Reklama

Opowieść o wysiedleniu

     W 1939 roku, po zajęciu Polski przez hitlerowców i włączeniu Żnina oraz regionu do "Wielkiej Rzeszy" i prowincji zwanej "Wartheland", rozpoczęły się deportacje do Generalnej Guberni zamieszkujących te tereny Polaków.

Wiejska chata państwa Morawieckich w podgarwolińskim Natolinie, pierwsze miejsce zesłania naszej rodziny. Zdjęcie wykonane w 1987 r. przez p. Grzegorza Berdysza.

    Ze Żnina pierwszy transport wysiedleńców wyjechał 8 grudnia 1939 roku do Mińska Mazowieckiego, drugi w lutym 1940 roku do Nowego Targu i trzeci, w sierpniu 1940 roku do Garwolina w województwie warszawskim.
    Właśnie temu ostatniemu, którym pojechała moja rodzina, jako trzynastoletni uczestnik pamiętający z autopsji szczegóły transportu do GG poświęcam tę relację wysiedleńca.
    Wysiedlenie naszej rodziny odbywało się z hitlerowską perfidią - na raty. Ojciec prowadził swój sklep do 30 czerwca 1940 roku. 1 lipca tegoż roku, w upalny dzień, zjawili się w sklepie (wówczas określanym - składem) hitlerowscy żandarmi z panem Lilienkamfem (Niemiec, kupiec z zawodu, od lat osiadły w Żninie, sprawujący w czasie okupacji nadzór nad zrabowanym Polakom mieniem). Ironicznie rzekł do mojego ojca: "No, panie Czabański, skończyły się interesy - won ze składu".
    Nasza istniejąca od lat, z bogatą tradycją firma "Bolesława Pławińska i S-ka" przestała istnieć. Została opieczętowana paskami papieru z hitlerowskimi "gapami", a znajdujący się tam towar po kilku dniach został przez Niemców wywieziony do magazynów.
    Lilienkamf wręczył także ojcu urzędowe pismo, zobowiązujące do opuszczenia w przeciągu 48 godzin naszego mieszkania. "Łaskami" hitlerowcy pozwolili nam zabrać całe mieszkalne mienie do wskazanego malutkiego mieszkanka w domu pp. Grajkowskich przy obecnej ulicy 700-lecia 14 w Żninie.
    Pomimo, że odległość z naszego domu do nowego lokum była mała, w pocie czoła, z pomocą znajomych, wynajętymi furmankami przewoziliśmy i przenosiliśmy meble i inny dobytek, z trudem wykonując to w ciągu dwóch dni, gdyż ojciec, człowiek praktyczny i uparty postanowił zabrać z mieszkania wszystko, łącznie z nagromadzonymi od pokoleń na strychach domu starociami, ze spreparowanym, ozdabiającym nasz przedpokój jastrzębiem włącznie. Część naszego dobytku złożyliśmy w magazynie stolarni pana Grajkowskiego.
    Po upływie kilku tygodni, 10 sierpnia 1940 roku o świcie, do naszego nowego mieszkania, wyważając drzwi kolbami karabinów, wtargnęło kilku wrzeszczących niemieckich żandarmów, którzy rozkazali ubierać się i w przeciągu 10 minut opuścić mieszkanie.
    Z plecakami i tobołkami, zawierającymi nader skromny dobytek, popędzono naszą rodzinę na rynek. Tam, pod zabytkową wieżą ratuszową, spotkaliśmy wielu znajomych m. in. rodziny Władysława Derecha - przedsiębiorcy handlowego, urzędnika pocztowego - Leona Pawłowskiego, restauratora - Rzepkowskiego, kupca - Włodarczaka-Knasta, mistrza szewskiego - Rymarkiewicza, kupca Skibińskiego i Kazimierza Tucholskiego.
