Dziś, 8 maja, przypada 123 rocznica urodzin doktora Stanisława Krzysia, legendarnej postaci barcińskiej medycyny, patrona Szkoły Podstawowej nr 1. Z tej okazji przypominamy artykuł z 2011 roku o nim i o przychodni, którą prowadził.
Do 1945 r. Barcin nie miał prawdziwej przychodni lekarskiej, a jedynie prywatne praktyki lekarskie. Po II wojnie światowej ośrodek zdrowia w Barcinie przez ponad 25 lat działał przy ul. Wyzwolenia. Organizatorem i kierownikiem tej placówki od 1946 r. był dr Stanisław Krzyś. Ale to nie tylko on tworzy legendę tego miejsca.

Personel podczas wizyty pacjenta w gabinecie w Piechcinie fot. archiwum Izby Tradycji w Barcinie
PRZED WOJNĄ
Najsłynniejszym lekarzem przedwojennego Barcina był Stefan Giebocki - będący polskim Żydem. Jego poprzednie nazwisko to prawdopodobnie Gebotsschreiber. Lekarz ów pochodził z Łodzi, studiował na Uniwersytecie Poznańskim, pracował w bydgoskim Szpitalu Diakonisek, a później - od 1926 roku w Barcinie i zajmował dom przy ul. św. Wojciecha, gdzie obecnie znajduje się zakład zegarmistrzowski.
Stefan Giebocki był pierwszym w Barcinie użytkownikiem samochodu. Był to osobowy ford w wersji sanitarnej, który kosztował 9.000 zł. Objeżdżał nim teren wokół Barcina z wizytami u swoich pacjentów. Więcej o działalności przedwojennego medyka w Barcinie można przeczytać nie tylko w jego pamiętniku, ale również w książce Szkice z przeszłości Barcina, autorstwa Jerzego Krzysia i Czesława Cieślaka (II wydanie, 2009 r.).
Stefan Giebocki zmarł lub zginął w czasie wojny. Być może śmierć barcińskiego medyka nastąpiła wskutek samobójstwa. Doktor Giebocki miał być świadkiem mordów dokonywanych przez hitlerowców na Żydach, w czasie gdy wykonywał dla Niemców obowiązki lekarza w którymś z punktów eksterminacji ludności żydowskiej w Polsce. To jednak nieudokumentowana relacja. Możemy ją podać, opierając się na wspomnieniach barcinianki, córki przedwojennego urzędnika magistrackiego i jednocześnie pierwszego powojennego burmistrza Edmunda Reinkego, Stefanii Szadłowskiej, która miała te informacje z drugiej ręki.
Faktem pozostaje, że Stefan Giebocki jest autorem pamiętnika z lat swej praktyki w Barcinie. Niewiele w nim wprawdzie informacji o ówczesnej strukturze czy wyglądzie grodu bartników. Nie padają też nazwiska konkretnych osób. Doktor jednak przedstawia swoje spostrzeżenia na temat działalności kasy chorych, ubezpieczalni i przede wszystkim opisuje doświadczenia zawodowe oraz choroby najczęściej dręczące wtedy barcinian. Przedstawia swe problemy z dojazdami do pracowników fabryki w Wapiennie, których był lekarzem i do innych swoich pacjentów. Wspomnienia Stefana Giebockiego wydano w zbiorze Pamiętniki lekarzy polskich w 1939 roku. Po wojnie wydano również wypisy z tego obszernego zbioru. Wspomnienia medyka znad Noteci zostały w tych wypisach także umieszczone.

Dr Stanisław Krzyś fot. z archiwum Szkoły Podstawowej nr 1 w Barcinie, której jest patronem
OPIEKA SANITARNA DIAKONISEK
Przy ul. Wyzwolenia w Barcinie zarówno przed II wojną światową (wówczas pod nazwą ul. Romana Dmowskiego), jak i po jej zakończeniu mieściły się najważniejsze instytucje życia publicznego w mieście, na czele z ratuszem.

Konna powózka, która służyła zarówno jako środek komunikacji miejskiej, jak i transport dla lekarza, który musiał dotrzeć do pacjentów. Powoziła Jadwiga Czajkowska, po mężu Muszyńska, której pod koniec lat pięćdziesiątych reporter „Ilustrowanego Kuriera Polskiego” wykonał to zdjęcie na Dworcu Kolejowym w Barcinie: „Autobus zielony przez ulicę Barcina mknie”...Nie, to nie omyłka. Na fotografii widzimy autobus konny, pomalowany na zielono, własność p. Czajkowskiego. Tym autobusem (podobnym do dyliżansu z powieści Dickensa) można „za jedne dwa złote” dojechać z rynku na dworzec w Barcinie. Oryginalny środek lokomocji barcińskiej cieszy się dużym uznaniem pasażerów.... - czytamy w podpisie pod zdjęciem z IKP. Jadwiga Muszyńska przypomina sobie, że w powózce było 12 miejsc dla pasażerów. Nigdy tej powózki autobusem nie nazywała. Nadał jej to miano reporter z IKP. fot. z archiwum Jadwigi Muszyńskiej
W przedwojennym Barcinie przy ul. Wyzwolenia w końcowym jej odcinku po stronie nieparzystej, naprzeciwko bocznej ściany ówczesnej remizy OSP, mieszkały siostry z protestanckiego zgromadzenia diakonisek. To niemieckie zgromadzenie słynęło z prowadzenia szpitali, ale w ówczesnym Barcinie takiego miniszpitala nie było, choć w czasie Powstania Wielkopolskiego, czyli 20 lat wcześniej, w mieście funkcjonował przez pewien czas szpital polowy. Znając jednak charakter zgromadzenia sióstr diakonisek, można przypuszczać, że dla społeczności niemieckiej były owe siostry źródłem jakiejś opieki sanitarnej. Diakoniski mieszkały w piętrowym domu, w którym po wojnie powstała pierwsza barcińska przychodnia.

