Od 1955 do 1958 roku bezpieka prowadziła sprawę o kryptonimie Właściciel. Polegała ona na inwigilacji byłego już wtedy właściciela żnińskiej drukarni Alfreda Krzyckiego. Uznała go za człowieka wrogiego ustrojowi tylko dlatego, że był kiedyś właścicielem wydawnictwa, dawał pracę ludziom, sympatyzował ze Stronnictwem Narodowym i miał żal do władzy komunistycznej, że zabrała mu dorobek życia.
Postanowienie o wszczęciu sprawy pod kryptonimem „Właściciel“
źródło: IPN By 044/230
Po zakończeniu II wojny światowej Alfred Krzycki próbował uruchomić swój dawny zakład poligraficzny, ale w rzeczywistości demokracji ludowej było to trudne. Władze, początkowo nie robiące trudności jakiejkolwiek prywatnej działalności, pod koniec lat 40. zaczęły dokręcać śrubę właścicielom zakładów, sklepów i rolnikom indywidualnym. W 1949 roku drukarnia Alfreda Krzyckiego została upaństwowiona, a jej były właściciel otrzymał zakaz pracy w wykonywanym przez lata zawodzie. Z konieczności musiał zająć się rolnictwem. Gospodarstwo przynosiło marne dochody, cały czas wisiała nad nim groźba kolektywizacji, a sam Alfred Krzycki myślał o tym, by zająć się czymś innym. W takiej to chwili UB postanowiła otworzyć sprawę Właściciel. O tym, jak bezpieka prowadziła inwigilację, dowiadujemy się z materiałów bydgoskiego Instytutu Pamięci Narodowej.
Postanowienie o zakończeniu sprawy „Właściciel“
źródło: IPN By 044/230
KRYPTONIM WŁAŚCICIEL
Po przejęciu drukarni Alfreda Krzyckiego tajne służby Urzędu Bezpieczeństwa nie zostawiły go samemu sobie. Każdy jego krok był śledzony. Miał założoną oddzielną teczkę w Powiatowym Urzędzie Bezpieczeństwa Publicznego w Żninie. 12 października 1955 roku chorąży Czesław Kwiatkowski ze żnińskiego UB podpisał postanowienie dotyczące założenia sprawy ewidencyjno-obserwacyjnej Alfreda Krzyckiego. Były właściciel drukarni został figurantem. Powodem założenia sprawy były doniesienia od informatora ps. Krzew. Doniósł, że Alfred Krzycki zajmuje się tzw. szeptaną propagandą, miał powiedzieć, że obecny rząd niedobrze robi, że zabiera własność Polakom.
Jako były właściciel drukarni, jako były pracodawca dla ok. 200 ludzi i jako były działacz Stronnictwa Narodowego został uznany za element podatny na rozpowszechnianie wrogiej propagandy. Dlatego UB postanowiła go obserwować. Sprawa nosiła kryptonim Właściciel.
Rozpracowanie, jak wspomnieliśmy, zostało wszczęte na podstawie doniesień albo raczej donosów, informatora UB o pseudonimie Krzew. Nie znamy imienia i nazwiska tej osoby, a także kolejnych pojawiających się informatorów o pseudonimach Kreplin i Żbik. Osobę o ps. Krzew Alfred Krzycki musiał dobrze znać i mieć do niej zaufanie. Rozmowy na tematy polityczne, a to nie tylko w czasach stalinowskich, ale w ogóle w czasach PRL, były niebezpieczne. Trzeba było wiedzieć, z kim i o czym rozmawiać.
Ów Krzew znał Alfreda Krzyckiego z okresu przedwojennego. Poznał go lepiej po wojnie, ale rozmawiał z nim okazjonalnie, jednak na tyle często, by regularnie w lokalu o kryptonimie Okno zdawać relacje funkcjonariuszowi UB Śnieżawskiemu. Informator Krzew donosił np. że Alfred Krzycki chciał sprzedać ziemię, którą jeszcze posiadał, by z jednej strony uciec od przymusowego upaństwowienia, a z drugiej dlatego, że nie przynosiła dochodów. Informator dostał polecenie częstszego kontaktowania się z Alfredem Krzyckim.