    Była także zrozpaczona wdowa p. Walczakowa z córkami, inwalida wojenny - Marian Średnicki i p. Adam Dutkiewicz. Ci dwaj ostatni znaleźli się w transporcie wysiedleńców na życzenie swych żon - Niemek, które w tak perfidno-dyplomatyczny sposób rozstały się ze swymi niechcianymi mężami. I to na zawsze, gdyż w czasie pobytu w wysiedleńczym obozie przejściowym w Łodzi - Średnicki i Dutkiewicz zostali przez hitlerowców w bestialski sposób zamordowani.
    Około południa zgromadzonych wysiedleńców, pod eskortą żandarmów, popędzono na plac nieopodal stacji PKP (dziś znajduje się tam dworzec PKS i ciąg handlowy małych sklepików). W upale oczekiwaliśmy pociągu, którym mieliśmy pojechać w nieznane.
    Nie tracący nigdy, nawet w chwilach tragicznych, poczucia humoru, p. Władysław Derech podśmiewywał się ze swego przyjaciela p. Tucholskiego, który do kuferka przytroczony miał toporek. "Oj przyda się, przyda się nam to narzędzie przy budowie szałasów" - stwierdził pan Władysław.
    Do transportu doprowadzili żandarmi kilka rodzin ze wsi - m. in. rolników Deców z Murczynka, Kapuśniaków i Wysockich z Bożejewic oraz Piątków z Chomiąży Księżej. W sierpniowy zmierzch wjechał na stację w Żninie pociąg osobowy pod specjalnym nadzorem, który przywiózł Niemców z krajów nadbałtyckich. Przejęli oni gospodarstwa rolne, nieruchomości i mieszkania po wysiedlonych Polakach.
    My, wysiedleńcy, zajęliśmy w pociągu miejsca opuszczone przez znienawidzonych "baltusów". Gwiżdżący złowieszczo parowóz pociągnął za sobą sznur wagonów i tak pożegnaliśmy polski, rodzinny Żnin.
    Minęliśmy Gniezno, wiele innych stacji i następnego dnia rano pociąg zatrzymał się w Łodzi. Uformowani w marszową kolumnę wysiedleńcy ze Żnina i innych miast (na tej stacji był punkt zborny kilku transportów), konwojowani przez żandarmów popędzeni zostali pieszo kilka kilometrów do usytuowanej na przedmieściu opuszczonej fabryki. Wszystkim wysiedleńcom nakazano rozebrać się i sprawiono im kąpiel pod prysznicami, z których na przemian tryskała gotująca się i lodowato zimna woda. Odzież poddano dezynfekcji i były potem problemy z odnalezieniem swego ubrania. W czasie tej kąpieli przeżył groźną przygodę, mieszkający do dziś w Żninie przy ulicy Tysiąclecia 2, pan Jan Pawłowski, wówczas kilkuletni chłopiec. (Może napisze do nas o swym zaginięciu i ostatecznie szczęśliwym odnalezieniu się?).
    Zmęczeni, zdesperowani, osłabieni kąpielą i panującym wówczas upałem ludzie popędzeni zostali znowu kilka kilometrów do olbrzymiego budynku - biurowca, gdzie w specjalnych komorach każdy poddawany był osobistej rewizji. Tam ostatecznie ograbiono wysiedleńców z resztek mienia. Rozdzielono także ich rodziny, wszystkich chłopców i dziewczęta powyżej czternastu lat odseparowano, popędzono do oddzielnego obozu, a potem skierowano w głąb Rzeszy na przymusowe roboty. Z naszej rodziny ubył mój brat Tomasz, który brutalnie popychany i kopany przez żandarmów nie zdążył się nawet z nami pożegnać.
    Ogołoceni kompletnie ze wszystkiego ludzie tego tragicznego dnia po raz trzeci popędzeni byli kolejne kilka kilometrów i umieszczeni w olbrzymiej, opuszczonej hali jednej z łódzkich fabryk, przeznaczonej na obóz przesiedleńczy.
    Pewnej nocy, w trzeciej dekadzie sierpnia, zarządzono pobudkę i uformowani znowu w marszową kolumnę popędzeni zostaliśmy pod konwojem żandarmów na stację, gdzie z rampy towarowej pakowano nas (dokładnie po 40 osób) do pustych wagonów towarowych. W każdym z nich znajdowało się także 40 bochenków pokrytego pleśnią razowego chleba. Wody oczywiście nie podano.