Dom pod lipami. W głębi doktor Stanisław Krzyś z żoną Marią. Barcin, ulica Wyzwolenia fot. archiwum Izby Tradycji w Barcinie
Natomiast u samego wylotu ul. Wyzwolenia stał i stoi do dzisiaj dom z krużgankiem oraz podwórzem i ogrodem. W tym domu do 1945 r. mieściła się plebania ewangelickich pastorów parafii św. Marcina. Pastor zatem miał stąd stosunkowo daleko do kościoła oraz na cmentarz. Kościół stał w miejscu, gdzie teraz jest skwer przy poczcie na skrzyżowaniu ul. św. Wojciecha i Żnińskiej. Cmentarz ewangelicki znajdował się na wzgórzu w kierunku północno-zachodnim. W czasach PRL-u kościół ewangelicki rozebrano, a cmentarz został zdewastowany. W latach 80. i 90. jeszcze utrzymywały się na terenie cmentarza resztki tablic i nagrobków. Większa część góry cmentarnej została podebrana przez koparki jako materiał do produkcji cegieł w barcińskiej cegielni. Należy pamiętać, że zasięg ewangelickiej parafii niemieckiej był większy niż granice dzisiejszej gminy Barcin. Do parafii należeli także protestanci np. ze Szczepanowa, Słaboszewa, Szczepankowa, Chomiąży, Białych Błot, Wiktorowa, Annowa, Kierzkowa, Wójcina, Wojdala, Obudna, Młodocina i innych miejscowości.
SETKI KILOMETRÓW DALEJ
W międzywojniu setki kilometrów od Barcina, w Głogowie Małopolskim, 12 km od Rzeszowa żył i pracował Stanisław Krzyś, lekarz medycyny. Urodził się on 8 maja 1903 r. we Lwowie. Medyczne powołanie ujawniło się w młodym Stanisławie Krzysiu w czasie wojny bolszewickiej. Wówczas już jego rodzina nie mieszkała we Lwowie, gdyż w latach wojny światowej zmuszona była osiedlać się kolejno w Brnie na Morawach, Nowym Targu i Rzeszowie. I to właśnie w tym mieście w 1920 r. uczeń Stanisław Krzyś zgłosił się do służby wojskowej. Ponieważ wykazywał zamiłowanie do medycyny i lubił oraz potrafił nieść pomoc medyczną, przydzielono go do służby w szpitalu polowym.

Daniela Mazur od 1955 r. aż do wyjazdu dr. Stanisława Krzysia z Barcina była pielęgniarką w przychodni pod lipami. Jeszcze do niedawna miała w domu swój czepek pielęgniarski, ale sprezentowała go dzieciom w rodzinie. fot. Karol Gapiński
Podczas tych doświadczeń w Stanisławie Krzysiu zrodziła się myśl, ażeby zostać prawdziwym lekarzem. Po maturze zapisał się na Wydział Lekarski Uniwersytetu Jagiellońskiego w Krakowie.
W czasie studiów poznał nauczycielkę Marię Heilman, mieszkankę Muszyny Zdroju nad Popradem. W 1927 r. wzięli ślub. 9 maja 1928 r. Stanisław Krzyś otrzymał dyplom doktora wszech nauk lekarskich. Po kilku początkowych praktykach w różnych miejscowościach, gdzie otrzymywał posady, na początku lat trzydziestych mógł się już usamodzielnić jako lekarz i trafił do Głogowa Małopolskiego. O doświadczeniach 14 lat pracy dr. Stanisława Krzysia w tym miasteczku pisze Jan Krawiec w Głogowskich życiorysach wydanych w Głogowie Małopolskim w 2005 r.
W czasie okupacji niemieckiej dr Stanisław Krzyś związał się z polskim ruchem oporu, a to dzięki bezpośrednim kontaktom z przedwojennym dowódcą 62. Pułku Piechoty Wielkopolskiej, stacjonującego do 1939 r. w Bydgoszczy, podpułkownikiem Kazimierzem Heilmanem-Rawiczem. Był on prywatnie szwagrem doktora i wojenne losy rzuciły go z powrotem do Małopolski, konkretnie do samego Głogowa.
Jak opowiada dr Jerzy Krzyś (ur. 1928 r.), syn Stanisława, jego ojciec w czasie okupacji był szefem sanitarnym w tamtym rejonie działania Armii Krajowej. Nosił pseudonim Stąpor. W domu państwa Krzysiów była skrzynka kontaktowa dla wielu działaczy podziemia, w tym dla majora Łukasza Cieplińskiego, głównego dowódcy AK na Rzeszowszczyźnie. W pobliskim Zaczerniu Stanisław Krzyś Stąpor próbował tworzyć szpital polowy podziemia. Gromadził tam materiały sanitarne, prowadził kursy dla pielęgniarek-sanitariuszek. Zaopatrywał ofiary hitlerowców w materiały medyczne. Próby tworzenia szpitala polowego nie powiodły się, bo punkt został namierzony przez okupantów. Jerzy Krzyś w Szkicach z przeszłości Barcina podaje również, że jego ojciec udzielał też pomocy barcinianinowi Stanisławowi Losy. Dodajmy, że do Głogowa trafiło wówczas wielu Polaków wysiedlonych ze Śląska i Wielkopolski, było też tam getto.

