robót publicznych. Michał Zieliński kontratakuje i kładzie na stół znalezione - jak mówi - w publicznym koszu na śmieci dokumenty z danymi osobowymi pochodzącymi z firmy Marleny Kruszelnickiej.
Michał Zieliński tłumaczył burmistrzowi i radnym, że zadanie wykonuje sumiennie i zgodnie z prawem 30 grudnia zeszłego roku ukazało się ogłoszenie o wyniku przetargu dotyczącego utrzymania czystości i porządku w Żninie w 2012 roku. Na zamówienie publiczne ogłoszone 16 grudnia wpłynęły 4 oferty. Głównym kryterium wyboru wykonawcy usług była cena. W zakres zadania objętego postępowaniem przetargowym wchodzi usuwanie nieczystości z 430 koszy na śmieci na terenie Żnina. Przetarg wygrał Michał Zieliński, ponieważ zaoferował świadczenie usług za najniższą cenę - 85.000 zł. Pozostali oferenci proponowali: Zakład Zieleni i Usług Leśnych Stanisława Galikowskiego z Woli - 114.720 zł, Przedsiębiorstwo Usług Komunalnych w Żninie - 102.120 zł i P.H.U.P Markus Marleny Kruszelnickiej 94.900 zł.
SPRAWA DO PROKURATURY
Przed tygodniem na wspólnym posiedzeniu komisji prawa i porządku publicznego oraz komisji ochrony środowiska radny Jan Kruszelnicki poinformował, iż ma udokumentowane, że wywóz śmieci z koszy nie jest właściwie realizowany. Dodał, że z posiadanych przez niego fotografii wynika, iż kosze opróżniają pracownicy zatrudnieni w ramach robót publicznych i wrzucają je na samochód służbowy Urzędu Miejskiego, którym jeździ Jan Zieliński, ojciec Michała, przełożony osób zatrudnionych w ramach robót publicznych. Radny podkreślił, że po wygraniu przetargu przez Michała Zielińskiego Stanisław Galikowski (inny oferent, którego oferta została odrzucona) stwierdził, że za 85.000 zł nie jest w stanie koszy ulicznych opróżniać.
- 430 koszy to duża ilość do wywiezienia. Miesięcznie pan Galikowski średnio 4 tony wywoził. 60 km dziennie go wynosiło objeżdżanie i opróżnianie tych koszy. W żaden sposób nie wychodzi mu, żeby robić to za 85.000 zł. Dlatego podniósł cenę do 114.000 zł, bo tyle realnie by go to kosztowało. Na podstawie tych rozmów przyjrzeliśmy się sprawie wywozu tych koszy - powiedział Jan Kruszelnicki. I dodał, że posiada dokumentację fotograficzną, z której wynika, że zadanie nie jest właściwie wykonywane. 14 stycznia między 11:00 a 12:00 kosze były zapełnione. Podobnie było 17 stycznia. 18 stycznia radny również otrzymał informację, że kosze nie są opróżnione. Zaznaczył również, że przewodnicząca Rady Miejskiej Halina Rosiak widziała, jak pracownik z robót publicznych wrzuca śmieci z kosza do kontenera Spółdzielni Mieszkaniowej.
- Jeśli firma wygrywa przetarg, to logo firmy i kamizelka powinny być - uważa Jan Kruszelnicki. Dodał, że w sytuacji, kiedy pracownik Urzędu Miejskiego w godzinach pracy świadczy usługi na rzecz prywatnej firmy, to sprawa powinna trafić do prokuratury.
RANO - PRZED POŁUDNIEM
Z danych Urzędu wynika, iż Stanisław Galikowski wywiózł w poprzednim roku 15 ton i 600 kg śmieci - usługi świadczył jednak dopiero od marca (daje to średnio 371 kg na tydzień).
Radny Czesław Dalewski zwrócił uwagę, iż nikt nie neguje wyników przetargu. - Inną natomiast sprawą jest niewywiązywanie się z umowy - dodał radny.
Burmistrz Leszek Jakubowski wyjaśnił, że firma Stanisława Galikowskiego opróżniała w poprzednim roku kosze na śmieci o 6:00 rano, a o 8:00 były już zapełnione.
Robert Szafrański, przewodniczący komisji prawa i porządku publicznego wnioskował, by tematem przetargu zajęła się komisja rewizyjna. I dodał: - To jest do sprawdzenia, czy pracownicy z robót publicznych opróżniali te kosze.
W miniony poniedziałek odbyło się kolejne posiedzenie komisji, na które zaproszono Michała i Jana Zielińskich. Michał Zieliński wyjaśnił, iż prace rozpoczyna o 5:00 rano. Zaznaczył, iż objeżdża wszystkie punkty, gdzie znajdują się kosze uliczne i zadanie realizuje zgodnie z umową.
