Reklama

Miał być byczy interes, ale przelewu nie ma

Firma z województwa świętokrzyskiego na początku marca zabrała - podając się początkowo za skup z Krotoszyna pod Barcinem - byki i krowy od hodowców ze Smogorzewa i Łabiszyna Wsi. Należnych pieniędzy firma ta nie przelała na rachunki hodowców. Właściciel firmy tłumaczy, że nie może na razie uiścić należności, bo rzeźnia, do której oddał bydło, nie chce mu zapłacić, a tej z kolei nie płaci odbiorca wołowiny z Włoch.

Bracia Mirosław (po lewej) i Aleksander Siluk z Łabiszyna Wsi sprzedali Marcinowi W. i jego ludziom 2 krowy i byka. Pieniędzy nie otrzymali do dzisiaj. fot. Karol Gapiński

       1 marca hodowca bydła opasowego ze Smogorzewa Marek Pahut zdecydował, że chce sprzedać dwuletniego byka. Chwycił za telefon i zadzwonił do punktu skupu w Krotoszynie pod Barcinem. Rolnik ze Smogorzewa korzysta przy sprzedaży swego bydła z tego skupu od dawna i był zawsze zadowolony. Dlatego nie szukał w Internecie innych skupów. Ponieważ Marek Pahut nie nalegał, że chce byka odstawić zaraz, uzgodniono, że samochód ze skupu przyjedzie do Smogorzewa na początku kolejnego tygodnia.
     ŚWIĘTOKRZYSKI NUMER RZEKOMEGO KROTOSZYNA
     5 marca około 16:00 przed swoim domem w Smogorzewie Marek Pahut ujrzał scanię przystosowaną do przewożenia żywca. W kabinie było kilku mężczyzn. Gospodarz wyszedł przed dom i ponieważ był przygotowany na przyjazd samochodu do przewożenia bydła, zapytał: - Panowie z Krotoszyna?
     Pucołowaty, w wieku trzydziestu, może trzydziestu czterech lat mężczyzna, który był - co Marek Pahut wniósł na podstawie obserwacji - szefem całej ekipy, potwierdził, że owszem, przyjechali z Krotoszyna. Marek Pahut zdziwił się. - I tak w ciemno przyjechaliście, zamiast wcześniej zadzwonić i potwierdzić przyjazd? Przecież mogło mnie nie być i mogliście pocałować klamkę - spytał. Skupujący odpowiedzieli, że nie mieli już czasu dzwonić, bo są zagonieni robotą. Na samochodzie było już kilka sztuk bydła. Byka, którego Marek Pahut zamierzał sprzedać, zważono. Miał 600 kg. Cenę ustalono na 4.472 zł z VAT. Nabywca deklarował w rozmowie z Markiem Pahutem, że przelewu pieniędzy na jego konto dokona w ciągu 7 dni.
     Marek Pahut zwrócił uwagę na numery rejestracyjne samochodu swych kontrahentów. Zaczynały się od TKI, a to oznacza, że samochód był z województwa świętokrzyskiego. Zdziwiło to Marka Pahuta, bo Krotoszyn znajduje się pod Barcinem, a nie na Kielecczyźnie. Dlatego hodowca zadzwonił do skupu w Krotoszynie chcąc potwierdzić, że wysłali do niego samochód po bydło. Nikt telefonu nie odebrał. Była jednak 16:05 i Marek Pahut doszedł do wniosku, że w firmie skończył się dzień roboczy.
     Jednak po sporządzeniu przez kupujących faktury okazało się, że w rzeczywistości nie mają oni nic wspólnego z Krotoszynem. Firma Junior Marcina W. (jak się później okazało, był nim właśnie pucołowaty mężczyzna po trzydziestce) mieściła się w Hucie Nowej, małej miejscowości w województwie świętokrzyskim. Marek Pahut nie wycofał się z transakcji. Byk był na samochodzie, a na fakturze była pieczątka z numerami NIP i REGON. Samochód odjeżdżał z podwórka, kiedy Marek Pahut dostrzegł na fakturze, że Marcin W. nie napisał, iż przelew ma nastąpić w ciągu 7 dni, jak chwilę wcześniej obiecywał, a 21 dni. - Jeszcze się wahałem, jak zobaczyłem te 21 dni na przelew, czy nie wybiec na drogę i ich zatrzymać, ale ostatecznie zrezygnowałem - opowiada Marek Pahut. Kilka dni później hodowca ze Smogorzewa odebrał telefon ze skupu w Krotoszynie i usłyszał, że samochód stamtąd właśnie wyjeżdża po byka. Odpowiedział, żeby już nie przyjeżdżali, bo zwierzę zostało sprzedane.
