Jak wygląda warsztat kolekcjonera? Okazją do rozmowy ze Zbigniewem Zwierzykowskim jest wydanie albumu z jego pocztówkami dawnej Gąsawy i okolic.
Remigiusz Konieczka: - Kiedy odnalazł pan w sobie pasję do kolekcjonerstwa?
Zbigniew Zwierzykowski: - Kolekcjonerem trzeba się urodzić. Według mnie nie ma możliwości takiej, by ni stąd ni zowąd, mając kilkanaście czy kilkadziesiąt lat, powiedzieć sobie: „Od dziś zacznę coś kolekcjonować”. To trzeba mieć we krwi. Ja całe swoje życie, od dzieciństwa, cały czas coś zbierałem, coś kolekcjonowałem. Zacząłem od znaczków pocztowych, po znaczkach przyszły monety.
- Dlaczego akurat monety?
- Tak się złożyło, dość przypadkowo, mój kolega w ostatniej klasie szkoły podstawowej ofiarował mi monetę krzyżacką. Później się dowiedziałem, że to szeląg. To była stara krzyżacka moneta i zacząłem go podpytywać skąd on to ma. Okazało się, że ktoś z rodziny pracował w ekipie melioracyjnej, znaleźli jakiś garnek, podzielili się, nikt o tym nie wiedział. Takim to sposobem ta moneta trafiła do mnie.
- Ile miał pan wtedy lat?
- Piętnaście. I ta moneta obudziła we mnie zainteresowanie zbieractwem monet, czyli numizmatyką. Bardzo poważnie w to wszedłem. Później, jako dorosły człowiek, pracownik cementowni w Barcinie, zapisałem się do Polskiego Towarzystwa Archeologiczno-Numizmatycznego. Co miesiąc jeździłem z Barcina do Bydgoszczy na sesje naukowo-kolekcjonerskie. Było zawsze ciekawie, kontakt z ludźmi o podobnych zainteresowaniach jest zawsze inspirujący. Jeździłem tam dość długo aż do czasów, kiedy w Polsce zmienił się ustrój.
- Z czego jest pan szczególnie dumny?
- Nie ma tam nic takiego, co czyniłoby je szczególnymi. Mam parę talarów pruskich, ale jest to ogromny dział i potrzeba naprawdę wiele czasu, by stworzyć pokaźną kolekcję tych akurat monet.
- Czy zachował pan kolekcję?
- Tak. Mam kompletne zbiory PRL-owskie, mam prawie kompletne międzywojenne i tematyczne - w tematach jakie sobie wyznaczyłem. Na przykład okres pruski na terenie Wielkopolski. Nie pozbyłem się niczego, ale kolekcjonerstwo monet zamknąłem.
- Dlaczego pan przestał się angażować w numizmatykę?
- Byłem wieloletnim członkiem, płaciłem składki, ale numizmatyka przestała mi się podobać. Ambicją każdego kolekcjonera jest posiadanie na bieżąco każdego egzemplarza kolekcjonerskiego wyemitowanego przez Narodowy Bank Polski w danym roku. Ale NBP zaczął wypuszczać monety super rzadkie, bardzo drogie, ze szlachetnych kruszców, na które wówczas było stać garstkę osób. Nastąpiła filatelizacja numizmatyki. Jak coś musisz mieć, dużo zapłać emitentowi. Dlatego mnie to zniechęciło.
- I pojawiły się pocztówki?
- Wtedy jeszcze nie. Zauważyłem, że zaczęły pojawiać się medale, bite przez Mennicę Państwową. Rocznicowe, bardzo ładne, projektowane przez artystów zatrudnionych w mennicy. Porzuciłem numizmatykę i zająłem się medalierstwem, tę pasję kontynuuję do dzisiaj. Mam tych medali kilkaset. Dzisiaj jest to już dużo prostsze niż w PRL-u, gdzie emitentem de facto mogła być tylko mennica państwowa. Teraz już takich ograniczeń nie ma. Mam szereg tematów, które kontynuuję.
- Jakie są to tematy?
