Reklama

Lekarka nie podjęła leczenia, pacjent zmarł

W medycynie nie zawsze 2+2=4
     Lekarka nie podjęła leczenia, pacjent zmarł
     Lekarka SPZOZ w Barcinie nie podjęła interwencji medycznej podczas domowej wizyty u chorego z Barcina Wsi, u którego rodzina zaobserwowała niepokojące objawy. Pani doktor brak interwencji tłumaczyła tym, że pacjent na nic się przy niej nie skarżył, a jedynym objawem, jaki u niego zaobserwowała, to stan nietrzeźwości. Pacjent wkrótce zmarł w swoim łóżku.

Marian Łukowski kilka dni temu pochowany został na cmentarzu w Barcinie fot. Karol Gapiński

    Wielkanocna spowiedź święta w kościele pw. św. Jakuba w Barcinie była 24 marca. Po południu tego dnia mieszkańcy jednego z domów w Barcinie Wsi, państwo Anna i Jan Zaidlerowie przyjęli sakramenty. Z mszy św. powracali około 16.30. Chwilę później pojawił się u nich w domu brat pani Anny, 52-letni Marian, który wrócił z dorywczej pracy.
    Zbliżał się wieczór i robiło się coraz chłodniej na dworze. Marian Łukowski, który w domu siostry i szwagra zameldowany był tymczasowo, zszedł do kotłowni, aby napalić. W pewnej chwili pani Anna usłyszała huk na dole, jakby się ktoś przewrócił w kotłowni. - Przyznaję, brat nadużywał alkoholu, więc myślałam początkowo, że się upił i przewrócił. Jednak było to od początku dość dziwne, bo przecież kilka minut wcześniej widziałam go wchodzącego do domu. Wcale nie wyglądał na nietrzeźwego - mówi Anna Zaidler. Zaraz też zawołała męża i zeszli do kotłowni zobaczyć, co się stało. Pan Marian stał normalnie. Jeśli wcześniej rzeczywiście się przewrócił, to zdołał sam się podnieść. Jego siostra i szwagier nie wyczuwali od niego woni alkoholu, ale widzieli, że jest osłabiony. Kiedy przyszedł do salonu, stanął, podpierając się o ławę. Miał przez chwilę jakieś dziwne drgawki. Odpoczął, później poszedł do pokoju siostrzeńca. Kilka chwil tam był.
    Wieczorem  Marian Łukowski dostał kolejnego ataku. - Telepało nim, jakby miał padaczkę, a przecież nic takiego u niego lekarze nie zdiagnozowali wcześniej. Mówił, że chce do toalety. Pomogłam mu dojść. Później atak minął - opowiada siostra Mariana Łukowskiego.
    Ponad rok wcześniej Marian Łukowski przebywał u swego najstarszego brata, Adama, który mieszka pod Żninem. Wtedy barcinianin miał problemy zdrowotne. Notorycznie kaszlał, pluł krwią. Zdiagnozowano gruźlicę. Przez pół roku leczony był w szpitalu w Smukale. Później regularnie chodził na wizyty kontrolne do lekarza i diagnoza medyczna była taka, że choroba została zwalczona.
    Wróćmy do poprzedniego wtorku. Około godziny później, już po 2300, Marian Łukowski dostał kolejnego ataku drgawek. Znów chciał do toalety. Siostra zaprowadziła go tam. Później usłyszała zza drzwi jakieś trzaskanie. Jej mąż wyprowadził po chwili szwagra do pokoju. - Zadzwoniłam na pogotowie w Barcinie. Pani, która odebrała telefon, zawołała lekarkę. Pani doktor po wysłuchaniu  tego, co miałam do powiedzenia na temat objawów u mojego brata, powiedziała, żebym go przywiozła do ośrodka zdrowia. Odpowiedziałam, że nie ma takiej możliwości, że brat nawet nie doszedłby do samochodu - mówi Anna Zaidler.
