Sprawa, działka, Kcynia, odszkodowanie, sąd, Urszula Straszewska
Odszkodowania nie otrzyma
Sąd w Szubinie uznał, że z braku dokumentów i rachunków, mimo zeznań świadków, roszczenie o odszkodowanie od gminy na rzecz Urszuli Straszewskiej oddala. Była dzierżawczyni zapowiada apelację w tej sprawie.
Urszula Straszewska domagała się od gminy Kcynia rekompensaty za nakłady poniesione na działce gminnej, którą dzierżawiła od połowy lat dziewięćdziesiątych i przez ten czas miała obietnicę jej sprzedaży, jednak doszło do niej dopiero kilkanaście miesięcy temu, a cena wyniosła 70.953 zł. Znając wycenę działki przez rzeczoznawcę, w przetargu udziału nie wzięła. Uważa, że rzeczoznawca wycenił jej pracę i nakłady finansowe, które poczyniła na tym terenie mając zapewnienia kolejnych burmistrzów, że jako dzierżawca będzie miała prawo pierwokupu.
Jak zeznawali świadkowie w sądzie, teren ten wcześniej stanowił lokalne wysypisko śmieci. W wyrobisku stała woda, w której pływały szczury, do tego działkę porastały krzewy i chwasty, teren ten stanowił nie tylko śmietnik, ale i miejsce niebezpieczne, zwłaszcza dla dzieci. Przez lata Urszula Straszewska nawoziła tam ziemię, teren karczowała, najmowała sprzęt i ludzi, jednak nie posiada na to rachunków. Nie ma też pierwszej umowy dzierżawy zawieranej jeszcze z nieżyjącym już burmistrzem Stefanem Świtalskim. Nieprawidłowości są też w powierzchni wynajmowanej działki. Powódka twierdzi, że dzierżawiła całość 1.533 m2 i za taką wielkość płaciła podatki i dzierżawę. Gmina natomiast wykazuje dwóch innych dzierżawców na tej działce, dla której jest jeden numer. Urszula Straszewska przyznaje, że w części działki jeden z nich miał zlasowane wapno, drugi rwał tam pokrzywy. Przyznaje, że z jednym z nich była w gminie, kiedy on zrzekał się dzierżawy i wówczas potwierdziła, że przejmuje i tę część. - To była dla mnie formalność i tak miałam całość, wychodzi na to, że gmina pobierała opłaty ode mnie i innych osób za tę samą działkę - mówiła Urszula Straszewska zapewniając sąd, że od początku naliczane miała opłaty za całą nieruchomość. Niestety nie zachowały się ani umowy, ani nakazy podatkowe z tamtego czasu.
Podczas rozprawy 17 września sędzia Grzegorz Zieliński przesłuchał uzupełniająco Urszulę Straszewską. Zeznała ona, że na przełomie 1994/95 wystąpiła do gminy z wnioskiem o kupno posesji. Wniosek został przyjęty, a jej przyznano dzierżawę do czasu ogłoszenia przetargu, co dawało jej prawo pierwokupu. W 1997 r. otrzymała odpowiedź, że Rada Miejska zdecydowała o sprzedaży tej działki w drodze przetargu. W 1998 r. powódka wyszła za mąż i w obecności męża złożyła ponowny wniosek w sprawie wykupu potwierdzając, że w dalszym ciągu jest zainteresowana nabyciem tej działki.
Ratusz posiada umowę dzierżawy z 2001 roku. Powódka tłumaczy, że umowa ta jest konsekwencją zmiany burmistrza. Obawiała się, że nowe władze mogą mieć inny zamiar wobec tej działki, mogą ją zagospodarować na potrzeby miasta. Burmistrz chciał, żeby złożyła ponowny wniosek o wykup tej działki. Drugi raz dostała wówczas odpowiedź, że działka zostanie sprzedana w drodze przetargu.
Sędzia pytał, jakich prac dokonywała na owej działce. Dzierżawczyni tłumaczyła, że wykarczowała krzaki, przyjmowała ziemię z prowadzonych budowli, najmowała ludzi do załadunku i transportu ziemi, straż pożarną do wypompowywania wody z zagłębienia, dążyła do zasypania wykopu i wyrównania terenu. Posiała trawę, nasadziła kwiaty, drzewka ozdobne.
Sąd pytał też, dlaczego nie stanęła do przetargu, w którym działka została sprzedana. Powódka zapewniła, że z przyczyn finansowych, gdyż uważa, że ponad 70.000 zł to wycena w znacznej mierze jej pracy i nakładów, a nie wysypiska, jakie objęła.
Pytano też, czy były burmistrz Tomasz Szczepaniak wiedział, że powódka dzierżawi tę działkę. Fakt ten potwierdziła powódka i przytoczyła jeszcze jego uwagi, że nie może na tym terenie sadzić drzew owocowych i wznosić budowli. Mecenas Dominika Narewska reprezentująca Urząd Miejski w Kcyni pytała, dlaczego w takim razie na działce postawiła altankę. Powódka zapewniła, że było to jedynie zadaszenie na sześciu kołkach w razie deszczu, a nie altanka. Mecenas pytała też, dlaczego powódka wcześniej nie wystąpiła do Urzędu o zwrot poniesionych nakładów, skoro prace prowadziła od połowy lat dziewięćdziesiątych. - Zgodnie z pani pozwem rozliczana jest umowa z 2002 roku na 520 m2, a zapewnia pani, że w latach 90. dzierżawiła, na co nie ma żadnych dowodów, całą działkę. Następnie wnioskowała o dodatkowe części działki, dlaczego wówczas pani nie wystąpiła o rozliczenie nakładów? - pytała mecenas.