- Kolekcjonuję egzemplarze wykonane przez medalierów takich jak Józef Stasiński, Zygmunt Brachmański, Chojnacki z Poznania. To nie są wszystkie medale przez nich wykonane. Zbieram tylko portretowe. Mam takie tematy jak: serie królewskie, powstania, wielkie bitwy polskie i wszystkie medale regionalne z terenu całych Pałuk. Nie tylko z powiatu żnińskiego.
- Jak zaczęła się przygoda ze zbieraniem pocztówek?
- Praca zawodowa wymagała poszerzenia mojej wiedzy prawniczej. Podjąłem studia podyplomowe w Poznaniu z zakresu prawa pracy. Były to comiesięczne dwudniowe zjazdy. W jedną z niedziel wypadł wykład i ktoś mnie namówił, by pójść na giełdę staroci w starej hali targowej na Matejki. Wcześniej jeszcze w starych papierach po przodkach znalazłem cztery stare żnińskie widokówki z lat 1906-1908. Byłem zaszokowany, że wówczas wychodziły pocztówki. Myślałem, że to wynalazek naszych czasów. I na tej giełdzie też przeżyłem szok, bo handlarze mieli całe kartony pocztówek. Tak z ciekawości nabyłem trzy żnińskie i zakiełkowała myśl, że będę zbierał Pałuki na starych pocztówkach.
- Dlaczego?
- Powiem szczerze. Zafascynowały mnie te pocztówki. Zacząłem dowiadywać się w jaki sposób można pozyskać nowe. Okazało się, że tylko i wyłącznie na giełdach z handlarzami staroci i aukcjach filokartystycznych. Sam osobiście jeździłem na aukcje do Warszawy. Takie aukcje były dwie w roku. Z takiej aukcji przywoziłem po pięć, a nawet czasem dziesięć pocztówek pałuckich. Otwierał się przede mną nieznany świat, bo pocztówka daje dużo wrażeń estetycznych i poznawczych.
- O jakim okresie mówimy?
- To była połowa lat 90.
- I okazało się, że sposoby nabywania pocztówek bardzo szybko się zmieniły.
- Tak, bo za chwilę był rok dwutysięczny i nastała era telefonów komórkowych, esemesów, internetu. Okazało się, że nikomu nie są potrzebne giełdy, nikomu nie są potrzebne stowarzyszenia, bo ludzie już nie muszą się zrzeszać, żeby mieć ze sobą kontakt. Ale nie uprzedzajmy wypadków. Wtedy jeździłem także na giełdę do Bydgoszczy do domu kultury Pomorskiego Okręgu Wojskowego. Tam poznałem kilka osób, które zawodowo zajmowały się handlem pocztówkami. Był tam emerytowany germanista, który jeździł na wyprawy do Niemiec i przywoził stamtąd pocztówki z naszych terenów. Od niego kupowałem, bo na wymianę nic nie chciał.
- Czy było drogo?
- Ceny ówczesne były znośne. To nie były ceny powalające z nóg, a zbiór można było stosunkowo szybko rozbudować. Marzyłem wtedy, by kolekcją pocztówek objąć całe Pałuki, czyli oprócz żnińskiego także powiaty szubiński, wągrowiecki i część chodzieskiego. Z tego terenu pocztówki zbierałem. Ale zaczęło być ich coraz mniej. Zaczęły się trudności z pozyskaniem nowych egzemplarzy. Zaczęły rosnąć ceny. Trzeba było dokonać wyboru. Okazało się, że koszula jest najbliższa ciału i zrezygnowałem z kolekcjonowania pocztówek z powiatów ościennych. Skupiłem się na powiecie żnińskim.
- Czy już wtedy miał pan w zbiorach coś z czego szczególnie był, lub nadal jest, zadowolony? Czy są w kolekcji tzw. białe kruki?
