Reklama

Pamięć o żnińskich powstańcach

Mieli po kilkanaście lat
    Pamięć o żnińskich powstańcach
    Żyli i mieszkali obok nas. Ostatni żniński powstaniec zmarł 15 lat temu. O powstańcach, osobach, które po 146 latach wyzwalały Żnin spod zaboru pruskiego, opowiadają nam ich rodziny.

 

Wielkopolski Krzyż Powstańczy Franciszka Sobczaka
     fot. Remigiusz Konieczka

  Żnin został wcielony do Prus już w czasie pierwszego rozbioru, a więc w 1772 roku. Polska była pod zaborami 123 lata, ale Żnin i okolice 146 lat. To prawie jedno pokolenie różnicy. Gród Śniadeckich był o 23 lata dłużej pod panowaniem pruskim niż np. południowa część Wielkopolski.
    Jednymi z powstańców, którzy mieszkali w Żninie i okolicy, byli: Jan Prus, Franciszek Sobczak, Jan Kapłoński i Kazimierz Mazany. Tadeusz Lerchenfeld nie mieszkał w Żninie, ale bardzo się zasłużył dla miasta - był pierwszym dowódcą, który wprowadził wolność do Żnina.
    PIERWSZY KOMENDANT
    Zbigniew Zwierzykowski, badacz lokalnej historii i dziejów Powstania Wielkopolskiego powiedział, że Tadeusz Lerchenfeld był postacią nietuzinkową, a na dodatek niedocenioną. Jego wkład w wyzwolenie Żnina 1 stycznia 1919 roku został przyćmiony drugim oswobodzeniem Żnina, jakie miało miejsce 11 stycznia 1919 r. Tadeusz Lerchenfeld osobiście zorganizował transport broni z Poznania. Transport ten został zatrzymany w Wągrowcu. Tamtejszym powstańcom musiał zostawić 75 karabinów i wtedy mógł jechać dalej. Z broni, która pozostała uzbroił kompanię janowiecko-juncewską.
    Tadeusz Lerchenfeld był bydgoszczaninem. Urodził się w 1883 roku w rodzinie adwokackiej. Był właścicielem majątku w Chomiąży Szlacheckiej (od 1909 roku).
    W armii niemieckiej służył w oddziale taborów. Złożył nawet egzamin aspiranta oficerskiego, co było ewenementem, gdyż dla Polaków służba oficerska w armii niemieckiej była zamknięta. Ze względu na chorobę serca nie został zmobilizowany w 1914 roku. Cztery lata później działał na rzecz odzyskania niepodległości. W grudniu 1918 r. reprezentował powiat żniński na Sejmie Dzielnicowym w Poznaniu. Po wybuchu walk powstańczych wziął udział w walkach o Żnin i został pierwszym po 125 latach zaborów komendantem miasta oraz powiatu.

Reklama
Tadeusz Lerchenfeld w mundurze Armii Wielkopolskiej. Zdjęcie pochodzi z 36. numeru „Głosu Powstańca Wielkopolskiego” wydanego 25 stycznia 1938 roku. Publikacja ta znajduje się w zbiorach Zbigniewa Zwierzykowskiego.      
     fot. Remigiusz Konieczka