Tajny informator doniósł, iż Alfred Krzycki rozmawiał z nim na temat wizyty ówczesnego kanclerza Niemiec (Zachodnich) Konrada Adenauera w Moskwie i dodał, że z wizyty nic dla Polski dobrego nie będzie, ponieważ i tak Rosja pójdzie na rękę Niemcom. Stwierdzono, że były właściciel drukarni jest tak wrogo nastawiony do ówczesnego ustroju i zachodzących przemian społecznych w kraju, że może siać ferment. Uznano, że może podtrzymywać na duchu byłych działaczy SN i być autorem szeptanej propagandy godzącej w ustrój PRL.
KOGO SPOTYKA, O CZYM ROZMAWIA
Oddelegowany do rozpracowania Alfreda Krzyckiego informator o pseudonimie Krzew miał ustalić, z kim utrzymuje najczęstsze stosunki towarzyskie w miejscu zamieszkania i w pracy. Informator musiał ustalić te - jak je nazywała bezpieka - kontakty oraz zebrać o nich informacje. Drugi informator o pseudonimie Kreplin miał ustalić, czy Krzycki koresponduje ze swoim bratem mieszkającym we Francji. UB badało też okupacyjną część życiorysu byłego właściciela drukarni.
W meldunkach UB napisano, że Krzycki kontaktuje się z drem Romanowskim, Jankiewiczem oraz głównym księgowym w PSS Wiśniewskim. W innym meldunku, że kontaktuje się z notariuszem, z adwokatem Smoczykiem i byłym właścicielem młyna Biegałą. Donosiciel widział go często z pracownikiem GS o nazwisku Eis.
W czasie jednej z takich rozmów Krzew zeznał oficerowi prowadzącemu, że spotkał się Alfredem Krzyckim w gospodzie i jego rozmówca mówił o konferencji genewskiej oraz sytuacji politycznej w Europie. Informator nie omieszkał dodać, że Krzycki wspomniał też, iż wykształceni ludzie są bez pracy, a w państwowych punktach handlowych zatrudniane są osoby bez wykształcenia (Plewianka zrobiła 11 tysięcy manka, a taki Lewandowicz wykształcony chodzi bez pracy).
Krzew chodził do mieszkania Krzyckich, a Kreplin donosił UB o otrzymywanych przez byłego właściciel drukarni listach. W aktach pojawił się trzeci informator o ps. Żbik, który poinformował UB, że Alfred Krzycki nie pracuje, że żyje z 13-hektarowego gospodarstwa, że ziemię obrabia mu Stanisław Wyborny, a samego Krzyckiego odwiedzają goście, a wśród nich Ewert, były naczelnik Urzędu Skarbowego.
CHWILOWA ODWILŻ
Powyższe meldunki Krzew nadał w listopadzie 1955 r. Kolejne w marcu 1956, po tym jak z Moskwy przyszła wiadomość o śmierci Bolesława Bieruta. O tym też rozmawiał z Alfredem Krzyckim i innymi mieszkańcami - Kazimierzem Malakiem ze Żnina i Stanisławem Wysockim z Bożejewic. Nieświadomi roli swego rozmówcy, nie kryli się z poglądem, że Bierut został w Moskwie otruty przez - jak się wyrazili - Ruskich. W dniu pogrzebu Bieruta Krzew też był u Krzyckich i funkcjonariuszowi UB zrelacjonował to, co działo się podczas słuchania w radio relacji z pogrzebu. Niepodejrzewający niczego Alfred Krzycki rozmawiał z Krzewem o śmierci Stalina i o Poznańskim Czerwcu.
W tym czasie Żbik informuje, kto odwiedza Krzyckich w mieszkaniu: U Krzyckiego przebywał w ciągu lipca i sierpnia [1956 r. - przyp. rk] przez około jeden miesiąc obywatel z Poznania wraz z żoną. Jest to jakiś jego znajomy z czasów, jak pracował w drukarni, gdzie ten gość pracuje i jak się nazywa, tego nie mogłem ustalić. Jest to człowiek zwrostu [pisownia oryginalna] około 175 cm, włosy siwe, wiek około 50 lat. Szczupły i zdaje mi się z krótkim wąsem.
Żbik dostał polecenie podać w następnych meldunkach, z kim Krzycki utrzymuje kontakty i w rozmowie naprowadzić go na temat gospodarki rolnej, wyborów i procesu poznańskiego. Bezpieka zaczęła sprawdzać mężczyznę, który przyjechał do Krzyckich. Dziesięć dni później wiedzieli, że był to prawdopodobnie wspólnik Alfreda Krzyckiego w sklepie księgarsko-papierniczym w Poznaniu na Placu Wolności. Sklep został zlikwidowany, ale UB nie wie dokładnie kiedy. Za to odnotowują w aktach, że Krzycki często podróżował m.in. do Francji, do Warszawy, a w ogóle to: obywatel Krzycki jest takim jakoby nazwać kombinatorem, lubi lekko żyć i dobrze jeść, jego stosunek do naszego ustroju jest tak lekki jakoby wyśmiewał się, [...] można z niego wyczuć, że cieszy się szczególnie odprężeniem.
