Spór pomiędzy rolnikiem z Załachowa a Kołem Łowieckim nr 146 "Głuszec" został zażegnany na chwilę przed rozpoczęciem zbiorów. Dopiero interwencja zlecona przez wojewodę kujawsko-pomorskiego Okręgowemu Związkowi Łowieckiemu w Bydgoszczy przyniosła skutek.
Przypomnijmy, że Marek Konwiński z Załachowa swoje pola i łąki w Obielewie chroni przed dzikami sam już od 10 lat. Walka za zwierzyną jest jednak nierówna, a szkody przez nią wyrządzane odczuwalne również dla portfela gospodarza, który traci dużą część upraw, niszczy sprzęt rolniczy, a często też zarywa noce, próbując odstraszyć zuchwałe zwierzęta.
Na terenie należącym do gospodarza, który jest jednocześnie obszarem podlegającym pod Koło Łowieckie Głuszec, od wielu lat nie widać myśliwych. Ci twierdzą, że współpraca z Markiem Konwińskim nigdy nie należała do łatwych, byli wielokrotnie wyganiani, dlatego kiedy przebrała się miarka negatywnych zdarzeń - zaprzestali polowań na jego polach w Obielewie, informując uprzednio o tym fakcie Starostwo Powiatowe w Żninie i burmistrza Łabiszyna.
Rolnik uważa natomiast, że wina leży po drugiej stronie. - Mnie wykluczyli z szacowania, ale dzików nie wykluczyli? Robili co chcieli. Wszędzie jeździli samochodami. Kukurydza, siewy nic im nie przeszkadzało - mówił rozgoryczony.
W kwietniu br. rolnik zwrócił się do koła łowieckiego z wnioskiem o oszacowanie strat, jednak sprawa nabrała tempa dopiero w ubiegłym tygodniu. Okręgowy Związek Łowiecki w Bydgoszczy, zapoznając się z istotą sporu, wystosował prośbę do prezesa Koła Łowieckiego Głuszec o polubowne załatwienie sprawy. Efekty były widoczne już po kilku dniach. - Pan Konwiński dostał od nas wynegocjowane środki. Grubą kreską odkreśliliśmy tamte poprzednie sprawy i zaczynamy współpracę od nowa. Na razie jest pełna zgoda, a co będzie dalej, to się okaże - mówił prezes Koła Łowieckiego Głuszec Kazimierz Stańczak.
Podejścia do szacowania strat na polach i łąkach były jednak dwa. Pierwsze, w odczuciu Marka Konwińskiego, bardzo krzywdzące i z pewnością nieprowadzące do ugody, dopiero drugie - w pewnym sensie satysfakcjonujące. Komisja sumująca zniszczenia początkowo zaproponowała gospodarzowi kwotę, na którą ten nie chciał i nie mógł się zgodzić. - Był z komisji taki człowiek, który po prostu manipulował. Zaproponowali mi grosze za te zniszczenia i tyle lat męki, pilnowanie. Chcieli dać mi za łąkę 500 zł, a za zniszczone pole 120 zł. Gdybym się nie uparł, to by mi nie dali nic - opowiadał Marek Konwiński.
Szacowanie odbyło się więc ponownie kolejnego dnia, ponieważ w przeciwnym razie sprawa mogłaby zostać skierowana do sądu. - Zawsze życzenia poszkodowanego są dużo większe niż faktycznie. Świeżych śladów tam za dużo nie było, za to najwięcej szkód z poprzednich lat. Pan przyznał się, że przez 20 lat nie rekultywował ziemi. Wyliczono jednak straty na podstawie całości. Wynegocjowaliśmy kwotę na wszystko, również za poprzednie lata - wyjaśniał Kazimierz Stańczak.
4.500 zł to suma, która ostatecznie wpłynęła na konto Marka Konwińskiego.
Pytanie o podstawy prawne zaistniałej sytuacji, tzn. samodzielną rezygnację Koła Łowieckiego Głuszec z polowań na polach gospodarza w minionych latach, zadaliśmy zarządowi okręgowemu Polskiego Związku Łowieckiego w Bydgoszczy. - 10 lat temu były inne przepisy i teraz też są inne. Myśliwi robią to społecznie, dla dobra ogółu, a nie za pieniądze. Jeżeli idzie się gdzieś na polowanie, a przychodzi właściciel, który go wygania, to człowieka to zwyczajnie zniechęca - komentował łowczy okręgowy PZŁ w Bydgoszczy Marek Grugel.
Justyna Wojciechowska, 5 VIII 2020
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze mogą dodawać tylko zalogowani użytkownicy.
Komentarze