    Lekarka, która rozmawiała z mieszkanką Barcina Wsi, powiedziała, że przyjedzie. Dyrektor Samodzielnego Publicznego Zakładu Opieki Zdrowotnej w Barcinie Dariusz Drzewiecki zaznaczył: - Od razu należy sobie wyjaśnić, że pani Anna Zaidler nie dzwoniła do pogotowia tylko do SPZOZ i nie prosiła o interwencję lekarza pełniącego dyżur pogotowia, tylko panią doktor, która jest pracownikiem zakładu przeze mnie kierowanego i akurat pełniła w SPZOZ dyżur w poradni ogólnej. Gdyby zgłaszająca chciała interwencji pogotowia, to powinna dzwonić poprzez Pałuckie Centrum Zdrowia w Żninie, bo to tam znajduje się dyżurny pogotowia.
    Lekarka pojechała do pacjenta wraz z sanitariuszem zwykłą karetką transportową. - Zapytała już u drzwi, na co brat chorował. Powiedziałam, że na gruźlicę. A pani doktor na to: „Oj, żebym się nie zaraziła” Zdziwiła mnie ta reakcja i zdenerwowała. Chyba lekarz, składając przysięgę Hipokratesa, bierze na siebie jakieś ryzyko pracy z osobami chorymi zakaźnie? A poza wszystkim brat był wyleczony z gruźlicy, my nie baliśmy się, jako rodzina z nim przebywać. Zresztą, skoro pani doktor się bała, to mogła sobie maseczkę założyć na twarz. No, ale wreszcie zdecydowała się wejść do pokoju brata - mówi Anna Zaidler.
    Ten zaś siedział na kanapie i pił kompot. - Lekarka stwierdziła, że ja nie szanuję pracy służby zdrowia, bo wzywam lekarza do pacjenta, a jemu nic nie jest, w sensie takim, że akurat przy niej brat mój się nie trząsł. Zapytała go, czy coś go boli. Pokiwał głową przecząco. Poprosiłam o jakiś zastrzyk dla niego. Pani lekarka stwierdziła, że on jest pijany i nawet go nie zbadała. Uzasadniła osłabienie organizmu stanem nietrzeźwości. Wyszła wraz z sanitariuszem z domu i odjechała. Cała wizyta trwała może 5 minut - mówi Anna Zaidler.
    Dodajmy, że latem ubiegłego roku Marian Łukowski miał podobne objawy. Wówczas przyjechała ta sama pani doktor, która była w zeszły wtorek i osłuchała pacjenta. Po kilku godzinach jednak na wezwanie przybyła doktor Renata Spychalska, prowadząca Niepubliczny Zakład Opieki Zdrowotnej w Barcinie, w którym zapisany był Marian Łukowski. Renata Spychalska dała wówczas pacjentowi zastrzyk. Objawy ustąpiły.
    Po odjeździe lekarki z SPZOZ było już po północy. Marian Łukowski położony został do łóżka. Zasnął. Stwierdziła to jego siostra, wchodząc jeszcze do jego pokoju o 030.Oddychał regularnie, miał zamknięte oczy i był przykryty kołdrą.
    Rankiem Anna Zaidler niepokoiła się o brata, mając na uwadze wydarzenia poprzedniego wieczoru. Zajrzała do jego pokoju. Ten leżał w poprzek łóżka. Jedna ręka zwisała poza łóżko, ściśnięta w pięść i włożona pod nogę, też częściowo wiszącą poza krawędzią posłania. Wyglądało to tak, jakby chciał wstawać z łóżka. Kołdrę miał zwiniętą wokół drugiej nogi. Anna Zaidler nie miała wątpliwości, że brat umarł. Zadzwoniła do Ośrodka Zdrowia. Znów rozmawiała z lekarką, która wizytowała brata kilka godzin wcześniej. Anna Zaidler powiedziała, że brat nie żyje. Lekarka znów przyjechała do Barcina Wsi. - Zapytała, co się stało. Zaprowadziłam ją do pokoju brata, powtarzając, że zmarł. W domu byłam ja i moich 2 synów. Lekarka pytała, kto przewróci zmarłego, bo chciała mu zbadać ewentualne jakieś ślady na plecach. Myślałam, że to lekarz takie czynności wykonuje, a nie wysługuje się najbliższą rodziną zmarłego, która kilka chwil po znalezieniu go martwym jest przecież w totalnym szoku? Wreszcie o 730 lekarka stwierdziła zgon. Powiedziała mi tylko: - „Przepraszam”. Zastanawiam się, czy ona rzeczywiście miała prawo odmówić badania chorego i podjęcia leczenia, stwierdzając sobie, że jest pijany. Nawet, gdyby rzeczywiście był pijany. Jest przecież wiele takich objawów somatycznych, że człowiek wygląda, jak pijany, a wcale nie jest - opowiada z żalem siostra zmarłego. Lekarka pytała ją, czy wyraża chęć przeprowadzenia sekcji zwłok zmarłego. Anna Zaidler powiedziała, że nie. Choć miała żal do lekarki, to nie chciała i nie chce nadal walczyć przed sądem lekarskim, czy też przed cywilnym wymiarem sprawiedliwości. - Sama świadomość, że jest poddawany sekcji, a później oczekiwanie na wyniki, byłyby dla mnie bolesne - mówi.