- Mamy do czynienia z jedną wielką niewiadomą. Nikt nie wie, czy to co zdobyłem jest w jednym egzemplarzu, dziesięciu czy w setkach. Były próby sporządzenia katalogu, ale spełzły na niczym, bo osoba która się tego podjęła ciężko zachorowała i zmarła. W Polsce nie ma katalogów, które by podawały ile w ogóle jest pocztówek starych i ile się zachowało. W filatelistyce jest łatwiej to ocenić, bo jest wszystko skatalogowane.
- To skąd pan wie czy coś jest rzadkością czy nie?
- Po tym jak się pojawia w obrocie handlowym mogę ocenić, czy pocztówka jest rzadka czy popularna. Ale to też jest złudne, bo my nie mamy na to wpływu czy ktoś coś wyprzedaje, czy nie. Trudno powiedzieć co jest okazem. Na pewno wyróżnikiem wartości jest wiek, czyli wszystkie pocztówki sprzed 1900 roku. Drugim takim wyróżnikiem jest technika druku, czyli pocztówki litograficzne, a także pocztówki artystyczne. Poszukiwane są pocztówki z okresu zwanego secesją, czyli manierą artystyczną z przełomu wieków. I są zbieracze, którzy tylko to zbierają.
- Co jeszcze zbierają?
- W kolekcjonerstwie pocztówek też wyłoniły się pewne nurty. Moje zbieractwo ogranicza się do pewnego terenu – powiatu żnińskiego. I chodzi o pocztówkę każdego rodzaju: z widokiem kościoła, ratusza czy zabudowy miejskiej. Są tacy, którzy zbierają wyłącznie pałace ziemiańskie, pojazdy, pociągi, stacje kolejowe, browary – niezależnie od terenu.
- To które z pocztówek jest najbliższa pana sercu?
- Bliskie sercu są te cztery, które zapoczątkowały zbiór.
- Co one przedstawiały?
- Na jednej z nich jest ul. Pocztowa ze szczytem nieistniejącej synagogi. Zaskoczyło mnie to, że mam w ręku ślad po budynku, który nie istnieje, że mam coś, czego nikt nie widział. Wszystkie pocztówki związane z judaizmem są poszukiwane. Wykupują je zbieracze i z Polski, i z Izraela. Ceny są wysokie, a same pocztówki szybko znikają. A wracając do pytania, to rzeczywiście, te cztery pierwsze pocztówki mają wartość sentymentalną. Oprócz synagogi jest na nich m.in. kościół św. Floriana - bez wieży jeszcze i dawny spichlerz. Przyznam, że trudno byłoby mi je wycenić, bo maja wartość sentymentalną.
- Jakiej wielkości jest w tej chwili pana zbiór pocztówek?
- Liczy 700-800 sztuk. Mam też dwa albumy, którymi się nie chwalę, z samymi wiatrakami na całym świecie.
- Rozmawiamy cały czas o dawnych pocztówkach, ale przypuszczam, że oprócz nich dysponuje pan jeszcze zdjęciami z tamtych czasów.
- Tak, ale pocztówek zachowało się więcej niż fotografii. Fotografia, to coś zupełnie jednostkowego. Ile się wtedy odbitek robiło? Dwie, trzy, a kilkanaście, to już było dużo. Mam parę rzadkich fotografii Żnina. Nie ulega wątpliwości, że jak mam szansę, to próbuję taką fotografię zdobyć. Nie przejdę obok niej obojętnie. Mam na przykład oryginalne zdjęcia dzisiejszego Domu Kultury, który wtedy nazywał się Deutsches Haus – Dom Niemiecki. Jest ujęty parter i narożnik tego domu oraz wejście, dziś zamurowane, do restauracji, która się tam mieściła. Mam też kilka zdjęć z rodzinnych archiwów, ale są to wszystko rzeczy, które nie mogą konkurować ze starą widokówką.
- Dlaczego?
- Bo fotografia, która na dobre zagościła w granicach 1860-1870 roku, była bardzo droga. Iść do fotografa i zamówić zdjęcia, nie było tanie, a pocztówka była tania i popularna.