- Jadę, odbieram wszystkie śmieci, a potem je segreguję - tłumaczył wykonawca. Wyjaśnił, że w przypadku, kiedy pracę skończy o 9:00 rano, to jeszcze w godzinach przedpołudniowych kosze są znów zasypane śmieciami. Dlatego kosze będzie opróżniał po 13:00.
Jan Zieliński i Jan Kruszelnicki mają odmienny punkt widzenia na temat opróżniania koszy ulicznych przez firmę Michała Zielińskiego ZAMIEŚĆ POD DYWAN?
Radny Piotr Horka stwierdził, że kompromitujące jest to, że wykonawcę zadania ocenia się po dwóch tygodniach od zawarcia umowy z gminą. I zarzucił Janowi Kruszelnickiemu: - Twoje zachowanie jest bulwersujące, bo twój syn też brał udział w tym przetargu. Jan Kruszelnicki sprostował, że w przetargu startowała jego synowa. I wyjaśnił, że temat opróżniania koszy był omawiany na posiedzeniu klubu radnych Platformy Obywatelskiej. Wówczas wszyscy członkowie klubu uznali, że radny Kruszelnicki jako przewodniczący komisji ochrony środowiska powinien poruszyć problem na posiedzeniu komisji, bo jak uzasadnił - wszyscy na mieście o tym mówią, ale nikt nie chce tego zgłosić.
Piotr Horka miał za złe Janowi Kruszelnickiemu, że jest w sprawę zaangażowany, bo działa we własnym interesie. Jan Kruszelnicki ripostował: - Ja tego tematu nie zamknę, a pan Piotr chce to utrzeć.
Halina Rosiak, przewodnicząca Rady Miejskiej w Żninie, zaznaczyła, że sama widziała, jak jeden z młodych ludzi wrzuca śmieci z kosza do kontenera Spółdzielni Mieszkaniowej. Było to koło bloku, w którym mieszka.
WYCIEKŁY DOKUMENTY
Na posiedzeniu komisji Michał Zieliński opowiedział, że wykonując swoje obowiązki na 700-lecia zauważył, jak „jedna z pań z pewnej firmy wyrzuca do kosza śmieci”. Była ich dość duża sterta, dlatego się nimi zainteresował. Wyciągnął je z kosza i przyniósł na posiedzenie komisji. Okazało się, że były to dokumenty z danymi osobowymi klientów firmy należącej do synowej Jana Kruszelnickiego.
Radny Adam Milejczak: - Tu są dane osobowe, pesele, podpisy, konta bankowe. To nie może tak być, żeby takie śmieci znajdowały się w koszu na śmieci. Kiedy Michał Zieliński chciał zabrać dokumenty, Adam Milejczak wykonując zdecydowany gest dodał: - Te papiery tu zostaną. Pan przewodniczący (chodzi o Roberta Szafrańskiego - am) powinien przekazać je straży miejskiej w celu wyjaśnienia, dlaczego te dokumenty trafiły w ręce mieszkańców Żnina. I dodał, że przetarg należało sprawdzić od strony formalnej, bo nikt nie wiedział, że Michał Zieliński ma uprawnienia do wywozu nieczystości. Ponadto w opinii Adama Milejczaka, straż miejska powinna trafić do Żnińskiego Biura Ubezpieczeń Multiagencja Marleny Kruszelnickiej (logo tej firmy widnieje na materiałach, które trafiły do Michała Zielińskiego) i sprawdzić, czy ma podpisaną umowę z koncesjonowaną firmą na wywóz śmieci. Zdaniem radnego, taka kontrola miałaby zapobiec stosowaniu praktyk, podczas których dokumenty z danymi osobowymi lądują w ulicznym koszu.
DWA OŚWIADCZENIA
Na pytanie w jaki sposób dokumenty z firmy Żnińskiego Biura Ubezpieczeń Multiagencja trafiły w ręce Michała Zielińskiego, najpierw w imieniu Marleny Kruszelnickiej Jan Kruszelnicki napisał nam maila, w którym przypuszcza, iż przygotowane w czarnym worku do wywiezienia w celu spalenia dokumenty mogły zostać skradzione za pośrednictwem osoby, która w tym momencie zamiatała w kamizelce chodnik przed biurem, a następnego dnia otrzymaliśmy od Marleny Kruszelnickiej oficjalne oświadczenie: - Nie wiem skąd pan Zieliński stał się w posiadaniu moich dokumentów zapewne osobistych, ponieważ firmowe są niszczone w niszczarce, a jak występuje w większej ilości to duży worek jest przewożony do spalenia.