   - W walkach o wyzwolenie Żnina 1 stycznia 1919 roku brała udział grupa mieszkańców, ale to nie oni byli inicjatorami. Impuls wyszedł z oddziału, którym dowodził Lerchenfeld. Powstańcy znajdowali się tutaj, w okolicy wiatraka i cegielni [dziś ul. 1. Stycznia - przyp. rk]. Od strony Żnina w kierunku powstańców jechał konno żandarm niemiecki. Zorientował się, że w cegielni są powstańcy i zaczął uciekać w kierunku miasta. Jeden z powstańców zaczął strzelać do żandarma i trafił w jego konia, który padł w okolicach skrzyżowania ul. Szpitalnej i Aliantów. W okolicach szpitala byli już rozlokowani Niemcy, którzy zaczęli strzelać w kierunku powstańców. Na odgłos wystrzałów ruszyli miejscowi - opowiada Zbigniew Zwierzykowski. - Lerchenfeld wydał bardzo pozytywną opinię o Władysławie Smorowskiej, właścicielce hotelu, który stał na rynku w Żninie. Oddała ona hotel dla dyspozycji sztabu powstańczego. Wzięła na siebie również wyżywienie dowódcy i wskazanych przez niego osób przez kilkanaście dni. Smorowska odegrała też dużą rolę w wyzwoleniu Żnina w 1919 roku. To u niej bawili się niemieccy oficerowie podczas zabawy sylwestrowej. Podczas walk 1 stycznia oddziały niemieckie były zaskoczone i nieprzygotowane.
    JAN PRUS
    Po wyzwoleniu grodu Śniadeckich spod panowania niemieckiego szeregi powstańcze zasiliło wielu żninian i mieszkańców okolicznych miejscowości. Byli wśród niech również wspomnieni wcześniej kilkunastoletni chłopcy. Jan Prus urodził się w 1901 roku. W chwili wybuchu powstania miał 17 lat. Wcześniej, z powodu zbyt młodego wieku, nie walczył. W 1918 roku mieszkał w Podgórzynie. Pamiątki po ojcu przechowuje Rajmund Prus.
    - Ojciec opowiadał w domu o powstaniu, ale wie pan jak to jest. Jak było się młodym, to za bardzo o tym nie chciało się słuchać. Pamiętam jak opowiadał o tym jak Żnin był drugi raz odbijany [miało to miejsce 11 stycznia 1919 r. - przyp. rk]. Najcięższe walki toczyły się o tartak i cukrownię. Przyszły wtedy posiłki od strony Gniezna i udało się odbić Żnin. Wspominał również o pociągu pancernym, który przyjechał od strony Bydgoszczy - opowiada syn powstańca.
    Już po II wojnie światowej był aktywnym działaczem organizacji kombatanckiej. Chociaż był szeregowym powstańcem, to 11 listopada 1972 roku otrzymał stopień oficerski. Za udział w powstaniu otrzymał awans na podporucznika. Był również w zarządzie żnińskiego koła ZBoWiD. Brał udział w uroczystościach rocznicowych w Szkole Podstawowej nr 1 im. Powstańców Wielkopolskich w Żninie. Zmarł w 1986 roku.

   - Co roku uczestniczył w uroczystościach. Jak nie mógł chodzić, to przyszli do ojca i nieśli na krześle - wspomina Rajmund Prus.
    JAN KAPŁOŃSKI
    W tym samym wieku był wówczas Jan Kapłoński, ojciec intarsisty Edmunda Kapłońskiego. Walczył w Żninie i w Rynarzewie. Także należał do związków kombatanckich przed i po II wojnie światowej. Zmarł w 1988 roku.
    - Ojciec dużo opowiadał o powstaniu, ale my za bardzo z braćmi to mu nie wierzyliśmy. Śmialiśmy się nawet z niego. Mówił jak dostał mausera [niemiecki karabin - przyp. rk] i ciągle strzelał, ale podkreślał, że zawsze miał jeden nabój. Gonili Niemców wokół cukrowni, strzelali, ale w karabinie ciągle zostawał ten ostatni nabój. Same humoreski nam opowiadał. Nawet było tak, że czasem to mu już nie wierzyliśmy, bo żartował z wszystkiego - mówi Edmund Kapłoński.

Reklama

    KAZIMIERZ MAZANY
    W 1901 roku urodził się Kazimierz Mazany. Do oddziału powstańczego wstąpił w Juncewie. Walczył w czwartej kompani m.in. o Szubin i Rynarzewo. Zmarł w 1976 r.
    - Pamiętam, że jak byliśmy mali i chodziliśmy do szkoły podstawowej, to on nam mówił o powstaniu - wspomina Tadeusz Mazany, syn powstańca i zasłużony dla gminy Żnin. - Uczył dyscypliny, uczył pracy społecznej. Sam nie miał pracy, od nas wymagał przykładania się do swoich obowiązków. Była bieda, ale byliśmy zdyscyplinowani. Wtedy człowiek był mały. Bardziej pamiętam okupację. Wiem, że walczył pod Rynarzewem. To miasteczko było trzy razy w rękach niemieckich i trzy razy w rękach polskich. Na pobojowisku zostało sporo naboi i karabinów, to ładowali to na furę i wywozili.