Te meldunki pochodzą z końca września 1956 roku. Jest to okres odprężenia, ponieważ po śmierci Stalina i XX Zjeździe KPZR komuniści poddali krytyce okres rządów Stalina, kult jednostki i rozkręcony przez niego krwawy terror. Z drugiej strony w Polsce nadal odprężenia nie było widać, a ono miało przyjść wraz z październikiem 1956 r.
W październiku oficer operacyjny J. Leszczyński decyduje o dalszej obserwacji Alfreda Krzyckiego dlatego, że: jako były kapitalista i działacz poszczególnych ugrupowań politycznych do 39 roku, może działać i występować wrogo, jak również rzuca się podejrzenie że może być on związany z grupą ludzi, z którymi to utrzymuje kontakty w kraju i za granicą i może przez nich być wykorzystany. Wymieniony z obecnego ustroju wyśmiewa się szczególnie na tle ekonomicznym.
Bezpieka postanowiła rozpracować formy i metody jego kontrrewolucyjnej działalności. Mimo odprężenia, język w aktach UB, a potem SB, jak za czasów Jeżowa i Berii.
ZAWIEDZIONE NADZIEJE
Jak większość Polaków, zaraz po wypadkach październikowych Krzycki dobrze mówił o Władysławie Gomułce i stwierdzał, że może on uratować polską gospodarkę, która jest w złym stanie. Miał zapewne nadzieję na powrót prywatnych zakładów, bo - jak doniósł informator UB - Alfred Krzycki myślał o uruchomieniu warsztatu drukarskiego. W kolejnym meldunku, z listopada 1956 r., okazuje się, że ma to być sklep introligatorski. Kolejny meldunek o kontakcie Krzewa z Alfredem Krzyckim pochodzi z lutego 1957 r. i wtedy były właściciel drukarni porzucił nadzieję na powrót gospodarki rynkowej i na to, że odzyska to, co wcześniej komuniści mu zabrali: Wybory wygrali, to teraz wydadzą dekrety i przykręcą i będzie to samo, co było uprzednio - miał mówić agentowi UB.
We wrześniu 1957 r., nieświadom podwójnej roli swojego rozmówcy, Alfred Krzycki powiedział mu, że Gomułka dał wpierw swobodę myślenia, mówienia, jest człowiek bezpieczny, może się wypowiadać i spać spokojnie, a ja czuję się bezpiecznie, nie ma już Ubowców, którzy tak gnębili mnie i śmiało można poruszać się po kraju i zagranicy też. Były właściciel drukarni o braku UB mówił do informatora tych służb, o których sądził, że ich nie ma.
A współpracownik UB donosił, kiedy i o czym rozmawia z Alfredem Krzyckim: o sputniku, o tym co się dzieje na terenie Żnina, o wyjazdach Krzyckiego i jego spotkaniach w Bydgoszczy czy Warszawie. Z czasem meldunki o spotkaniach Krzewa z Krzyckim były coraz rzadsze. Były właściciel drukarni, co zrozumiałe, miał cały czas żal, że władza ludowa mu drukarnię zabrała, że to on był prawdziwym socjalistą i nie otrzymał w ramach rekompensaty nic, w związku z czym nie widzi dla siebie przyszłości.
KROK DO PRZODU I KONIEC INWIGILACJI
Co zrobiło UB? Postanowiło zwerbować Alfreda Krzyckiego i nakłonić do współpracy. Według materiałów znajdujących się w sprawie, nasuwa się wniosek, że sprawę na ww. nie należy prowadzić, ale w związku z tym, że ma kontakty z ludźmi wrogo ustosunkowanymi do naszego ustroju i klerem z miasta Żnina, zaplanowałem przeprowadzić rozmowę z wymienionym pod kątem ewentualnego werbunku - pisał major H. Wątroba, zastępca Komendanta Powiatowego MO Służby Bezpieczeństwa w Żninie.