    Kilka godzin później akt zgonu Mariana Łukowskiego wystawiła Renata Spychalska. Anna Zaidler zadzwoniła jedynie do dyrektora SPZOZ i złożyła ustną skargę na jego pracownicę w związku z brakiem interwencji lekarskiej u chorego, który później zmarł. Dariusz Drzewiecki obiecał wyjaśnić sprawę.
    W rozmowie z nami dyrektor SPZOZ powiedział, że badanie i leczenie nie jest gwarancją, że pacjent nie umrze. Może umrzeć w kilka godzin po wizycie u lekarza albo nawet w jego gabinecie. Ludzie umierają w szpitalach. Więc nie można  tutaj przyrównywać medycyny do matematyki. W medycynie nie zawsze 2+2=4, i sugestia, że gdyby lekarka podjęła interwencję w przypadku Mariana Łukowskiego, ten na pewno by nie umarł kilka godzin później, jest niesprawiedliwa. - Pani doktor w rozmowie ze mną tłumaczyła, że pacjent był pod wpływem alkoholu. To wprawdzie nie jest argument dla lekarza, żeby nie podejmować interwencji. Jednak jakimś argumentem jest już to, że ten pacjent na pytania lekarza, czy coś go boli, coś dolega, odpowiada przecząco. Nie mniej mam pewne uwagi, co do postępowania w tym przypadku pani doktor. Mówiłem jej o tym w rozmowie w cztery oczy, na którą ją wezwałem, ale jest to sprawa pomiędzy przełożonym i jego pracownikiem. Dlatego nie będę mówił, czego te uwagi dotyczyły. Pani doktor przyznała, że tok jej postępowania mógł być inny - powiedział doktor Drzewiecki. Dyrektor nie wyklucza wyciągnięcia konsekwencji służbowych. To zależy też od tego, jakie kroki podjęłaby rodzina zmarłego i jakie wnioski dałoby wyjaśnianie np. sądu lekarskiego, czy innej instytucji powołanej do wyjaśniania takich spraw. Jednak Anna Zaidler nie chce żadnych procesów i niczego się nie domaga, prócz szacunku dla każdego pacjenta.
    Dariusz Drzewiecki przyznał, że lekarka, do której ma pretensje Anna Zaidler, to ta sama pani doktor, która na początku lutego nie chciała podjąć na wniosek Małgorzaty Bohuszewicz interwencji na stacji paliw w Barcinie u pacjenta, który miał atak serca i później zmarł, o czym pisaliśmy w jednym z poprzednich numerów naszej gazety. Rzecz jasna, na ewentualne konsekwencje postępowania pani doktor z SPZOZ w przypadku Mariana Łukowskiego, tamta wcześniejsza sytuacja nie będzie miała wpływu. Zresztą w tamtym przypadku - przypomnijmy - Dariusz Drzewiecki wziął w obronę swoją podwładną, krytykując w liście do przewodniczącego Rady Miejskiej Barcina postępowanie Małgorzaty Bohuszewicz  w związku z tamtym zdarzeniem.
    Anna Zaidler chce przestrzec ludzi, że jeśli widzą ewidentne, niepokojące objawy u bliskiej osoby, a wezwany lekarz to ignoruje, by poruszyli niebo i ziemię, żeby zobaczył go inny lekarz.

Karol Gapiński
Pałuki nr 946 (13/2010)

Aplikacja na Androida

Reklama

Komentarze opinie

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.

Komentarze mogą dodawać tylko zalogowani użytkownicy.

Zaloguj się

Reklama

Wideo palukiznin.pl




Reklama
Najnowsze wiadomości