Polna droga wiodąca nad Jezioro Pniewskie została na czas akcji strażaków zamknięta
fot. Arkadiusz Majszak
Pniewy, tragedia, Anna K., Zosia, utopienie, samobójstwo
Nic nie zapowiadało tragedii
A teraz będziemy u Boga, tam będzie nam najlepiej. Ja i Zosia będziemy tęsknić za wami. To słowa z listu pożegnalnego, który zostawiła przed śmiercią dwudziestosiedmioletnia Anna K. z Jadownik Rycerskich. Wszystko wskazuje na to, że najpierw utopiła swoją niespełna dwuletnią córeczkę, a następnie odebrała sobie życie. Śledczy chcą znaleźć odpowiedź na pytanie, co skłoniło młodą kobietę do tak desperackiego kroku.
Droga z Wenecji do Dąbrowy Mogileńskiej. Okolice Folusza. Krzyżująca się z nią polna droga, kilkadziesiąt metrów od drogowskazu na Łysinin. Stromy zjazd otoczony drzewami prowadzi do niewielkiego Jeziora Pniewskiego. To tutaj wyruszyła w swoją ostatnią podróż zielonym fiatem 126p mieszkanka Jadownik Anna K. Zabrała z sobą swoją niespełna dwuletnią córeczkę Zosię.
24 czerwca. Ładne, letnie popołudnie. Nad Jeziorem Pniewskim spaceruje małżeństwo. Mieszkańcy gminy Gąsawa. Nagle w wodzie dostrzegają jakby unoszące się na powierzchni zwłoki dziecka. Mają jeszcze nadzieję, że jest to może jakaś lalka. Potwierdzają się jednak ich najgorsze przeczucia. W wodzie pływają zwłoki małej dziewczynki. Zawiadamiają policję. Na miejsce przyjeżdżają policjanci, prokurator i strażacy. Długo przeczesują mające 13 metrów głębokości jezioro. Wyławiają zwłoki młodej kobiety. Jak się później okazuje, jest nią matka dziecka Anna K.
- Piękna kobieta. Ciemnowłosa - zamyśla się Wojciech Jabłoński, szef żnińskiej prokuratury. Zwraca uwagę, że wobec takiej tragedii trudno przejść obok bez emocji.
Ze wstępnych ustaleń śledczych, przede wszystkim na podstawie dwóch pozostawionych na siedzeniu malucha listów, wynika, że matka pozbawiła córeczkę życia. Utopiła dziecko, a następnie sama popełniła samobójstwo. W jednym z dwóch listów do swojej rodziny napisała: A teraz będziemy u Boga, tam będzie nam najlepiej. Ja i Zosia będziemy tęsknić za wami. W liście pisze również o swojej miłości do męża. Nie pisze ani słowa, dlaczego postanowiła zabić własne dziecko i targnąć się na swoje życie.
- Trwają czynności zmierzające do zweryfikowania autorstwa listu i wyjaśnienia wszystkich okoliczności tej tragedii. Motywy, jak i szczegółowa przyczyna zgonu, będą wyjaśniane - tłumaczy prokurator. Postępowanie jest prowadzone w kierunku pozbawienia życia dziecka i namowy do samobójstwa. - Mąż jest poza kręgiem podejrzeń - ucina spekulacje prokurator.
We wtorek przeprowadzono sekcję zwłok, by ustalić przyczynę śmierci matki i córki. Wykazała, że było to klasyczne utonięcie, zarówno w przypadku kobiety, jak i jej córeczki. Na razie podczas wstępnych ustaleń nie stwierdzono ingerencji osób trzecich. Mąż Anny K. został przesłuchany i zwolniony do domu.- Szukamy punktu zaczepienia, żeby wyjaśnić motywy tego zdarzenia - mówi Wojciech Jabłoński.
Do tragicznego zdarzenia prawdopodobnie doszło kilka godzin przed tym, jak zwłoki dziecka odnaleźli przypadkowi spacerowicze. Samochód, którym przyjechała Anna K., został zaparkowany w miejscu niedozwolonym i w niedzielę około południa zwrócił uwagę straży leśnej - wtedy silnik był jeszcze ciepły.
