W domu zaś była prawdziwa fabryka naboi...
Łowiectwo przed wojną w Szubinie
Teren spółki łowieckiej w Szubinie określony był aż pod Pińsk i do lasów łabiszyńskich, tzw. królewskich. Do spółki łowieckiej należeli więksi właściciele gospodarstw rolnych z Szubina i okolic.
Jako młody chłopiec byłem świadkiem polowań na zające, kuropatwy, dzikie kaczki i grubszą zwierzynę leśną, jak rogacze i dzikie świnie. Mój ojciec był tak zapalonym myśliwym, że pół życia spędzał na polowaniach i na stanowiskach nocnych pod borem na grubszą zwierzynę. Nocne eskapady przy księżycu na wieżach były częste (nie zawsze skuteczne) i zawsze stanowiły dnia następnego temat do rozmów.
Moim przywilejem było to, że co najmniej dwa razy w tygodniu kupowałem u Hubertusa - w sklepie broni myśliwskiej, naboi oraz przyborów dla myśliwych. Tam realizowałem zakupy z polecenia ojca: kartusze - proch, itp. Było to przy ul. Grodzkiej, więc tuż przy moim gimnazjum. W domu była zaś prawdziwa fabryka naboi. Ojciec ze swoim kumplem Jankiem Domagałą i moim bratem Ludwikiem napełniali kartusze prochem i specjalną maszynką zamykali je.
Łowiectwo był to sport ludzi bogatych , gdyż aby go uprawiać, trzeba było nie tylko mieć czas, ale też odpowiednie warunki finansowe.Czas mój ojciec miał, gdyż cegielnią kierował kierownik Lehman, a restaurację prowadził jego brat Władek.
Trzeba było mieć ubiór myśliwski, kilka dubeltówek i innych akcesoriów, no i kilka psów specjalnie na ten cel tresowanych w Bydgoszczy (wyżły i inne - każdy dostosowany do zwierzyny, na którą polował). Brałem udział nieraz w lecie w polowaniach na kuropatwy, czy dzikie kaczki pomagając psom aportować spadające, zastrzelone ptaki. Nieraz był to wyścig z psami.
Raz w roku, w okresie zimowym, ojciec urządzał polowania na zające i lisy. Zapraszał wszystkich obywateli, właścicieli rolnych, a było ich kilkudziesięciu, m.in. Pełczyński z Rzędowa, Maciejewski z Dobrylewa, Hadrych z Wąsosza, stryj Janek z Samoklęsk, Janek Domagała i wielu innych, których już nie pamiętam. Wszyscy oni najpierw przyjeżdżali do nas "na jednego" i potem - wyekwipowani w dubeltówki, lornetki, naboje oraz swoje pojazdy konne i psy - wyjeżdżali na łowy. Robotnicy z cegielni uzbrojeni w pały czekali już na polu - byli to naganiacze zwierzyny. Polowanie trwało cały dzień aż do szarego popołudnia. Specjalny wóz przeznaczony był do transportu zajęcy, nieraz lisów.
Ten triumfalny orszak zajeżdżał do Szubina na ul. Św. Marcina. Naganiacze byli zapraszani na wódkę, piwo i kiełbasę do restauracji Alwina, myśliwi zaś udawali się do mieszkania prywatnego, gdzie juz w dwóch ogromnych pokojach byłu ustawione stoły w podkowę. Uczta myśliwska to tradycyjny bigos, biała kiełbasa z kapustą, barszcz, grochówka, itd. Żubrówka, wódka, koniaki, grzane wino, piwo, grog. Panowie zajmowali swoje miejsca. Było gwarno jak w ulu.
Wreszcie zapadała grobowa cisza, wybierano króla polowania - tego, który najwięcej ubił zajęcy i lisów. Wrzały oklaski, gratulacje i wiwaty:"niech żyje król polowania!". Kto nim był ostatni, nie pamiętam, ale to nieważne. Uczta i opowiadanie myśliwskie przeciągały się do późnego wieczora. Zwyczaj był taki, że wszystkie trofea takie jak ubite zające pozostawały dla organizatora polowania, w tym przypadku dla mego ojca. Dla następnego większa część zajęcy została odstawiona do Bydgoszczy, do sklepu Delikatesów Zimocha, który była stałym naszym odbiorcą. Reszta była przeznaczona też do Bydgoszczy (do restauracji Dworcowej). No i dla naszej restauracji w Szubinie. Takie polowania powtarzały się u Maciejewskich, przyjaciół mego ojca w Dobrylewie i innych.
Te tradycje przedwojenne już zanikły. W czasach powojennych wszystko się zmieniło. Ojciec pozostał przewodniczącym tego związku, który chyba zmienił nazwę na Polski Związek Łowiecki. Należał do komisji egzaminacyjnej nowych kandydatów na myśliwych.
Tak się zamknęła jedna strona tradycji myśliwstwa. Zanikły ślady świetności wyczynów mego ojca: piękny ogromny pokój myśliwski w naszym domu, wypchane ptaki - czaple, bażanty i różne inne, znikła też szafa z dubeltówkami specjalnie zrobiona u Góreckiego w Bydgoszczy w fabryce mebli - specjalne zamówienie matki na prezent dla mego ojca.
Post scriptum. Franciszek Alwin był prezesem Bractwa Kurkowego, Spółki Łowieckiej, Towarzystwa Przemysłowców, Kupców, hodowcą gołębi pocztowych i koni, pierwszym przedwojennym radnym miasta oraz zasłużonym powstańcem wielkopolskim. Pierwsza komendantura powstańcza w Szubinie znajdowała się w naszym domu przy ul. Św. Marcina 1 (tablica pamiątkowa znajduje się w zbiorach Domu Harcerza).
Wydaje mi się, że należy przypomnieć tę postać i poświęcić kilka zdań mojemu ojcu, który został zupełnie zapomniany. Przedwojenny Szubin ma mu wiele do zawdzięczenia - choćby to, że kilkadziesiąt rodzin pracowało w cegielni parowej Franciszka Alwina. Obecnie po niej zostały tylko gruzy - zawdzięczamy to komunizmowi i jego zacnym szubińskim zwolennikom, którzy doprowadzili do ruiny to, co było chlubą przedwojennego Szubina.
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze mogą dodawać tylko zalogowani użytkownicy.
Komentarze