Regina Dziennik, będąc dziewczynką, zapragnęła zostać pielęgniarką. Zrealizowała swe marzenie i pracowała u boku dr. Stanisława Krzysia - najsłynniejszego lekarza w historii Barcina - przez 16 lat. fot. Karol Gapiński
W 1944 r. Głogów Małopolski zajęły wojska radzieckie. Stanisław Krzyś nigdy nie ujawnił się jako członek Armii Krajowej, zwłaszcza, że nie walczył z bronią w ręku. Niemniej jednak radzieckie NKWD próbowało aresztować Stąpora. Ten został w porę ostrzeżony i wraz z rodziną zdołał uciec najpierw do Rzeszowa, a później do Krakowa.
PRZEZ SETKI KILOMETRÓW DO DOMU DIAKONISEK
Stanisław Krzyś w obawie przed NKWD, a także przed polskim Urzędem Bezpieczeństwa, jak wielu akowców, postanowił wtopić się w tłum repatriantów i trafił do Bydgoszczy, gdzie rodzina miała kontakty, w związku z tym, że mieszkał tam przed wojną wspomniany szwagier doktora, dowódca 62. Pułku Piechoty Wielkopolskiej. Z Bydgoszczy Stanisław Krzyś udał się pociągiem do Szubina, gdyż znał dr. Ewarysta Stasiewskiego. Ten został wówczas lekarzem powiatowym w Szubinie, a wcześniej był lekarzem powiatowym w Rzeszowie, stąd znajomość obydwu medyków. - Doktor Ewaryst Stasiewski powiedział ojcu, że ukryje go wraz z nami w lesie i ubecy go nie znajdą. Skierował zatem ojca na placówkę do Łabiszyna. Zadaniem taty było zorganizowanie ośrodka zdrowia w dawnym budynku administracji dóbr ziemskich. Obok był drugi, obszerny budynek. Tam zamieszkaliśmy - opowiada Jerzy Krzyś. Ośrodek zdrowia na wyspie w Łabiszynie działał później jeszcze przez wiele lat, aż do wybudowania nowej przychodni przy ul. Powstańców Wielkopolskich.

Dr Stanisław Krzyś (z kwiatami) odznaczony Krzyżem Kawalerskim Orderu Odrodzenia Polski. Od lewej w pierwszym rzędzie: syn odznaczonego - Jerzy Krzyś, Maria Świrbutowicz, wówczas prezes ZMG ZSL w Barcinie, inżynier Henryk Hałas - dyrektor naczelny ówczesnego KCW „Kujawy” i poseł na Sejm PRL, Stanisław Milkowski - I sekretarz Komitetu Gminnego PZPR w Barcinie, Witold Lassota - poseł na Sejm PRL, Józef Świrbutowicz - kierownik wówczas istniejącej Szkoły Podstawowej w Krotoszynie, mgr Maksymilian Chirek - kierownik apteki w Barcinie, Alojzy Rybczyński - emerytowany kierownik Szkoły Podstawowej w Złotowie. Od lewej w drugim rzędzie: Andrzej Chirek - syn kierownika apteki, Kornel Śledzikowski - przewodniczący Prezydium Miejskiej Rady Narodowej w Barcinie, Zbigniew Krzyś i Tadeusz Krzyś - wnukowie odznaczonego, Franciszek Tafelski - naczelnik Poczty Polskiej w Barcinie. fot. archiwum Izby Tradycji w Barcinie
Stanisław Krzyś znalazł się z rodziną w Łabiszynie w maju 1945 r. W lipcu zaś w Barcinie postanowiono stworzyć ośrodek zdrowia we wspomnianych budynkach po diakoniskach oraz pastorze ewangelickim przy ul. Wyzwolenia 19. Wówczas jednak nie było w Barcinie lekarza. Zaczął zatem dojeżdżać bryczką z Łabiszyna dr Stanisław Krzyś. Zresztą dojeżdżał też do pacjentów w Wapiennie i Piechcinie, miał zatem bardzo duży obszar działania. Trudno było to wszystko ogarnąć. Dlatego przychodnia w Łabiszynie musiała wreszcie trafić pod kuratelę innego kierownika. Został nim dr Safianowicz, zaś dr Stanisław Krzyś, za namową barcinian, osiadł w ocienionej wówczas lipami byłej pastorówce. Było to w czerwcu 1946 r. W budynku po klasztorku diakonisek usytuowana została recepcja ośrodka. Zaczęły tworzyć się kolejne gabinety.