     W czasie 21 dni Marek Pahut nie otrzymał na konto przelewu w wysokości 4.472 zł od firmy Junior. 29 marca wysłał na adres tej firmy przedsądowe wezwanie do zapłaty i tego samego dnia sprawę zgłosił na policji. Później kilka razy dzwonił do Marcina W. z Huty Nowej, ale tamten grał na czas. Mówił, że przelewu już za chwilę dokona, jednak nie czynił tego.
     WOLĄ GOTÓWKĄ NIŻ PRZELEWEM
     5 marca, po zabraniu byka ze Smogorzewa, Marcin W. i jego ludzie nie opuścili okolic Łabiszyna. Pojechali kawałek dalej i w sąsiednim Łabiszynie Wsi zatrzymali się przed gospodarstwem braci Mirosława i Aleksandra Siluków. Pojawili się tam około 1630 i zapytali gospodarzy, czy ci nie chcą sprzedać im jakiegoś bydła. Dodali, że właśnie przed chwilą byka sprzedał im sąsiad, czyli Marek Pahut. - My zapytaliśmy, czy chcą płacić gotówką, czy przelewem. Odpowiedzieli, że gotówką. Na to my im, żeby wjeżdżali. Gdyby chcieli płacić przelewem, to nie wpuścilibyśmy ich do obejścia i po prostu za jakiś czas zbyli te krowy, któreśmy zamierzali sprzedać, w jakimś wypróbowanym już skupie, na przykład w Krotoszynie albo gdzie indziej. Jednak, gdy usłyszeliśmy, że chcą zapłacić gotówką, to stwierdziliśmy, że warto. Kiedyś człowiek jechał do skupu, czy skup przyjeżdżał do niego i oddawaliśmy byka czy krowę od razu biorąc gotówkę. A jak zaczęły wchodzić w grę te przelewy bankowe, to też i my rolnicy mamy problemy. My zwierzę oddajemy kupującemu i musimy na przelew czekać w zaufaniu i nadziei, że pieniądze wpłyną. Nie mamy nic pod zastaw, oddanych zwierząt też już nie mamy. Później niejednokrotnie przelewów nie ma albo przelewają po 500 zł w 15 czy 20 ratach przez wiele miesięcy. A my czekamy na te pieniądze, przecież też mamy wydatki na bieżące prowadzenie gospodarstwa i z czegoś człowiek też musi sam żyć. Dlatego, gdy usłyszeliśmy, że zapłacą gotówką, to zdecydowaliśmy się sprzedać im dwie krowy, bo już mało co dawały mleka, oraz jednego byka - mówili Mirosław i Aleksander Silukowie.
     Scania zatem wjechała na ich podwórko. Zwierzęta zważono. Marcin W. wdał się w rozmowę z braćmi Silukami. Ci opowiadali mu o problemach hodowców. Narzekali na nieuczciwych pośredników w handlu bydłem. Mówili, że niektórzy kupujący nie dokonują po zakupie przelewów, a niektórzy oszukują na wadze skupując bydło. - Akurat pracowaliśmy, jak teraz, przy oborze i miałem w związku z tym pod ręką widły. Ten pan skupujący bydło udawał, że się z nami solidaryzuje. Chwycił widły i dźgnął nimi powietrze mówiąc: „Ot, co bym zrobił z takim handlarzem, który oszukuje ciężko pracujących rolników.” Dawał nam tym samym do zrozumienia, że jemu, w przeciwieństwie do tych nieuczciwych handlowców, można ufać. Jednak za chwilę wmówił nam, że w naszym interesie będzie jednak, żeby nie płacił nam gotówką. Zwierzęta były już załadowane, a on stwierdził, że jeśli chcemy gotówkę, to w ten sposób stracimy VAT, więc lepiej, żeby nam wystawił fakturę i pieniądze w kwocie 12.000 zł, bo na tyle doszliśmy do porozumienia, przeleje do końca tamtego tygodnia (przypomnijmy, był wtedy poniedziałek - przypis kg) na nasze konto - opowiada Aleksander Siluk. Bracia dokonali przesunięcia własności oddając paszporty zwierząt ich nabywcy, tak samo jak zrobił Marek Pahut.