Anna K. mieszkała w Jadownikach Rycerskich wraz z córką, kilkanaście lat starszym mężem i teściową. Mąż Anny K. został zatrzymany podczas wykonywania czynności związanych z odnalezieniem zwłok żony. Był wówczas pijany. Chodził nad brzegiem jeziora i mówił, że szuka żony i dziecka.
Rodzina Anny i Zbigniewa K. jest w szoku, bo nic nie zapowiadało nieszczęścia. 3 lipca mieli świętować drugą rocznicę ślubu. Planowali zorganizować imprezę. - Jesteśmy w szoku. Widzieliśmy się w środę. Była jak zawsze uśmiechnięta i zadowolona. Niczego po niej nie było widać. Zauważyłabym depresję i stres po jej zachowaniu. Ja się zastanawiam, dlaczego tak się stało. Nie mogę przeżyć tej małej Zosieńki. To było tak cudowne dziecko. Taki prawdziwy skarb. Nie potrafię zrozumieć, co ją popchnęło do tego. Jak ona musiała być zdesperowana, że zabiła swoje dziecko - jeżeli rzeczywiście tak było. Żadnych symptomów nie było. W minioną środę umawialiśmy się na jej urodziny, a później na rocznicę ślubu. Tych imprez w tym czasie mamy dużo. Była pogodną dziewczyną - mówi osoba z rodziny Anny.
Osoby, które znały Annę K., nie mogą uwierzyć, że mogła posunąć się do tak desperackiego kroku. Mieszkanki Piastowa, miejscowości, w której mieszkała Anna K., zanim wyszła za Zbigniewa K. z Jadownik, pamiętają, że była dobrą sąsiadką. - Bardzo lubiana, spokojna, rozmowna i kontaktowa. Sympatyczna. Poza tym bardzo pracowita - charakteryzują Annę K. Jedna z nich zaznacza, że ostatnio zauważyła, iż Anna nie była już tak wesoła jak zawsze. - Nie uśmiechała się już tak, jak dawniej i bardzo mocno wyszczuplała. To mnie zdziwiło. Zmieniła się od wypadku. Dwa tygodnie temu ją widziałyśmy na kawie u jej rodziców. Było widać w niej jakiś niepokój. Była bardzo kochaną osobą i będzie nam jej bardzo brakowało. To jest dla nas wstrząsająca tragedia. My nadal nie wierzymy w to, co się stało - mówią mieszkanki Piastowa.
Irena Chrośniak, sołtys Jadownik, opowiada nam, że w zeszłym roku Anna K. jechała z dzieckiem samochodem do rodziców. Na łuku drogi zarzuciło samochód na drzewo. W wyniku wypadku Zosia trafiła do szpitala. - Może od tego czasu miała wyrzuty sumienia. Nie wiem, ale coś musiało się w środku dziać. Nie mogę o niej i jej mężu czy teściowej złego słowa powiedzieć - mówi pani sołtys.
Barbara Musiałowska-Zientak, sołtys Piastowa, zaznacza, że Anna była znana z pogodnego usposobienia. Ciągle uśmiechnięta i wesoła. Dlatego tak trudno wszystkim uwierzyć, że mogła zabić dziecko i popełnić samobójstwo. - Dla nas to szok, że coś takiego mogło się stać. Jesteśmy tu wszyscy zszokowani - mówi pani sołtys. I dodaje, że bardzo jej żal rodziców Anny, ponieważ w krótkim czasie stracili dwoje dzieci. Najpierw w listopadzie dwa lata temu zginął brat Anny. Był na rybach i wypadł z łodzi. Pani sołtys wyraźnie podkreśla, że nie było to samobójstwo, jak przekazują niektóre media, chcąc połączyć oba zdarzenia, tylko nieszczęśliwy wypadek. - Rodzicami zajęły się już panie z opieki społecznej w Gąsawie, które udzieliły im pomocy. To życzliwi i uśmiechnięci ludzie - mówi pani sołtys. - Co mogło ją w tym kierunku popchnąć, to nie wiadomo. Dla każdego jest to szok i każdy się zastanawia, co ją do tego skłoniło. Tym bardziej, że zostanie zapamiętana jako uśmiechnięta i wesoła dziewczyna - podkreśla pani sołtys.
Arkadiusz Majszak
Pałuki nr 1063 (26/2012)
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze mogą dodawać tylko zalogowani użytkownicy.
Komentarze