Krzyż za Udział w Wojnie 1918-1921 Franciszka Sobczaka
     fot. Remigiusz Konieczka

    FRANCISZEK SOBCZAK
    Najdłużej żyjącym powstańcem był Franciszek Sobczak. W chwili wybuchu walk miał ponad 20 lat. Urodził się w Żninie, ale w czasie powstania z rodziną mieszkał w Jadownikach Bielskich. Do powstania przystąpił jako ochotnik. Zmarł w 1993 r.

Reklama

    - O wojnie to dużo opowiadał. Mówił nam o tym, że w powstaniu brał udział. Walczył pod     Rynarzewem i tam jego i kilku innych Niemcy złapali. Uciekli z pociągu i jakiś gospodarz ich uratował. Ale nie pamiętam dokładnie. Koło Nakła się przedzierali, czy coś. To tak jakoś opowiadał. Że też człowiek nie pospisywał tego wszystkiego. Słuchaliśmy go jak opowiadał. Żałuję, że wtedy nie zapisywałam. Zawsze mówiliśmy, że będziemy pamiętać, ale niestety, nie. Żałuję, bo zawsze chętnie opowiadał - mówi Teresa Wodyńska, córka Franciszka Sobczaka. - Do końca uczestniczył w uroczystościach rocznicowych w Szkole Podstawowej nr 1. Przed śmiercią nie miał jechać, ale jak usłyszał, że go zapraszają, to pojechał. I dobrze, bo była to ostatnia uroczystość, w jakiej brał udział.

    Za udział w powstaniu Franciszek Sobczak otrzymał odznaczenie w postaci Wielkopolskiego Krzyża Powstańczego, oprócz tego medal za udział w wojnie obronnej w 1939 roku oraz krzyż za udział w wojnie 1918-1921 nadany mu przez prezydenta Lecha Wałęsę w 1991.

Reklama

   POWSTAŃCY WALCZYLI DALEJ
    Po ustaniu walk w Wielkopolsce powstańcy wyruszali walczyć z wojskami bolszewickimi. Tak było m.in. z Janem Prusem: - Brał udział w walkach pod Lwowem. Później dotarł do Kijowa, gdzie była defilada. Opowiadał, że jak szli na wschód, to tam w chałupach żadnego łóżka nie widział. Wszyscy spali na piecach - opowiada syn powstańca.
    Dla Jana Kapłońskiego również wojaczka nie zakończyła się na powstaniu: - Rosjanie go do niewoli zabrali pod Kijowem. Tam nauczył się rosyjskiego. Oprócz tego bardzo dobrze mówił po niemiecku. Jak tu Ruski weszli w 1945 roku, to z nim gadali. Spotkaliśmy kilku, a jeden z nich, wysoki, w grubym kożuchu, mówi do ojca „Ty German” i wyciągnął pistolet. Ja mówię, że to nie German, tylko Polak. Zatrzymywali ludzi, żeby poświadczyli prawdę. Później jak ojciec do nich po rosyjsku zaczął mówić, to oni nas wzięli do czołgu i kazali bimber w kuflach pić. Ja nigdy wcześniej czegoś takiego nie piłem, ale ojciec musiał to wypić - opowiedział Edmund Kapłoński.

    - Powstańcy walczyli dalej. Inaczej nie mówili, tylko cud nad Wisłą. Nie mówili, że odnieśli zwycięstwo nad bolszewikami. Nie mogli wszystkiego mówić. Trochę się nawet bali. Jak byliśmy mali i chodziliśmy do szkoły, to wcale o tym w domu się nie rozmawiało. Rodzice bali się, żeby nawet nieświadomie któreś z nas nie powiedziało czegoś w szkole - powiedziała Teresa Wodyńska.

Reklama

Remigiusz Konieczka

Pałuki Wkładka Magazynowa nr 326 (52/2008)

Aplikacja na Androida

Reklama

Komentarze opinie

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.

Komentarze mogą dodawać tylko zalogowani użytkownicy.

Zaloguj się

Reklama

Wideo palukiznin.pl




Reklama
Najnowsze wiadomości