     TELEFONY
     Minął tydzień, pieniądze jednak nie pojawiły się na koncie braci. Aleksander Siluk był w tamtych dniach w Agencji Restrukturyzacji i Modernizacji Rolnictwa w Żninie. Obowiązkiem ustawowym sprzedającego bydło jest zgłoszenie tego faktu w najbliższym biurze ARiMR. Zastępca kierownika biura w Żninie Adam Filipiak podkreśla również, że tak samo ustawowy obowiązek zgłoszenia zakupu bydła ma osoba kupująca. Często się zdarza, że taki kupujący zgłasza ten fakt i zaraz tego samego dnia zgłasza zbycie do rzeźni. Wszystkie dane o handlu bydłem, wraz z numerami zwierząt, znajdują się w ogólnokrajowym systemie informatycznym ARiMR. Jednak wtedy, gdy Aleksander Siluk zgłaszał zbycie trzech sztuk ze stada, to Marcin W. tych sztuk jeszcze nie wyrejestrował. Jak jest teraz, tego nie wiemy, gdyż ze względów prawnych ARiMR nie może takich danych udostępnić. Może to zrobić tylko na wniosek policji.
     W kolejnych dniach pieniądze na konto braci nadal nie przyszły. Zaczęli dzwonić do Marcina W. Za każdym razem skupujący bydło kazał im się uzbroić w cierpliwość. - Mówił przykładowo, że już wysyła pieniądze, ale jest piątek, a banki dają 3 dni na dokonanie transakcji, jednak zbliża się weekend, więc pieniądze na naszym koncie powinny być może we wtorek. W kolejny wtorek pieniędzy nie widzimy w stanie konta, więc znów dzwonimy, a on znów to samo, że już wysyła. I tak w kółko Macieju. Teraz już dzwonimy do niego bardziej dla zabawy, bo nie wierzymy w jego „gadki”. Chcemy tylko, żeby wiedział, że pamiętamy. My te krowy hodowaliśmy od małego. To nie jest mały koszt je wyhodować. On nie może sobie z nas robić takich jaj - opowiadają bracia Silukowie. I oni zgłosili sprawę policjantom.
     SPRAWDZANIE I DOCHODZENIE
     Nadkomisarz Krzysztof Jaźwiński, oficer prasowy w Komendzie Powiatowej Policji w Żninie, poinformował nas, że przez kilka tygodni od zgłoszenia policjanci z komisariatu w Barcinie, w którego strukturach jest też posterunek w Łabiszynie, prowadzili czynności zmierzające do zebrania materiałów, które świadczyłyby o tym, że doszło do oszustwa lub też naruszenia kodeksu karnego w jakimś innym punkcie. Ostatecznie 28 kwietnia policjanci oficjalnie wszczęli dochodzenie w sprawie podejrzenia oszustwa. W ślad za podejrzanym wysłano zgromadzone materiały do jednostki policji w obrębie jego zamieszkania. Podejrzanemu ma być przedstawiony zarzut oszustwa, za co grozić mu będzie kara pozbawienia wolności do 8 lat.
     Oszukani hodowcy powiedzieli, że w zeszłym tygodniu zostali wezwani na komisariat w Barcinie. Tam policjanci okazali im zdjęcie Marcina W. Hodowcy spod Łabiszyna rozpoznali w nim mężczyznę, który 5 marca przyjechał wraz z czterema pracownikami do ich gospodarstw scanią przystosowaną do transportu bydła.
     NAWIJANIE WŁOSKIEGO MAKARONU NA USZY
