W piątek w bydgoskim sądzie zeznania złożył właściciel placówki partnerskiej banku w Barcinie. Po to, by wyjaśnić, jakie procedury obowiązują przy sprzedaży kredytów oraz jakie zasady wynagradzania pracowników są w jego placówce. Placówki w Żninie i Barcinie działają bowiem na podobnych zasadach. Dlaczego zatem pod parasolem żnińskiej placówki doszło do oszustw, a w Barcinie nic takiego nie miało miejsca? Tymczasem obrońca oskarżonej w tej sprawie Anny N. złożył zawiadomienie do prokuratury na okoliczność obecności i zaangażowania w jej pracę pani Mileny Sz.-E. wraz z jej czynnościami podejmowanymi w zakresie kontroli. Zawiadomienie przekazane zostało do przeprowadzenia postępowania przez policję, by zbadała, czy nie zaistniało pomocnictwo w całym procederze. Zaznaczmy, że jest to postępowanie w sprawie, a nie przeciwko.
W Sądzie Okręgowym w Bydgoszczy trwa od jesieni 2024 r. proces przeciwko Annie N., byłej pracownicy placówki partnerskiej Santander Bank Polska w Żninie. W akcie oskarżenia postawionych zostało 88 zarzutów, a łączną sumę szkód wynikających z oszustw śledczy wyliczyli na 2.170.000 zł. Poszkodowani są nie tylko z gminy Żnin. Spłaty kredytów i pożyczek, które zostały zaciągnięte bez ich wiedzy, zostały przez bank zawieszone. Jednak zarzuty, które usłyszała Anna N., są nie tylko z artykułu 286 kodeksu karnego za oszustwo, ale również za przestępstwa przeciwko dokumentom. Według aktu oskarżenia były podrabiane podpisy oraz fałszowane zaświadczenia o dochodach, by podwyższyć zdolność kredytową oszukiwanych. Poszkodowanych jest kilkadziesiąt osób, w większości mieszkańców Pałuk, poszkodowany jest również sam Bank Santander.
9 stycznia odbyło się pod przewodnictwem sędziego Jarosława Całbeckiego kolejne posiedzenie sądu w tej sprawie. Na wokandzie było wysłuchanie dwóch świadków. Prokuratura Rejonowa w Szubinie Ośrodek Zamiejscowy w Żninie, która jest oskarżycielem, powołała na ten termin jednego świadka. To pracownica centrali banku, która z racji miejsca zamieszkania z dala od Bydgoszczy zeznania miała złożyć poprzez łączenie online z sądu w Trzebnicy. W piątek jednak do tego nie doszło, bo nie odebrała ona powiadomienia. Będzie wezwana na kolejny termin.
Swojego świadka na termin 9 stycznia powołał też obrońca oskarżonej. Tym świadkiem był przedsiębiorca prowadzący w Barcinie inną placówkę partnerską Santandera. Na takich samych zasadach franczyzy, na jakich działa placówka w Żninie. Świadek zeznał, że jest menadżerem placówki w Barcinie. Szczegółów sprawy, która rozpatrywana jest w sądzie w Bydgoszczy nie zna, poza tymi informacjami, które pozyskał z mediów. Sędzia Jarosław Całbecki wypytywał świadka o procedury bankowe obowiązujące przy realizacji działalności w placówkach partnerskich banku.
Placówkę w Barcinie świadek prowadzi on już jakieś 16-17 lat. Działalność polega na pośredniczeniu w nawiązywaniu umów z klientami w sprawie zakładania rachunków rozliczeniowych i oszczędnościowych oraz nabywania przez nich produktów kredytowych. Placówka zajmuje się również obsługą bieżącą klientów i obsługą kasową. Świadek zeznał, że zasady wynagradzania placówek partnerskich przez bank zmieniają się praktycznie co roku. Głównym elementem jest wynagrodzenie za sprzedaż produktów, a część to ryczałt za realizowaną obsługę. zaznaczył również, że nie jest to biznes, w którym wystarczy założyć placówkę partnerską i już są dochody. On sam kilka lat temu prowadził 3 placówki partnerskie, ale z dwóch postanowił zrezygnować i teraz prowadzi wyłącznie placówkę w Barcinie.
- To jest praca w sprzedaży. Wszystkie koszty prowadzenia placówki są po stronie partnera banku. Z kolei bank może nie narzuca planów sprzedaży, ale operuje terminem progu opłacalności biznesu. Plany generalnie są, ale ich niewykonanie nie skutkuje zerwaniem umowy z bankiem. Ja prowadzę placówkę w Barcinie razem ze wspólnikiem i zatrudniamy pracowników. Ich wynagrodzenie składa się z wynagrodzenia stałego oraz systemu prowizyjnego. Jest to jednak moja decyzja, a nie obowiązek narzucony przez centralę banku. Wynagrodzenie placówki jest za każdy produkt, ale ono się zmienia wraz z jego wolumenem. Mam ustalony pułap placówki i pułap indywidualny pracownika. Nie są to pułapy nieosiągalne. Pracownicy na poziomie 90% wypłat w roku takie premie uzyskują. Rzadko się zdarza, aby pracownik nie uzyskał jakiejkolwiek premii - zeznał szef placówki w Barcinie.
Powiedział również, że w placówce często widzą oni wyniki sprzedażowe innych placówek. Placówka w Żninie miała lepsze wyniki, niż placówka w Barcinie, ale on tłumaczył to sobie tym, że Żnin jest miastem powiatowym, większym niż Barcin i rynek, w którym funkcjonuje jest większy od tego, na jakim działa jego placówka.