PIERWSZA KADRA
Jedną z pierwszych pielęgniarek, które pomagały dr. Krzysiowi w Barcinie, była Wiesława Zülsdorff, nieżyjąca już córka Stanisława Zülsdorffa, który we wrześniu 1939 r. dowodził Strażą Obywatelską Barcina, a w latach przedwojennych był członkiem Rady Miejskiej. Rodzina Zülsdorffów mieszkała w ostatnim budynku po nieparzystej stronie ul. 4 Stycznia, czyli w tym miejscu, gdzie znajduje się tablica upamiętniająca wymarsz powstańców wielkopolskich 4 stycznia 1919 r. Wiesława Zülsdorff to siostra Dobromiry Czajkowskiej, honorowej obywatelki Barcina. Razem z nią była weteranką Armii Krajowej i więźniarką hitlerowskich obozów. Po wojnie Wiesława Zülsdorff wprost z Niemiec, gdzie była więziona w czasie wojny, na krótko trafiła do Szwecji. Wróciła do Barcina na Boże Narodzenie 1945 r. - Pani Wiesława skończyła kurs pielęgniarski bodajże w 1946 r. w Ciechocinku i była jedną z pierwszych, jeśli nie pierwszą, pielęgniarką w ośrodku w Barcinie w czasach dr. Krzysia - mówi Regina Dziennik z domu Kamosińska, rodowita barcinianka urodzona w 1935 r. Ona sama została pielęgniarką w przychodni przy ul. Wyzwolenia w roku 1955, a kurs pielęgniarski jako 16-latka ukończyła w 1951 r. w Toruniu. - Rok wcześniej byłam chora. Mieszkałam wówczas na ul. Pakoskiej w domu pomiędzy dawną szkołą a drogomistrzem. Podczas tej mojej choroby patrzyłam, jak pracuje pielęgniarka i ten zawód bardzo mi się spodobał. Od razu też zgłosiłam się jako chętna do pracy w charakterze salowej w szpitalu w Żninie. Miałam jednak dopiero 15 lat i uznano, że jestem za młoda do takiej pracy. Po ukończeniu rok później kursu udało już mi się jednak zatrudnić na etacie pielęgniarki w istniejącym wtedy oddziale żłobka oraz w gabinecie zabiegowym w szpitalu w Inowrocławiu. Jeździłam tam pociągiem i mieszkałam na stancji. Jednak w 1955 r. zdecydowałam się podjąć pracę w ośrodku w Barcinie, ponieważ mieszkała nadal na ul. Pakoskiej moja mama, a ojciec już nie żył i ona była sama - opowiada Regina Dziennik. Dodajmy, że w latach czterdziestych prawdopodobnie opiekę pielęgniarską pełniły też na potrzeby barcinian katolickie siostry zakonne.

Imieniny dr. Stanisława Krzysia w przychodni pod lipami. Od lewej Danuta Wawrzyniak, Monika Reinke, doktor Stefan Janicki - dyrektor szpitala w Szubinie, który odwiedził podległą sobie placówkę i świętującego imieniny jej kierownika, Daniela Mazur i Regina Dziennik. fot. z archiwum Danieli Mazur
Przed młodą Reginą Kamosińską (za Bolesława Dziennika wyszła w 1958 r.) w ośrodku w Barcinie pracowała też krótki czas jako pielęgniarka Zofia Berka, wówczas pod panieńskim nazwiskiem Gibaszek. Później jednak przeniosła się do pracy w ośrodku zdrowia na wyspie w Łabiszynie. W mieście tym pochodząca z Herbów Starych koło Częstochowy mieszka do dzisiaj. - Do 1957 r. w barcińskim ośrodku pielęgniarką była jeszcze Stasia Urbanek, która wtedy przeprowadziła się do Kamiennej Góry w Sudetach i straciłyśmy z nią kontakt - wspomina Regina Dziennik. To właśnie pani Regina wraz z Danielą Mazur znalazła się w ośrodku barcińskim w 1955 r. Ta druga pochodziła spod Płocka, a kurs pielęgniarski ukończyła w Inowrocławiu. W 1954 r. pracowała jeszcze w szpitalu w Szubinie na różnych oddziałach (w tamtym czasie w Szubinie było nawet prosektorium). Daniela Mazur (bywała nazywana przez mieszkańców często panią Danutą, ale w metryce ma zapisane imię Daniela) później na długie lata trafiła do Barcina. Mieszka tutaj zresztą do dzisiaj. Do pracy przez lata dojeżdżała z ul. Mickiewicza, czyli kilka kilometrów od przychodni, na rowerze. On też służył często jako środek transportu podczas wizyt domowych u pacjentów.
DAMKA, BRYCZKA, FURMANKA
Nagłe wyjazdy dr. Krzysia do pacjentów w teren powodowały, że w poczekalni musieli czekać inni pacjenci. Lekarz był tylko jeden. Dlatego też w poczekalni skupiało się wtedy często życie małomiasteczkowej społeczności. Ludzie dowiadywali się od znajomych, jak się im powodzi, co się u nich zmieniło itd. Ten fakt również dzisiaj ma wpływ na sentyment, który mają do dawnej przychodni starsi barcinianie.

Podczas uroczystości imieninowych u dr. Stanisława Krzysia, od lewej Daniela Mazur, Halina Szlyfarska i Irena Stefańska. fot. z archiwum Danieli Mazur
W tamtych latach pielęgniarki bardzo często prowadziły wizyty domowe. Wiele kuracji polegało na robieniu serii zastrzyków i pacjenci otrzymywali te zastrzyki nie tylko w przychodni w Barcinie. Siostry jeździły do pacjentów - czy to z zastrzykami, czy ze zmianą opatrunków - często na rowerach, w tym na służbowej damce, która była w ośrodku zdrowia. W tamtych latach funkcjonowały w podbarcińskich wsiach liczne szkoły. Dlatego również często pielęgniarki jeździły tam ze szczepieniami. Nie były to tylko szczepienia dzieci szkolnych, ale i młodszych, a punktem zbornym dla dzieci z rodzicami były te szkoły.