- Ale można tez spotkać zdjęcia, które wykorzystywano jako pocztówki. Na przykład zdjęcia żołnierzy pruskich czy to z początku XX wieku czy z I wojny światowej. Na zdjęciach jest oddział z autorem listu i jego kolegami, a z tyłu miejsce do zaadresowania i napisania. Takie pocztówki żołnierze wysyłali do swoich domów i pisali jak im się wiedzie w służbie Jego Cesarskiej Mości Wilhelma II.
- To są pocztówki fotograficzne. Papier do fotografii już miał pole adresowe i po wykonaniu fotografii można ją było użyć jako pocztówkę. To było dość powszechne. Ale ja uznaję pocztówkę fotograficzną jako pocztówkę, jeżeli była użyta pocztowo, czyli została wysłana. Dopóki nie została wysłana, to dla mnie jest tylko fotografią. Nie wszyscy tak na to patrzą, ale ja tak interpretuję.
- Jeżeli spojrzymy na cały zbiór, to która miejscowość reprezentowana jest najlepiej?
- Sam Żnin. To około 180 pocztówek, bo jest największym miastem naszego powiatu. Mam też sporo Wągrowca i Szubina, ale w pewnym momencie już tej części kolekcji nie rozbudowywałem. Żnin cały czas jest rozbudowywany. I to co znajduje się w albumie wydanym 12 lat temu, jest już bogatsze o jedną czwartą.
- Dzięki pocztówkom widzimy jak zmieniał się Żnin. Na tych XIX-wiecznych jest inny, a z początkiem XX wieku powstaje kilka kluczowych budynków: starostwo, magistrat, szpital…
- Tak. Jeszcze sąd, więzienie, poczta.
- Nowy kościół ewangelicki…
- Skok rozwojowy był wynikiem utworzenia powiatu w 1887 roku - to trzeba sobie jednoznacznie powiedzieć. Prusy były w tym czasie niesłychanie bogatym państwem, po zwycięskich wojnach z Austrią, Francją i po zjednoczeniu Niemiec. Miały pieniądze na zniemczenie terenów zabranych w trakcie rozbiorów Polski. Utworzenie powiatu, to nie tylko zmiana nazwy administracyjnej. Powstała niemal natychmiast cała struktura i infrastruktura powiatowa. Te wszystkie budynki, o których wspomnieliśmy, są tego efektem.
- Ówczesny Żnin był też o wiele mniejszy niż obecny.
- Jakby spojrzeć na zachodnią stronę ówczesnego Żnina, to dzisiejsza ulica Mickiewicza była de facto poza miastem. To były przedmieścia. Polne drogi, ul. Mickiewicza była w bardzo złym stanie. Pierwszą ulicą była Podmurna.
- I dlatego na ul. Mickiewicza, za miastem, były lokowane zakłady produkcyjne: zakład Braci Malaków, browar…
- Wieża ciśnień, gazownia. To było budowane na dziewiczych terenach za miastem. Tak. Od strony wschodniej zaś - ulica 700-lecia, dawniej Kościelna, powstała na bagnach. To nasypana grobla na podmokłym i grząskim terenie.
- Jest zresztą taka ilustracja przedstawiająca kościół św. Floriana od strony wschodniej, a na pierwszym planie jakąś rzeczkę i mostek.
- To starorzecze Gąsawki. To struga, która przechodziła pod jezdnią ul. 700 lecia w okolicach kwiaciarni. Na starszych mapach Żnin jest w ogóle przedstawiany jako wyspa. Z prawej i lewej strony Żnina było bagno. W okresie wiosennych roztopów jeziora się łączyły, zostawiając stare miasto po środku.
- Wspomniał pan o mapach, więc muszę zapytać o kolejną pana kolekcję, a mianowicie kolekcję map.
- To wiąże się z faktem, że kolekcjonuję wszystko co dotyczy Pałuk. Wszystko, czyli publikacje drukowane, a wśród nich mam zbiór bibliofilski i kartograficzny. Jeśli chodzi o kartografię, to są to głównie mapy dziewiętnasto- i dwudziestowieczne, wojskowe, bo takie są w miarę dostępne. Niektóre mapy pochodzą ze starych atlasów, które dzisiaj są sprzedawane na sztuki jako pojedyncze mamy. Mam mapy Żnina, których być może nawet starostwo nie posiada. Takie w skali 1:10.000, z czasów okupacji. Mam ciekawe plany Żnina z przełomu wieków – zostały zreprodukowane na wyklejkach albumu z pocztówkami o Żninie.