NIE MA UKŁADU
W trakcie posiedzenia komisji nastąpiła wymiana zdań na temat obiegu śmieci publicznych - tych, które obywatele Żnina wyrzucają gdzie popadnie (one są przedmiotem działań Zakładu Robót Publicznych Jana Zielińskiego) i tych, które są wyrzucane do koszy (te zbiera firma Michała Zielińskiego, która w tym roku wygrała przetarg).
Michał Zieliński wyraził opinię, że na zdjęciach, które ma Jan Kruszelnicki, nie ma jego pracowników. - Moi pracownicy są oznakowani. Ja wykonuję swoją pracę sumiennie od 5:00 rano. Nie jest dla mnie problemem, że od 5:00 rano to robię. Ja nie mam nigdzie napisane, że mam wartę i co godzinę mam to robić - powiedział Michał Zieliński.
Burmistrz wyjaśnił, że osoby na zdjęciach to pracownicy Zakładu Robót Publicznych. - Zdarza się, iż śmieci zbierane w parkach i osiedlach, które trafiają do foliowych worków, wrzucają oni do koszy ulicznych - powiedział. Dodał, iż pracownicy Urzędu sprawdzają opróżnianie koszy ulicznych na bieżąco i mówią, że jest to wykonywane coraz sprawniej.
Jan Zieliński wyjaśnił, że pracownicy zatrudnieni w ramach robót publicznych zajmują się zbieraniem śmieci z parków, ulic i osiedli. Sprawą koszy się nie zajmują, bo nie do nich to zadanie należy. Po - stawiane najczęściej obok koszy - worki wypełnione wyzbieranymi z ulic śmieciami przyjeżdża samochód lub ciągnik. Zaprzeczył, by pomiędzy nim a synem zawarty był jakikolwiek układ, dotyczący opróżniania koszy. Jego zdaniem ze zdjęć nie wynika, że pracownicy zatrudnieni w ramach robót publicznych wybierają śmieci z koszy. Mogą natomiast zabierać śmieci w workach foliowych leżące obok koszy.
Stanisław Galikowski, który podczas przetargu zaoferował najwyższą cenę - na podstawie kosztów wywozu ponoszonych w zeszłym roku - wyjaśnił, że śmieci z koszy ulicznych na głównych arteriach Żnina zbierał codziennie, bo - jak mówi - tak trzeba było. Kosze na mniej uczęszczanych ulicach można było opróżniać co drugi dzień lub 4 razy w tygodniu.
- Śmieci podrzucano przeważnie przy pojemnikach z piaskiem. Jeśli już się trafiały worki [wkładane tam przez pracowników ZRP - przyp. red] na koszach na śmieci, to my te worki zbieraliśmy. Worki ze śmieciami zbieranymi przez pracowników z robót publicznych stały obok koszy. My to też zbieraliśmy i wywoziliśmy - powiedział Stanisław Galikowski.
KONFLIKT INTERESÓW
W opinii Jana Kruszelnickiego, główny problem tkwi w tym, kto opróżnia kosze i gdzie pochodzące z nich odpady są wywożone. Zwraca uwagę, że ze zdjęć wynika, że śmieci wywozi Jan Zieliński, a kosze opróżniają pracownicy z robót publicznych, zatrudniani przez Urząd. Poza tym ze zdjęć wynika, że kosze nie są regularnie opróżniane. Jan Kruszelnicki ma podpisane przez pracownika wysypiska w Wawrzynkach pisemne oświadczenie, że od 6 do 16 stycznia Michał Zieliński dostarczył jedynie 340 kg śmieci (daje to średnio 238 kg na tydzień).
Czy opróżnianiem koszy może zajmować się syn pracownika odpowiedzialnego w Urzędzie za sprzątanie miasta? Wiceburmistrz Aleksandra Nowakowska przyznaje, że ogłaszając przetarg nie przewidziano takiej sytuacji, że wygra syn. Przyznaje, że w tej sytuacji może zachodzić podejrzenie o konflikt interesów. Jednak - na co zwraca uwagę Adam Milejczak - prawo nie zabrania, by w przetargu na opróżnianie koszy mógł startować syn Jana Zielińskiego. Uważa, że może to budzić wątpliwości jedynie z etycznego punktu widzenia.
Burmistrz Leszek Jakubowski zapowiada, że wyśle do Michała Zielińskiego pismo, w którym poinformuje, że jeśli jeszcze raz powtórzą się uwagi co do jakości wykonywanych przez niego usług, będzie miał podstawy do rozwiązania umowy. I dodaje, że Jan Zieliński w ogóle nie będzie miał wpływu na pracowników robót publicznych, którzy zajmują się zbieraniem śmieci w mieście. - Nie będzie tam w ogóle dopuszczony. Od tych ludzi zostanie odsunięty. Bo zawsze konflikt interesów może mieć miejsce - przyznał burmistrz Jakubowski.