Urszula Straszewska zapewniła, że nie obchodzą jej wielkości 600 m, 520 m, bo od początku obchodziła ją działka w całości, bo na taką miała dzierżawę. O rozliczenie nie występowała, bo w 1997 roku otrzymała zapewnienie - na co jest dokumentacja - że działka zostanie sprzedana w drodze przetargu, na który czekała.
Dominika Narewska pytała, dlaczego nakłady poniesione w latach 90. nie zostały rozliczone zgodnie z prawem w ciągu roku po ustaniu dzierżawy. Powódka stwierdziła, że pytanie jest niestosowne co do jej osoby. Mecenas pytała wobec tego, dlaczego w 13 marca 2001 roku powódka zwracała się do gminy z wnioskiem o wydzierżawienie części ulicy Cmentarnej. Urszula Straszewska po okazaniu wniosku przez sąd uznała, że nie jest autorką tego wniosku i nie widnieje tam jej podpis.
Umowę z kwietnia 2001 roku na 260 m2 Urszula Straszewska tłumaczyła tym, że na prośbę pana Baranka udała się z nim do gminy, bo w jej obecności chciał zdać część tej działki, który jego matka miała od gminy. Tłumaczyła, że nie przeszkadzały jej te osoby na tej działce, mimo że dzierżawiła od lat dziewięćdziesiątych całość tej działki. Mecenas pytała, po co wydzierżawiła po państwu Baranek 260 m2 skoro miała już całość. Powódka zapewniła, że tę umowę podpisała w obecności pana Baranka, który chciał zdać część działki, bo on tam figurował i płacił podatki.
Dominika Narewska pytała dalej, dlaczego skoro dzierżawiła całość, przystąpiła do przetargu na 520 m2 z kwietnia 2002 roku. Urszula Straszewska zapewniła, że przystąpiła do przetargu, bo chciała mieć ją w całości, bo to było na tej samej posesji o jednym numerze i wielkości 1.533 m2, nie było tam żadnych podziałów, żadnych kamieni granicznych, był jeden numer działki, a jak się okazuje gmina pobierała opłaty za ten sam teren od kilku osób.
Mecenas pytała też, czy powódka występowała do gminy o zgodę na dokonywanie nakładów na tej działce, na co dostała zapewnienie, że takiego wystąpienia nie było.
Pytała też, czy po wypowiedzeniu umowy wystąpiła z roszczeniem do gminy, czy wykazała nakłady. Powódka zapewniła, że wystąpiła, jednak wielkości nakładów nie wykazała. Mecenas pytała, czy powódka zabrała nakłady, na co otrzymała odpowiedź, że wykopała sześć krzewów i kilka cebulek kwiatowych. Nie usuwała drzew z tej posesji, bo ich nie było. Mecenas pytała, dlaczego nie zabrała wszystkich swoich nakładów i nie przywróciła do stanu pierwotnego. Urszula Straszewska zapewniła, że wątpi, czy to 70.000 zł starczyłoby jej na wywiezienie całości nawiezionej ziemi i doprowadzenia do wysypiska śmieci, zakrzaczenia, szczurów.
Dominika Narewska tłumaczyła, że kwestia dotyczy umowy z 2002 na 520 m2, na wcześniejsze dzierżawy nie ma dowodów. Urszula Straszewska zapewniła, że wszyscy dostrzegli zamianę wysypiska śmieci na działkę rekreacyjną.
Przedstawiciel prawny Urszuli Straszewskiej zapewnił, że w całej rozciągłości popiera stanowisko jego klientki. Dominika Narewska wnioskowała o oddalenie powództwa w całości.
Sąd 22 września ogłosił wyrok oddalając powództwo i zasądził od powódki na rzecz pozwanej kwotę 2.400 zł.
Sędzia zapewnił, że sąd ustalił w procesie okoliczności niesporne, którymi był fakt, że w 2001 roku powódka zawarła z pozwaną gminą umowę dzierżawy sporej części spornej działki. Powódka objęła ją wcześniej we władanie, sąd nie znalazł jednak żadnego tytułu prawnego na okres sprzed 2001, mimo że świadkowie zeznawali, że powódka władała tym gruntem wcześniej. Tytułem prawnym na władanie przez powódkę tym gruntem jest umowa dzierżawy z 2001 roku.
Sędzia powiedział, że przepisy kodeksu cywilnego dopuszczają żądanie zwrotu ulepszeń dokonanych przez dzierżawcę, jednakże sąd nie znalazł podstaw do zwrotu od gminy kosztów poniesionych nakładów. Powódka i świadkowie zeznawali, że ziemia pozyskana była nieodpłatnie. Nie doszło do przesunięcia między majątkiem osobistym dzierżawcy na rzecz majątku gminy Kcynia. Skoro powódka nie wyłożyła na ziemię z własnej kieszeni, nie może domagać się zwrotu kosztów, bo byłoby to bezpodstawne wzbogacenie. - Na koszty transportu sąd nie ma faktur i rachunków, były tylko kwestie poniesienia tych kosztów, a w procesie cywilnym trzeba wszystko udowodnić, czego powódka nie zrobiła, w związku z tym kwota 50.000 zł, jakich domagała się od gminy Kcynia, jest kwota bezzasadną i sąd powództwo oddala - stwierdził sędzia.
Urszula Straszewska wystąpiła o uzasadnienie wyroku i zapowiada apelację w tej sprawie.
Sylwia Wysocka
Pałuki nr 1180 (39/2014)
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze mogą dodawać tylko zalogowani użytkownicy.
Komentarze