     Skontaktowaliśmy się z Marcinem W. Nam brak przelania pieniędzy na rachunki panów Siluków i Pahuta tłumaczy inaczej: - Proszę pana, nie zapłaciłem jeszcze tym rolnikom i przepraszam za to. Mam problemy z realizacją zobowiązań moich kontrahentów. Rzeźnia, która odebrała bydło ode mnie, nie zapłaciła mi jeszcze należności. Ja ich cały czas ponaglam. Oni mi odpowiadają, że produkują wołowinę na eksport. Produkt ów wysłany został do Włoch. Importer nie przelał na rachunek rzeźni pieniędzy za mięso. Dlatego rzeźnicy nie oddali mi, a ja nie oddałem rolnikom. Naprawdę przepraszam. W drugiej połowie tego tygodnia (rozmawialiśmy w ostatni poniedziałek - przypis kg) obiecuję, że zadzwonię do tych hodowców z pańskiego terenu i będę prosił, by uzbroili się w cierpliwość. Wierzę w to, że pieniądze do mnie przyjdą i obiecuję, że wówczas natychmiast ureguluję moje zobowiązania - przekazał Marcin W., właściciel firmy Junior z Huty Nowej w Świętokrzyskiem.
     Hodowcy spod Łabiszyna już nie wierzą w zapewnienia Marcina W. Od ponad 2 miesięcy czekają na należne im pieniądze i słyszeli do tej pory różne wymówki i zapewnienia handlarza bydłem. Żadne z nich się nie sprawdziły. Na branżowych stronach w Internecie odnaleźli fora dyskusyjne hodowców. Z ich wypowiedzi wynika, że firma Junior nie ma dobrej marki wśród hodowców. Są też w kraju prawdopodobnie inne osoby, które nie mogą się doczekać pieniędzy za bydło.
     RÓWNOLEGŁA ŚCIEŻKA DO SĄDU CYWILNEGO
     Nadkomisarz Krzysztof Jaźwiński powiedział, że skupujący zwierzęta może się przed swoimi wierzycielami czy też dziennikarzem różnie tłumaczyć, ale jak jest naprawdę, to ustali dochodzenie. Jeśli okaże się, że są już przez inne jednostki policji prowadzone postępowania, to wątek łabiszyński może być podpięty pod wcześniejsze postępowania. Może być też jednak odwrotnie, że to inne wątki zostaną przekazane naszej policji. O tym zdecyduje prokuratura.
     Rzecznik interesów konsumenta w Starostwie Powiatowym w Żninie Izabela Gronet powiedziała, że nie jest ona osobą, w której uprawnieniach znajduje się poprowadzenie spraw rolników jako osób fizycznych. Nie mniej jednak poradziła ona im, żeby korzystając np. z pomocy radcy prawnego stowarzyszenia Sampo, który udziela porad też w Łabiszynie, w Barcinie i w innym miejscowościach, złożyli pozwy cywilne o zwrot należności. Doszło bowiem do zawarcia umowy kupna-sprzedaży, a nie otrzymali pieniędzy. Postępowanie policji może się toczyć swoją drogą i może lub nie musi skończyć się aktem oskarżenia i skazaniem podejrzanego. Natomiast przed sądem cywilnym można walczyć o swoje pieniądze, których nie zagwarantuje nawet ewentualny wyrok skazujący skupującego bydło, który zapadłby przed sądem karnym.

Reklama

Karol Gapiński
Pałuki nr 1057 (20/2012)

 

Podobne teksty:

Rolnicy otrzymywali faktury bez numerów

Policja czeka na hodowców

Policja drąży temat

Hodowcy zeznawali w sądzie

Z bykami w areszcie

Nie o zaniżaniu, a o zawyżaniu

Rozprawa w sprawie wagi byków odroczona

Cztery lata za byki

Zgłoszenie - tak, dochodzenie - nie

Rolnik czuje się oszukany na wadze

Oskarżeni uniewinnieni

Aplikacja na Androida

Źródło i opracowanie własne Aktualizacja: 11/07/2025 10:47
Reklama

Komentarze opinie

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.

Komentarze mogą dodawać tylko zalogowani użytkownicy.

Zaloguj się

Reklama

Wideo palukiznin.pl




Reklama
Najnowsze wiadomości