Jan Kruszelnicki zapowiada, że będzie dokładnie się przyglądał jakości i prawidłowości świadczonych przez Michała Zielińskiego usług.
Arkadiusz Majszak
Pałuki nr 1041 (4/2012)
Komentarz
O sytuacjach konfliktów interesów
Afera śmieciowa, która wypłynęła po tym, jak opróżnianiem koszy w Żninie zaczął zajmować się Michał Zieliński, ma wiele wątków. Przetarg odbył się zgodnie z procedurami. Trudno tu mieć zastrzeżenia do komisji przetargowej, że postępowanie zakończyło się tak, a nie inaczej. Głównym kryterium była cena, a że Michał Zieliński zaproponował najtańszą ofertę, to wygrał. Takie są zasady przetargów, że - zważywszy na ograniczone możliwości finansowe samorządów - najtańszy oferent wygrywa
Spójrzmy na powstały problem z innego punktu widzenia - stosując historię alternatywną. Co by było, gdyby przetarg wygrała synowa radnego Jana Kruszelnickiego? Byłoby tak samo. Od razu pojawiłyby się podejrzenia o mataczenie, o układ z władzą, że radny jest z tego samego obozu politycznego, co wiceburmistrz Aleksandra Nowakowska.
Wielu dziwi to, że sprawą zajął się Jan Kruszelnicki, bo - jak zarzucają - występuje w interesie swojej rodziny. Tak samo jednak, jak nie można zakazać brania udziału w przetargu synowi brygadzisty zatrudnionego w Zakładzie Robót Publicznych, tak samo nie można dezawuować działań radnego tylko dlatego, że synowa brała udział w przetargu na opróżnianie ulicznych koszy i go przegrała. Podstawową sprawą jest tu jawność wszystkich działań. Wiemy, kto jest kim i kto za kim stoi. Konflikty interesów istnieją i istnieć będą. Problem leży nie w nich, tylko w sposobie ich rozwiązywania.
Pewnie gdzieś tam jeszcze tkwi w świadomości wynik przetargu, który skończył się porażką i pewna zadra, ale nie mieszałbym jednego z drugim. Uważam, że jeśli Jan Kruszelnicki dopatrzył się nieprawidłowości w świadczeniu usług na rzecz gminy, to jego obowiązkiem jako radnego i przewodniczącego komisji ochrony środowiska było to zasygnalizować. Bez względu na to, czy jego synowa brała udział w przetargu, czy nie. I tak postąpił. Moim zdaniem - całkiem słusznie.
Cała sprawa ujawniła pewien chaos organizacyjny dotyczący czystości i porządku na terenie Żnina. Po co w ogóle ogłaszano przetarg? Bo opróżnianiem 430 koszy na śmieci w Żninie zajmuje się wybierany przez gminę wykonawca, a zbieraniem śmieci w parkach, osiedlach, na chodnikach i ulicy - pracownicy zatrudnieni w ramach robót publicznych. I pojawiają się problemy, który śmieć do kogo należy.
Myślę, że byłoby prościej, gdyby prac dotyczących czystości na terenie Żnina nie rozdzielano. Czyli opróżnianiem koszy, sprzątaniem parków, boisk, chodników i ulic powinna zajmować się wybrana przez gminę firma lub całość powinni wykonywać pracownicy zatrudnieni w ramach robót publicznych. Nie byłoby wtedy żadnego bałaganu.
W sytuacji takiej, jak ta, niezbędne jest jednak, by jednoznacznie określone reguły gry były przestrzegane. Aby śmieci nie podrzucać spółdzielni. Aby przypilnować, czy miasto przypadkiem nie płaci za wywożenie śmieci, za które powinien zapłacić ten, kto wygrywa przetarg.
Każdy, kto skalkuluje wszystkie koszta, uwzględni benzynę, amortyzację samochodu, ZUS pracowników, świadczenie urlopowe itp. (to wszystko jest przecież mniej więcej stałe dla każdego z oferentów, a równe dla wszystkich warunki stawiane przez Prawo Pracy powodują, iż konkurencja jest uczciwa), ale lepiej zorganizuje pracę i zadowoli się mniejszym zyskiem - może startować w przetargu i go wygrać.
Pamiętajmy też jednak, że można - jak Chińczycy na autostradzie do Warszawy - pokonać konkurentów, ale nie wyrobić się w kosztach. Dlatego miasto musi uważnie przyglądać się realizacji tego zlecenia, dobrze też zrobił ten radny, który poruszył na sesji to, co go niepokoiło.
Arkadiusz Majszak
Pałuki nr 1041 (4/2012)
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze mogą dodawać tylko zalogowani użytkownicy.
Komentarze