Według akt, do pierwszej rozmowy doszło 21 lutego 1958 roku w hotelu Orbis w Bydgoszczy. Tam, podczas rozmowy z oficerem UB, Alfred Krzycki miał zgodzić się na przekazywanie informacji dotyczące środowiska księży, ale zaznaczył, że nie chce, by jego nazwisko figurowało na liście tajnych współpracowników. Dodał, że w najbliższych dniach będzie na imieninach proboszcza i może powiedzieć, o czym tam rozmawiano.
Do kolejnego spotkania doszło 22 marca 1958 roku i na tym spotkaniu były właściciel drukarni powiedział, kto był na imieninach u ks. Bogdana Pelza (proboszczem był od 1957 r.), ale dodał, że nie rozmawiano na tematy polityczne.
Trzecie spotkanie miało miejsce 7 maja 1958 roku. Z rozmowy, jaką relacjonował funkcjonariusz UB w dokumentach, wynika, iż Alfred Krzycki był w trudnej sytuacji materialnej, że chciałby pomocy w uzyskaniu koncesji na prowadzenie sklepu owocowo-warzywnego. Oficer stwierdził, że na tę chwilę pomóc mu nie może, ale w zamian za interesujące bezpiekę informacje będzie chciał postarać się mu o pomóc. Takiego to enigmatycznego stwierdzenia użył.
Notatka majora Wątroby z 20 sierpnia 1958 roku: W czasie dalszej obserwacji sprawy krypt. „Właściciel“ i przeprowadzonej rozmowy z nim doszłym [pisownia oryginalna] do wniosku, że ob. K nie nadaje się na kandydata w charakterze informatora, dlatego że nie ma zaufania w środowisku interesującym nas. Zaufania nie ma dlatego, iż jest człowiekiem bojaźliwym i słabym politykiem, dlatego odstąpiłem od opracowania go jako kandydata na informatora. Sprawę na wymienionego złożyć w archiwum dlatego, że osoba tegoż człowieka nie zasługuje na to, byśmy się nią interesowali, a to dlatego, że nie jest on zdolny do prowadzenia wrogiej roboty.
9 września 1958 r., po trzech latach obserwacji i zbierania donosów na Alfreda Krzyckiego, sprawa o kryptonimie Właściciel została zakończona: Figurant nie przejawia na obecnym etapie wrogiej działalności, jak również nie przewiduje się, by takową działalność podjął w dogodnej chwili dla niego. Jest to człowiek mocno bojaźliwy i słaby polityk. Nie ma on żadnego wpływu na otoczenie i dlatego nie jest konieczna dalsza obserwacja jego - czytamy w dokumencie bezpieki.
Remigiusz Konieczka
Pałuki nr 1226 (32/2015)
Komentarz
Przemówiły dokumenty
Sześćdziesiąt lat temu ówczesnej władzy wystarczyło tylko to, by dana osoba wykazywała jakąkolwiek inicjatywę, by uznać go za wroga państwa i partii. Kim był Alfred Krzycki dla Żnina, nikomu nie trzeba, a przynajmniej nie powinno się mówić. To człowiek-instytucja, dzięki któremu w latach 30. o Żninie mówiło się w całej Polsce. W małym mieście działał koncern prasowy, który wydawał prasę na terenie II Rzeczypospolitej. Lata prosperity przerwał wybuch wojny. Najpierw w drukarni panoszyli się Niemcy, a potem władza ludowa. Alfred Krzycki krótko po wojnie kierował swoim zakładem, a potem został zmuszony do odejścia, bo wykazał się inicjatywą. W pierwszej połowie lat 50. wegetował próbując utrzymać rodzinę z rolnictwa, które też dawna władza miała na oku.
I w tym momencie wkracza UB, zakładając teczkę Alfredowi Krzyckiemu i nakazując inwigilację. Była to perfidia, jakich mało. Najpierw władze pozbawiły go dorobku życia, a potem wysłały ludzi do tego, by notowali każdą negatywną wypowiedź przeciwko panującemu ustrojowi. A co miał innego mówić? Miał się cieszyć z faktu, że nie ma już tego, co budował latami? A gdy dziś pracownika zwolni pracodawca, to czy ten jest zadowolony? Nie. Jedyną winą Alfreda Krzyckiego w oczach władzy było to, że dawał ludziom pracę, i to, że miał swoje polityczne poglądy, których się nie bał. Rozumiem żal Alfreda Krzyckiego, który mówił, że on jest bardziej prawdziwym socjalistą niż osoby sprawujące władzę. Przecież jego projekt budowy dzielnicy dla swoich pracowników jest dziś legendą. Czy nie jest to dowodem na to, że kładł nacisk na sprawy socjalne swoich ludzi?