Pani Daniela Mazur wspomina jedną z takich wizyt ze szczepieniami w Mamliczu. Wówczas były problemy, jak wrócić do domu, gdyż brakowało transportu. Wreszcie po kilku godzinach, gdy była już niemal noc, udało się zorganizować transport do Barcina. Szczepienia wykonywane były w wówczas istniejących szkołach, czyli w Krotoszynie (również w przedszkolu), Złotowie, Kani (także dla Gulczewa i Augustowa), Mamliczu, Młodocinie, Pturku, Piechcinie, Wapiennie, Szerokim Kamieniu, Sadłogoszczy. Pielęgniarki z Barcina wykonywały również szczepienia dla dzieci w Wójcinie, choć jest to już gmina Żnin. Daniela Mazur pełniła też obowiązki pielęgniarki w przedszkolu po dawnej bóżnicy na ul. 4 Stycznia. Czasami pomagała, podobnie, jak sam dr Krzyś, w ówczesnym Domu Starców przy ul. Polnej w Barcinie, który z czasem doczekał się własnej, stałej opieki medycznej ze strony dr. Leszczyńskiego i etatowej pielęgniarki.

Kadra pielęgniarek podczas szczepień w barcińskim żłobku. Od lewej Daniela Mazur, Anna Schmidt - wówczas etatowa pielęgniarka żłobka, Helena Trawińska - etatowa pielęgniarka w szkole nr 1, Janina Kubiak - na etacie szkolnej pielęgniarki w „dwójce” oraz Maria Wawrzyniak - pielęgniarka z Piechcina. fot. z archiwum Danieli Mazur
Badania okresowe wykonywane były dla pracowników zakładów w Wapiennie oraz dla Kobry w Barcinie przy ul. św. Wojciecha - producenta obuwia, w tym obuwia domowego i dla ekspedientek w sklepach Gminnej Spółdzielni Samopomoc Chłopska. Badania z zakresu medycyny pracy realizowane były też dla cegielni w Barcinie.
W Piechcinie uruchomiona została przychodnia, w której pracował felczer Jan Jankiewicz. Podlegał on bezpośrednio pod kierownika przychodni w Barcinie, czyli doktora Stanisława Krzysia.
W wielu sytuacjach zarówno dr Stanisław Krzyś, jak i pielęgniarki czy położne, dowożeni byli do odległych miejsc furmankami, które zapewnić musiały rodziny pacjentów. Jeśli jakaś rodzina nie dysponowała bryczką czy furmanką, to musiała ją wynająć. Reginie Dziennik często pomagał też w dojazdach do pacjentów jej małżonek, który motocyklem WSK podwoził ją do różnych miejscowości. Warto dodać, że w tamtych latach pacjentami barcińskiej przychodni byli nie tylko mieszkańcy tej gminy. Pacjentem dr. Krzysia był m.in. proboszcz szczepanowskiej parafii. Daniela Mazur przypomina sobie, że kiedyś jechała do księdza - pacjenta w Szczepanowie z szoferem, którym był ksiądz Henryk Przybylski; urzędował on wtedy wprawdzie w parafii w Gołuchowie pod Kaliszem, ale odwiedzał w Barcinie swą rodzinę.
Jak wspominają Regina Dziennik i Daniela Mazur, położnych było przez wszystkie lata działalności ośrodka dużo. Były one, podobnie jak kierownik przychodni i pielęgniarki, zatrudnione przez Zakład Opieki Zdrowotnej w Szubinie, jako że Barcin wówczas należał do powiatu szubińskiego. - Dawniej była położną pani Manowska z Barcina, po niej przyszła Zofia Kaczmarek z Barcina, była też Joanna Ratajczak z Zalesia Barcińskiego, Maria Śrutwa z Barcina Wsi - wspominają dawne pielęgniarki w przychodni. Zatrudniona była również pielęgniarka Halina Szlyfarska. Później szkolną pielęgniarką była Danuta Wawrzyniak.

Daniela Mazur, Halina Szlyfarska i Regina Dziennik w rejestracji przychodni przy ul. Wyzwolenia fot. z archiwum Danieli Mazur
Regina Dziennik przypomina też sobie panie, które pracowały w recepcji, czyli Marię Szymańską, po zamążpójściu Sendrowicz, a po niej Irenę Stefańską. Nasze rozmówczynie nie pamiętają jednak numeru telefonu do ośrodka zdrowia. Linia telefoniczna w przychodni dysponowała już możliwością łączenia rozmów wewnętrznych, między gabinetami. Jeśli recepcja była nieczynna, to telefon odbierał bezpośrednio dr Stanisław Krzyś w mieszkaniu prywatnym.
Na początku dr Stanisław Krzyś miał światło elektryczne jedynie w jednym gabinecie, a w innych pomieszczeniach były lampy gazowe.
POWÓZKA PROWADZONA PRZEZ DZIESIĘCIOLATKĘ
Jeszcze w latach czterdziestych i pięćdziesiątych z doktorem Krzysiem współpracowała też położna Antonina Albinowska. Zdarzało się, że w skomplikowanych przypadkach trzeba było jechać do pacjentek, często pacjentek z dziećmi, razem z położną i ciężkim instrumentarium medycznym. Inaczej niż podczas rutynowych wizyt, gdy wystarczała mniejsza walizeczka z podstawowymi instrumentami lekarskimi. Od 1950 r. przez kolejnych 10 lat dr Stanisław Krzyś, a także położne zaczęli korzystać z bryczki. Był to rodzaj pierwszej w mieście komunikacji publicznej. Otóż pod koniec lat czterdziestych renomowany rzeźnik z ul. 4 Stycznia w Barcinie, Stanisław Czajkowski, był zmuszony przez władze do likwidacji prywatnego interesu w branży mięsnej. W tamtych latach bowiem reżim stalinowski nękał przedsiębiorców. W związku z tym Stanisław Czajkowski postanowił udostępnić pasażerom bryczkę. Obok zaś bryczki kołowej dysponował saniami. Stanisław Czajkowski miał jednak wówczas coraz poważniejsze kłopoty zdrowotne i powózką, którą zorganizował, zaczęła jeździć jego wówczas około 10-letnia córka Jadwiga, obecnie po mężu Muszyńska. Pani Jadwiga urodziła się w 1942 r.