    Zaryglowano drzwi wagonów i wlokący się niemiłosiernie towarowy pociąg wyruszył w kolejne dla wysiedleńców NIEZNANE. Minęliśmy zniszczoną Warszawę, potem praski Dworzec Wschodni, gdzie zgromadzeni na peronie ludzie podawali nam przez osłonięte kolczastym drutem małe okienka wodę i owoce.
    Późnym wieczorem transport kolejowy zatrzymał się na małej okolonej lasami stacyjce - Wola Rębkowska (trasa kolejowa Warszawa-Lublin).
    Wypędzono nas z wagonów na pobliską łąkę, gdzie stały charakterystyczne dla Podlasia, wyplatane wikliną, konne wozy. Nasza rodzina zajęła miejsce w jednym z nich i po dwóch godzinach jazdy zajechaliśmy do małej, zagubionej wioski o nazwie Natolin. Tam przydzielono nam u p. Morawieckiego - rolnika, prowadzącego także mały sklepik, wiejską izdebkę, w której sypiając na słomie, spędziliśmy kilka miesięcy. Potem ojciec otrzymał pracę w odległym od wsi o 17 kilometrów Garwolinie, gdzie w tym spalonym w czasie działań wojennych miasteczku postaraliśmy się o jednopokojowe mieszkanie, co i tak stanowiło wówczas luksus niemały. Ludzie z Garwolina byli nam życzliwi i pomocni. Pozyskałem tam wypróbowanych przyjaciół, z którymi do dziś się spotykam, uczęszczałem na tajne komplety gimnazjalne, należałem do Szarych Szeregów i - co z dumą dzisiaj wspominam - w 1944 roku w czasie akcji "Burza", wcielony zostałem do autentycznego, partyzanckiego oddziału Armii Krajowej.
    Z sentymentem oglądam zdjęcie chaty pp. Morawieckich z Natolina, które kilka lat temu wykonał p. Grzegorz Berdysz spędzający rodzinne wczasy w pobliskiej Wildze. Chałupka ta, dziś może trochę bardziej pochylona ze starości, wygląda prawie tak samo jak przed pół wiekiem, kiedy w niej mieszkaliśmy.
    Po prawie pięcioletniej, przymusowej nieobecności i pobycie na wygnaniu, w mroźny dzień 10 marca 1945 roku, powróciliśmy do Żnina. Nasze przedwojenne mieszkanie było kompletnie zdewastowane, gdyż w czasie okupacji mieścił się w nim niemiecki ośrodek zdrowia.
    Lepsze mieszkania w naszej kamienicy, umeblowane i z zasobnym mieniem pozostawionym przez uciekających Niemców, zajęli bez zgody właściciela tejże nieruchomości lokatorzy, którzy otrzymali od magistratu urzędowe przydziały za przysłowiowe "Bóg zapłać". Ale w czasie wojennej zawieruchy i zmian ustrojów politycznych zwykle tak bywa, iż jeden traci, a drugi się bogaci. Dla nas ważne było, że ocalał nasz, służący kilku pokoleniom rodzinny dom, w którym przez wiele tygodni sypiając na stosach papierów i paląc nimi w piecach, rozpoczynaliśmy życie rodzinne w nowych warunkach.
    Dziś jestem szczęśliwy, że nadal mieszkam w tym samym domu (nawet w tym samym pokoju), w którym kilka dziesiątków lat temu wrzaskiem okrutnym wszem i wobec oznajmiłem swe przyjście na boży świat.

Stanisław Czabański
Pałuki nr 76 (28/1993)
Aplikacja na Androida

Reklama

Komentarze opinie

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.

Komentarze mogą dodawać tylko zalogowani użytkownicy.

Zaloguj się

Reklama

Wideo palukiznin.pl




Reklama
Najnowsze wiadomości