Dla władzy ludowej był kapitalistą, a nie pracodawcą. Dla nich każdy pracodawca, oznaczał kapitalistę gnębiącego ludzi, a takich trzeba niszczyć. I niszczyli. Jak widać z lektury akt, podwójnie. Nie tylko zabierając to, czego się dorobił. Chcieli go pozbawić honoru. Próba zwerbowania Alfreda Krzyckiego była perfidna również dlatego, że grano na jego emocjach, na stanie ducha, na nadziejach lepszego jutra. Czytając akta stworzone przez funkcjonariuszy UB mam świadomość tego, że podczas pisania zawsze mogli dodać coś od siebie. Bezpieka, po 3 latach obserwacji Krzyckiego, chciała go pozyskać. Nie można wykluczyć tego, że do takiej próby doszło, ale też trzeba wiedzieć, że szczegółów tej rozmowy nie poznamy nigdy. Zostaje to, co dają nam dokumenty. Dlatego celowo artykuł o inwigilacji został oparty tylko na dokumentach. Niech przemówią źródła.
Remigiusz Konieczka
Pałuki nr 1226 (32/2015)
Komentarz
Bojaźliwość a przyzwoitość
W dzisiejszym numerze Pałuk zamieszczamy niewielki, acz bardzo ciekawy, wycinek z jakże skomplikowanej i krętej drogi życiowej Alfreda Krzyckiego. Drogi pełnej wzlotów, osiągniętych ciężką pracą, ale i upadków, będących skutkiem zderzenia z dziejową zawieruchą, wywołaną wybuchem II wojny światowej, a w jej konsekwencji narzuceniem Polsce systemu komunistycznego.
Kilku lat tego ostatniego okresu dotyczy wspomniany tekst Remigiusza Konieczki, oparty na źródłach znajdujących się w Instytucie Pamięci Narodowej. Jego lektura uświadamia, jak daleko dzisiejsza Polska oddalona jest od mrocznych czasów lat 40. i 50. ubiegłego wieku. Tym bardziej powinniśmy docenić i cieszyć się, że żyjemy w wolnym i demokratycznym kraju, w którym ludzie aparatu bezpieczeństwa nie śledzą nas na każdym kroku, i nie zmuszają do pisania donosów na przyjaciół.
Przypadek zasłużonego żnińskiego drukarza i wydawcy pokazuje dobitnie, jak w ustroju komunistycznym traktowano ludzi, także już po najkrwawszych latach stalinizmu, w okresie odwilży, gdy system represji i prześladowań zelżał. Nie odpuszczał nikomu, nawet pozbawionemu całego majątku Alfredowi Krzyckiemu, którego ruina finansowa ówczesnym władzom nie wystarczała. Należało bowiem człowieka zniszczyć także moralnie.
Nieustannie inwigilowany Alfred Krzycki, być może licząc jeszcze na odbudowę swojego wydawnictwa, które było dla niego całym życiem, podjął jakąś grę z aparatem bezpieczeństwa, który kusił go mało konkretnymi obietnicami pomocy materialnej. Według akt, przekazał nawet informacje o obecnych na spotkaniu u ks. Bogdana Pelza, które jednak musiały być raczej mało znaczące dla UB, skoro funkcjonariusz wiedział o spotkaniu i zapewne łatwo mógł namierzyć jego uczestników. Zresztą, jak wynika z całościowego oglądu sytuacji, wzajemne kontakty nie mogły przynieść pożądanych korzyści żadnej ze stron, gdyż bezpieka chciała wykorzystać Alfreda Krzyckiego do własnych celów, a on sam nie zamierzał jej w tym bynajmniej pomagać.
Potwierdza to ostateczna decyzja, jaką podjęły organa bezpieczeństwa, które uznały Alfreda Krzyckiego za nieprzydatnego nawet jako kandydata na informatora, zamykając sprawę o kryptonimie Właściciel. Miały przemawiać za tym jego bojaźliwość jako człowieka i słabość jako polityka, choć biorąc pod uwagę czasy, jakich dotyczą opisywane wydarzenia, Alfred Krzycki wykazał się raczej odwagą i przyzwoitością.
Bartosz Woźniak
Pałuki nr 1226 (32/2015)
Przejdź do forum.
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze mogą dodawać tylko zalogowani użytkownicy.
Komentarze