Jadwiga Muszyńska ponad 50 lat temu w Barcinie powoziła 12-osobową powózką. Był to prawdopodobnie jedyny w historii Barcina miejski środek komunikacji. Bryczką dowożeni do pacjentów byli bardzo często przez Jadwigę Muszyńską, wówczas jeszcze pod panieńskim nazwiskiem Czajkowską, zarówno dr Stanisław Krzyś, jak i położne czy pielęgniarki. fot. Karol Gapiński
- Praktycznie wzięłam to powożenie na siebie, choć chodziłam przecież do szkoły. Pamiętam nawet, że przez te moje wyjazdy powózką często musiałam opuszczać zajęcia. Nawet jednego roku już nie potrafiłam nadrobić szkolnych zaległości, które w ten sposób miałam i powtarzałam klasę. Ale wyjechać, jeśli była potrzeba do pacjenta, zawsze należało. Doktor Krzyś często mówił mi w powózce, gdy go wiozłam gdzieś dalej, na wieś, że taka dziewczyna to powinna w domu być już w łóżku i spać. Zdarzało się bowiem, że trzeba było czekać za doktorem gdzieś na wiosce dłużej i wracało się do domu później. Tata mój wówczas leżał w szpitalu - opowiada Jadwiga Muszyńska. Dziewczynka, a później już nastolatka, woziła do pacjentów nie tylko doktora, ale też położne. Zdarzało się, że zamawiano u pani Jadwigi kurs dla położnych także na terenie miasta, do dalszych punktów, np. na ul. Polną albo ul. Żnińską (wówczas ul. Marchlewskiego). Wtedy powożąca mogła wrócić do domu i pojechać odebrać położną o umówionej porze. Swoją powózką zaś dowoziła regularnie pasażerów z rynku Barcina na dworzec kolejowy. Kurs kosztował 2 zł. Jechała najwcześniej z pasażerami pociągu do Inowrocławia na 600 i wracała najpóźniej z pasażerami ostatniego kursu relacji Inowrocław - Żnin, którzy na dworcu w Barcinie wysiadali o 2230. Oczywiście, jeśli było miejsce, pani Jadwiga zabierała też po drodze swego kursu okazjonalnych pasażerów bryczki. Podobne usługi w Barcinie nieco później wprowadził Jerzy Wiliński, rzeźnik z rynku starego miasta, który w czasach PRL-u miał koncesję jedynie na wyroby podrobowe i sprzedaż w jednym dniu w tygodniu.
Doktor Stanisław Krzyś w tamtych latach korzystał m.in. z powózek z fabryki w Wapiennie. Zamawiane też były przez rodziny pacjentów kursy taksówkowe. Jedynym taksówkarzem w latach pięćdziesiątych był mieszkający przy ul. Żnińskiej Julian Jankowski. Miał on starego typu skodę. Jednak w czasie zimy, jak wspomina Jadwiga Muszyńska, do najdalszych zasypanych śniegiem wiosek trzeba było jeździć powózką, aby dotrzeć do pacjentów.
Starą skodę, której drzwi otwierały się odwrotnie niż w dzisiejszych samochodach, Julian Jankowski później wymienił na warszawę.
Jerzy Krzyś przypomina sobie, że ze starej skody, ponieważ drzwi nie były zablokowane, wypadł raz syn taksówkarza. Czy jednak stało się chłopcu coś złego, czy wyszedł bez szwanku, tego Jerzy Krzyś już nie pamięta.
Doktor dysponował również służbowym rowerem. Po latach syn, doktor Jerzy Krzyś, odstąpił tacie swojego sachsenring AWZ P70, który był NRD-owskim, plastikowym protoplastą trabanta. - Dopiero później tata kupił sobie nową „syrenkę” - mówi Jerzy Krzyś.

Spotkanie u państwa Krzysiów. Stoi Irena Stefańska, siedzą od lewej Zofia Kaczmarek, Daniela Mazur i Regina Dziennik. fot. z archiwum Danieli Mazur
PRZYCHODNIA Z PIĘKNYM OGRODEM
W budynku po dawnej plebanii pastorów państwo Stanisław i Maria Krzysiowie zamieszkali w dużym i ładnym mieszkaniu. Ich syn Jerzy w domu tym bywał wówczas przeważnie w czasie przerw w nauce, gdyż kończył wtedy naukę w I Liceum Ogólnokształcącym w Bydgoszczy. Dojeżdżał tam z Barcina autobusem pocztowym i mieszkał na stancji. Po skończeniu szkoły od razu kontynuował studia medyczne w Toruniu, zatem w domu rodziców bywał tylko podczas przerw w nauce.
Do budynku po pastorówce wchodziło się gankiem od frontu. Oprócz mieszkania doktorostwa mieściła się w tym budynku poradnia ogólna i kolejowa wraz z poczekalnią. Było również mniejsze mieszkanie z tyłu. Po wyjściu za mąż mieszkała tam z rodziną Regina Dziennik. Większość gabinetów znajdowała się na parterze i piętrze dawnego klasztorku sióstr diakonisek. Obok recepcji znalazły się tam również poradnia dla dzieci zdrowych, poradnia dla dzieci chorych, poradnia przeciwweneryczna, poradnia dla kobiet ciężarnych.