- Z tych planów i map można wyczytać, że życie żnińskie toczyło się w zasadzie wokół rynku, a także ul. Śniadeckich, Kościelnej, Kościuszki, Szkolnej, Pocztowej, Podmurnej. I koniec.
- Tak, teraz miasto jest większe i błyskawicznie się rozrasta.
- A czy pana kolekcja też się rozrasta?
- Ostatnio widziałem na aukcji internetowej coś, co marzyłoby mi się zdobyć do swojej kolekcji, ale – być może dzięki naszym albumom z pocztówkami, wydanym w „Wulkanie” – jest tak duże zainteresowanie widokówką z naszego terenu, że niestety – nie udało mi się. Ceny tak podskoczyły, że w niektórych przypadkach muszę spasować, bo po prostu nie stać mnie na kupno! Bywają pocztówki unikalne, a skoro widzę je po raz pierwszy, to już świadczy o tym, że są wyjątkowe. Takich pocztówek widziałem ostatnio trzy. Jedna z nich dzisiaj poszła za ponad 1.700 zł. Zatem kolekcjonerstwo nie jest skończone. Zawsze można zdobyć coś, czego jeszcze nie widziałem, czego nie mam.
- Kiedy się łatwiej kolekcjonowało? W czasach przedinternetowych czy teraz?
- Są plusy i minusy. W tamtym okresie kontakt między kolekcjonerami był trudniejszy, rzadszy, ale ceny były niskie. Dziś kontakt jest łatwy. Jak się coś pojawia - jest astronomicznie drogie. I to akurat dla naszego terenu. Dla okolic Wągrowca, Szubina ceny są niższe. Handlarze, którzy wiedzą, że tutaj są pasjonaci, z jednej strony windują ceny, a z drugiej strony sami pasjonaci się między sobą licytują.
- O tym samym wspomina Waldemar Śliwczyński w zamieszczonej w numerze 16/2021 Pałuk recenzji ostatniego pana albumu z dawnymi pocztówkami z terenu gminy Gąsawa. Gdy we Wrześni pojawiła się grupa pasjonatów dawnych widokówek, to ceny poszły do góry.
- Dokładnie tak jest w przypadku Żnina.
- Kolega, któremu Waldemar Śliwczyński sprzedał swą kolekcję, też ją potem sprzedał, po czym wybudował duży dom. A Pan?
- Ja zapobiegawczo dom już wcześniej wybudowałem. Na pewno kolekcji nie sprzedam. To jest moje życie. Odpoczywam przeglądając co jakiś czas mapy, numizmaty, medale, zauważam za każdym razem coś ciekawego. Mam satysfakcję, że mogę coś z tego materiału wydobyć, porównać, komuś odpowiedzieć na pytanie – ot choćby panu Gapińskiemu z Pałuk, który do mnie dzwoni, kiedy czegoś z historii Żnina nie wie. A co będzie po mnie? Mam dwóch wnuków i dwie wnuczki.
- Czy da się zauważyć u któregoś z wnucząt gen kolekcjonerstwa?
- Jeden być może będzie miał zacięcie. Jak mnie odwiedza, to próbuję go zainteresować. Być może będzie kontynuował ten zbiór.
- Dziękuję za rozmowę i życzę zdrowia w tych trudnych czasach, by miał pan siły do rozbudowywania swoich kolekcji.
- Dziękuję bardzo, właśnie zabrałem się za przygotowywanie albumu o pocztówkach z Rogowa.
- Kiedy wyjdzie?
- Planujemy jeszcze w tym roku.
ze Zbigniewem Zwierzykowskim
rozmawiał Remigiusz Konieczka, 22 IV 2021
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze mogą dodawać tylko zalogowani użytkownicy.
Komentarze