- Mogę jednak stwierdzić, że jeżeli chodzi o wyniki, to bardzo dużo zależy od pracowników. To jest czynnik decydujący. Mój zespół od 3-4 lat jest bardzo dobry i wyniki sprzedażowe satysfakcjonujące. Mogę się pokusić o stwierdzenie, że gdybym teraz zarządzał placówką w Żninie, to abstrahując od okoliczności, dla których odbywa się ta rozprawa, uzyskiwałbym lepsze wyniki, niż uzyskuje ta placówka - zeznawał świadek.
Kontrole z centrali banku, według jego zeznań są bardzo regularne. Wcześniej były to głównie kontrole kasowe, a od kilku lat one się zaostrzyły i dotyczą każdego aspektu działalności. Sprawdza się np. monitoring z ostatnich 3 tygodni, czy rzeczywiście klient był w placówce fizycznie, jak to wynika z dokumentów. Często jest też sprawdzana zgodność podpisów. Do placówki przyjeżdża kontroler z centrali. Ponadto placówki partnerskie mają teraz obowiązek w cyklu tygodniowym wysyłać wszystkie dokumenty w oryginałach do centrali banku. Jeśli chodzi o samo dokonywanie sprzedaży, to pod każdym oświadczeniem musi być podpis klienta. Skany wysyła się od razu do centrali i analityk podejmuje decyzję o sprzedaży. Później te dokumenty papierowe, nie tylko skany, są wysyłane do centrali, w tym zaświadczenia o dochodach, oświadczenia z zakładu pracy albo z ZUS-u. Jeśli placówka tego zaniedba, to zapłaci karę za niekompletność dokumentacji. Monitoring i częstsze kontrole zostały wprowadzone w ocenie świadka właśnie po aferze w Żninie.
Adwokat oskarżonej pytał świadka o to, czy kojarzy on sprawę kredytu firmowego udzielonego Janowi P. Świadek w odpowiedzi przyznał, że tak, kojarzy tę sprawę, bo kiedyś była ona procedowana w jego placówce w Barcinie. Klient przedstawił wymagane oświadczenie i wyraził zainteresowanie kredytem. Placówka więc poprowadziła dalej procedurę uruchomienia kredytu. Tymczasem okazało się, że do centrali banku trafiło drugie oświadczenie podpisane rzekomo przez tego klienta. Trafiło ono z placówki w Żninie.
- Żnin upierał się, że u nich klient także podpisał oświadczenie. Z tego co jednak pamiętam, to był inny podpis, niż tego samego klienta złożony u nas. Po długich przekonywaniach, że oddamy sprawę do biegłego grafologa, placówka w Żninie odpuściła - zeznał świadek.
Adwokat Anny N. na koniec posiedzenia 9 stycznia chciał początkowo zgłosić jako kolejny dowód w sprawie zeznania menadżera, który przyjeżdżał do placówek Santandera na naszym terenie. Adwokat wywodził bowiem uzasadniając to sędziemu, że skoro bank zaostrzył procedury kontrolne po sytuacjach, za które teraz odpowiada wyłącznie jego klientka, to można wnioskować, że i bank miał coś sobie do zarzucenia.
W tym miejscu przypomnijmy, że niektórzy klienci, z którymi rozmawialiśmy jeszcze przed oddaniem aktu oskarżenia do sądu przez prokuraturę, też często wyrażali zdziwienie, jak mogło dojść do tych oszustw. Przecież są jakieś procedury, a w placówce bankowej w Żninie siedzi kilka pracownic obok siebie, komputery są w sieci a nikt nie domyśla się, że jedna z pracownic być może dokonuje oszustw. Po prostu niektórym oszukanym wydawało się to niepojęte, że Anna N. działała sama
Prokurator, która reprezentuje oskarżyciela publicznego odniosła się do wniosku adwokata o wezwanie jako świadka menadżera wizytującego placówkę w Żninie. Zauważyła ona, że ten menadżer nie realizował czynności stricte kontrolnych w oparciu o dokumenty. Jest po prostu menadżerem z centrali banku, a nie. kontrolerem. Poza tym przedstawicielka centrali banku, która o tych kontrolach będzie mogła powiedzieć, będzie zeznawała w kolejnym terminie. Jeśli po jej zeznaniach rzeczywiście wykluje się potrzeba wezwania tego menadżera, którego chciałby wezwać teraz obrońca, to do tematu można wrócić.
Poza wszystkim zaś - jak zaznaczyła pani prokurator - jeszcze w październiku zeszłego roku obrońca oskarżonej złożył zawiadomienie do prokuratury na okoliczność obecności i zaangażowania w pracę pani Mileny Sz.-E. wraz z jej czynnościami podejmowanymi w zakresie kontroli. Zawiadomienie przekazane zostało do przeprowadzenia postępowania przez policję, by zbadała, czy nie zaistniało pomocnictwo w całym procederze. Zaznaczmy, że jest to postępowanie w sprawie, a nie przeciwko.
Adwokat Anny N. uznał te argumenty i póki co odstąpił od składania wniosku dowodowego w postaci zeznań menadżera banku. Następna rozprawa w bydgoskim sądzie odbędzie się w lutym.
Karol Gapiński
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze mogą dodawać tylko zalogowani użytkownicy.
Komentarze