Za budynkiem, w którym mieszkał dr Krzyś, znajdował się piękny ogród warzywno-owocowo-kwiatowy będący oczkiem w głowie żony doktora, pani Marii Krzyś. Otóż, jak wspomnieliśmy, była to przedwojenna nauczycielka, która początkowo pracowała w tym zawodzie także w barcińskiej, ówcześnie jedynej, podstawówce, dzisiaj noszącej zresztą imię dr. Stanisława Krzysia. Problemy zdrowotne przeszkodziły pani Marii kontynuować pracę nauczycielki w szkole, którą kierował wtedy Leon Salkowski i w związku z tym małżonka doktora miała więcej czasu, ażeby dbać o swój ogród. Jak przypomina sobie jej syn Jerzy Krzyś, w tym ogrodzie jego mama potrafiła wyhodować wspaniałe kwiaty, które brały od niej również siostry zakonne mieszkające wtedy przy parafii na ul. Kościelnej (ówcześnie ul. Mariana Buczka). W ogrodzie rosły też dorodne truskawki i szparagi.
- Doktor był niezwykle miłym człowiekiem. Nie traktował żadnego pacjenta z góry, pokazując temu pacjentowi, że lekarz jest mądrzejszy i ważniejszy. Potrafił z człowiekiem pogadać o jego zdrowiu nawet podczas przypadkowego spotkania na ulicy. Zresztą podobna była też żona doktora. Byłam u niej kilka razy w domu, ponieważ pracowałam jako fryzjerka i robiłam jej włosy. Pani doktorowa też nigdy nie miała względem innych poczucia wyższości, jako żona medyka i nauczycielka. Miała bardzo pięknie urządzone mieszkanie. Pamiętam, że były w nim antyczne meble - opowiada Jadwiga Stróżykiewicz z Barcina. Również Daniela Mazur dobrze wspomina doktora i jego żonę. Pamięta, że zdarzało się personelowi obchodzić wspólnie imieniny i urodziny doktora (w jednym terminie). Raz nawet było tak podczas wizyty w barcińskiej przychodni dyrektora szpitala w Szubinie. Przychodnia podlegała bowiem pod powiatowy ZOZ.

W gabinecie zabiegowym. Od lewej w górnym rzędzie: Zofia Kaczmarek, Danuta Wawrzyniak. Na dole Daniela Mazur, Stanisław Krzyś i Regina Dziennik. fot. z archiwum Danieli Mazur
Przychodnia i dom doktora położone były - jak wspomina Daniela Mazur - w malowniczym zakątku. Tutaj kończy się już lewobrzeżna część starego Barcina. Przychodnię od południa i zachodu otaczały łąki starorzecza Noteci. Na podwórzu rosły dwie rozłożyste lipy. Bardzo urokliwe było wejście do mieszkania doktorostwa oraz do przychodni obok, czyli przez stylowy ganek, zwykle pięknie ukwiecony.
Ponieważ barciński medyk praktycznie cały czas musiał być w gotowości do wyjazdu do pacjenta, nie bardzo miał czas realizować swoje zainteresowania. Zresztą interesował się przede wszystkim medycyną. Miał jednak w Barcinie grupkę bliższych znajomych, z którymi lubił pograć w brydża. Spotykali się na przemian u siebie, odwiedzali się też w czasie imienin czy urodzin. Do grona tych znajomych - a często wiązały ich też ze sobą codzienne sprawy - należeli jedyny w powojennym Barcinie lekarz weterynarii Eugeniusz Pilch i jego żona Anna. Mieszkali oni w kamienicy państwa Zülsdorffów. W podwórzu Eugeniusz Pilch, 11 lat młodszy od dr. Krzysia, leczył zwierzęta, z którymi przybywali mieszkańcy. Eugeniusz Pilch w latach siedemdziesiątych wyprowadził się do Inowrocławia i zmarł w 1997 r. Jego żona Anna mieszka obecnie w Poznaniu, ma 94 lata. Ponadto do grupy kolegów od brydża zaliczał się też ówczesny proboszcz parafii św. Jakuba w Barcinie Bogdan Pelc, czy też farmaceuta Maksymilian Chirek.
Odpocząć jednak przynajmniej raz w roku trzeba było. Wówczas na czas urlopu dr. Krzysia pacjentami przychodni barcińskiej zajmowali się wyznaczeni przez kierownictwo w Szubinie lekarze. Zdarzało się, że w późniejszych latach tatę zastępował na parę dni w pracy syn - dr Jerzy Krzyś, bądź też felczer z Piechcina, Jan Jankiewicz. Ulubione miejsca na czas urlopu Marii i Stanisława Krzysiów była Muszyna Zdrój nad Popradem - rodzinna miejscowość małżonki doktora bądź Sopot. W czasie wolnym odwiedzali też rodzinę w Krakowskiem.
Ośrodek zdrowia dysponował pomocnikami administracyjnymi, sprzątaczkami magistratu, które sprzątały również w przychodni. Paliły też w kaflowych piecach, którymi ogrzewany był ośrodek zdrowia. Były to przede wszystkim Rozalia Kubiak i Zdzisława Durczak, która zajmowała się także praniem fartuchów i innej odzieży, pościeli, prześcieradeł na wyposażeniu przychodni.
Od samego początku na piętrze dawnego klasztorku umiejscowiony został gabinet stomatologiczny. Najpierw pracował w nim przedwojenny technik dentystyczny, weteran Powstania Wielkopolskiego i brat pierwszego powojennego burmistrza, Czesław Reinke. Pomagała mu w charakterze asystentki córka Maria. Później leczeniem zębów barcinian zajmowała się lekarka stomatologii Anna Okońska-Figurska. Zarówno dr Krzyś, jak i jego personel, sprawowali też opiekę medyczną nad uczniami barcińskiej szkoły.
DOKTOR - DIAGNOSTA
Stanisław Krzyś był ceniony przez pacjentów jako znakomity diagnosta. Nie miał pod ręką wspaniale wyposażonego laboratorium, a potrafił zdiagnozować często bardzo skomplikowane dolegliwości. - Pamiętam, że na podstawie tylko wyglądu moczu potrafił zdiagnozować, co mi jest. I te diagnozy były trafne - mówi Jadwiga Stróżykiewicz.
- Ja uważam, że to dr Stanisław Krzyś zainspirował posła Henryka Hałasa do tego, żeby podjąć starania o budowę bloków w Barcinie i okolicy. Na spotkaniu posła z mieszkańcami na terenie cegielni w Barcinie w 1955 r. doktor określił ogólny stan zdrowia mieszkańców jako zły i podkreślił, że to jest wynik tego, że istniejące mieszkania w nadnoteckim mieście są zawilgocone i ciasne, i nie ma w nich dobrych warunków do zdrowego życia - mówi Czesław Cieślak, honorowy obywatel Barcina.
Czesław Cieślak również wspomina doktora Stanisława Krzysia jako wspaniałego diagnostę: - Uważam, że to najlepszy lekarz, jakiego spotkałem. Przede wszystkim, w przeciwieństwie do wielu innych lekarzy, on potrafił powiedzieć pacjentowi, gdy miał wątpliwości, że po prostu nie wie, co temu pacjentowi jest. I dodawał jednak przy tym, że nie wie też tego w tym przypadku medycyna - opowiada Czesław Cieślak.
Stan zdrowia barcinian był nie najlepszy, zwłaszcza że w mieście żyło przecież wielu pracowników kopalni i zakładów wapienniczych. Cierpieli oni na choroby płuc. Tak było np. z Jakubem Wojciechowskim, o czym możemy przeczytać w jego Życiorysie własnym robotnika w tomie II (co ciekawe, ów robotniczy pisarz mieszkający w Barcinie pisał nazwisko doktora jako Kryś).
1971 R. - KONIEC PRZYCHODNI POD LIPAMI
Na początku lat 70. szubiński szpital desygnował do pomocy w barcińskiej przychodni lekarza Zdzisława Skowrońskiego. Doktorowi Krzysiowi coraz trudniej bowiem było ogarniać terytorialnie swoich pacjentów. Powstawały wówczas pierwsze bloki osiedla mieszkaniowego. Było już zresztą przesądzone, że na tym osiedlu powstanie też duża przychodnia. Stanisław Krzyś nie zamierzał już wiązać się z tą nową przychodnią. Zwłaszcza, że w 1969 r. osiągnął uprawnienia emerytalne. Niemniej wciąż pracował.
Tak było w Barcinie do 31 grudnia 1971 r. Doktor wraz z żoną przeprowadzili się do Grudziądza. Pracował tam nadal jako lekarz przemysłowy w zakładach mięsnych. W grudniu 1979 r. w Barcinie odebrał Krzyż Kawalerski Orderu Odrodzenia Polski. Było to tzw. chlebowe, przyznawane z inicjatywy mieszkańców. Inicjatorem społecznej akcji zbierania podpisów pod wnioskiem o przyznanie odznaczenia był nieżyjący już społecznik Wojciech Kowalski. Takie uhonorowanie doktora miało też efekt wymierny, gdyż odznaczonemu przysługiwał dodatek do emerytury.
Doktor Stanisław Krzyś jeszcze kilka lat po swoim wyjeździe z Barcina potrafił na ulicy Grudziądza, o czym wspominał barciński nauczyciel Alojzy Rybczyński, rozpoznać uczniów z Barcina, których kiedyś leczył czy po prostu znał. Medyk serdecznie wówczas witał się z przybyszami z Barcina. Zresztą do miasta tego, w którym dzisiaj jest patronem i Szkoły Podstawowej nr 1, i jednej z ulic, powracał jeszcze kilkakrotnie w celach towarzyskich i sentymentalnych. Zmarł 5 sierpnia 1982 r. wskutek wylewu krwi do mózgu. W uroczystościach pogrzebowych brali udział licznie przybyli do Grudziądza żałobnicy z Barcina.
W mieszkaniu po państwie Krzysiach zamieszkał współpracujący z nim pod koniec istnienia ośrodka przy ul. Wyzwolenia dr Zdzisław Skowroński. Ośrodek w domu wśród lip został zamknięty z końcem 1971 r. W czasie robienia specjalizacji internistycznej pracował on jeszcze w nowej siedzibie ośrodka w Barcinie. Niedługo później Zdzisław Skowroński wyprowadził się do Ciechocinka, gdzie nadal, choć jest już na emeryturze, przyjmuje pacjentów jako internista i reumatolog. Pielęgniarki z ośrodka zdrowia przy ul. Wyzwolenia aż do osiągnięcia uprawnień emerytalnych pracowały w zawodzie, przeważnie w nowej barcińskiej przychodni przy ul. Mogileńskiej.
Karol Gapiński
Pałuki nr 986 (1/2011)
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze mogą dodawać tylko zalogowani użytkownicy.
Komentarze