Sędzia Jarosław Całbecki kończy już wysłuchania świadków będących poszkodowanymi w sprawie o oszustwa pod szyldem placówki Santander Bank Polska w Żninie. Na wtorkowym posiedzeniu w tej sprawie przeciwko Annie N. wysłuchał jednak również pierwszej z pracownic banku, która była tam zatrudniona w czasach, gdy pracowała w nim również oskarżona.
Sędzia Sądu Okręgowego w Bydgoszczy Jarosław Całbecki wznowił w ostatni wtorek proces dotyczący oszustw pod szyldem Santander Bank Polska. Proceder, który był dokonywany w placówce bankowej w Żninie, ujawniliśmy latem 2023 r. Poszkodowani to w większości mieszkańcy Żnina i innych miejscowości na Pałukach. Status poszkodowanego ma też Santander Bank Polska. Jedyną oskarżoną przez Prokuraturę Rejonową w Szubinie Oddział Zamiejscowy w Żninie jest Anna N., była pracownica placówki partnerskiej Santander Bank, która działa od wielu lat w stolicy Pałuk. Po ujawnieniu oszustw została zwolniona z pracy.
Proces trwa od jesieni 2024 r. W akcie oskarżenia postawionych zostało 88 zarzutów, a łączną sumę szkód wynikających z oszustw śledczy wyliczyli na 2.170.000 zł. Poszkodowani są nie tylko z gminy Żnin.
Spłaty kredytów i pożyczek, które zostały zaciągnięte bez ich wiedzy, zostały przez bank zawieszone. Jednak zarzuty, które usłyszała Anna N., są nie tylko z artykułu 286 kodeksu karnego za oszustwo, ale również za przestępstwa przeciwko dokumentom.
Według aktu oskarżenia były podrabiane podpisy oraz fałszowane zaświadczenia o dochodach, by podwyższyć zdolność kredytową oszukiwanych.

Zeznaje jeden z pokrzywdzonych fot. Karol Gapiński
Na ostatnim, wtorkowym posiedzeniu sądu zeznawali kolejni pokrzywdzeni, ale wśród świadków stawiła się również pierwsza z pracownic placówki bankowej w Żninie. Ściślej rzecz ujmując - była pracownica. Pracowała tam na przełomie 2020 i 2021 r.
Najpierw jednak zeznawali poszkodowani. - Pani N. sama poinformowała nas o tym, że zostały zaciągnięte na nas kredyty. Mam tu na myśli mnie oraz moich rodziców. „Okradłam was” - to pierwsze, co wtedy powiedziała. Wtedy jeszcze nie miałem w banku założonej aplikacji mobilnej i nie korzystałem z konta internetowego. Wiedziałem jednak o mojej sytuacji kredytowej to, co powinienem. Wiedziałem, że mój pierwszy kredyt zaciągnięty w październiku 2021 r. powinien był już zostać spłacony, kolejny - z czerwca 2022 r. powinien być nadal w trakcie spłaty, a trzeci, o którym się właśnie wtedy dowiedziałem, w ogóle nie powinien istnieć. Drugi z tych kredytów zaciągałem świadomie, by spłacić ten wcześniejszy i uzyskać dodatkowe środki finansowe, które były mi wtedy potrzebne. I ten kredyt sukcesywnie spłacałem. Otrzymałem wtedy zwrot prowizji i ubezpieczenia. O kolejnym, zaciągniętym na mnie nic nie wiedziałem. Usłyszałem o tym od Anny N., gdy przyjechała do nas do domu i o wszystkim powiedziała. Nie tłumaczyła, dlaczego to zrobiła - mówił pierwszy ze świadków.
Podczas tamtej wizyty za radą Anny N. on i jego rodzice złożyli telefonicznie reklamacje kredytów, które na nich zostały zaciągnięte. Obecnie spłaty tych zobowiązań są przez bank zawieszone.
Kolejna z poszkodowanych opowiedziała, że zaczęła otrzymywać SMS-y z banku o niedopłacie na jej koncie. Wybrała się więc do placówki w Żninie, by sprawę wyjaśnić. Anna N. już tam nie pracowała, więc ona poprosiła o wyjaśnienia inną pracownicę, Renatę Sz. Ta powiedziała, że ona nie ma możliwości prześledzenia operacji na jej koncie, gdyż nie jest ona akurat jej doradczynią finansową. Zaproponowała jednak, aby klientka założyła sobie aplikację mobilną i dzięki temu będzie ona miała wgląd we wcześniejsze ruchy na koncie.
- Tak zrobiłam - założyłam aplikację. Po powrocie do domu przejrzałam to szczegółowo. W styczniu 2021 r. był zaciągnięty kredyt. Zobaczyłam w aplikacji, że 2 lutego 2021 r. zostało wypłacone 600 zł, o której to wypłacie nie miałam pojęcia. Ja jej nie robiłam. Udałam się więc do banku ponownie, aby to wyjaśnić i pani Renata powiedziała mi, żebym złożyła reklamację. Ta reklamacja została uwzględniona, bo nie było żadnego dokumentu z moim podpisem, który by taką wypłatę potwierdzał. Otrzymałam zwrot 600 zł na moje konto - opowiadała w sądzie bydgoskim poszkodowana. Zeznała ona również, że wcześniej też otrzymywała SMS-y o niedopłacie i była to wyjaśniać jeszcze u Anny N. Wtedy oskarżona sprawdziła coś w komputerze i powiedziała jej, że już jest wszystko dobrze. Później okazało się, że klientka miała założony debet, o którym nie wiedziała. Narosły na nim odsetki w wysokości około 500 zł, które sama spłaciła.
Następna z poszkodowanych, która zeznawała na ostatnim posiedzeniu sądu powiedziała, że o sprawie oszustw pod szyldem Santandera dowiedziała się z programu w telewizji.
- Kiedy byłam w Żninie, zadzwoniłam na infolinię banku. Powiedziano mi, że mam ogółem 5 kredytów. Ja z mężem brałam kredyty w „Santanderze” co roku lub co półtora roku, na zakup opału do ogrzewania mieszkania. Czasami przychodziły do nas upomnienia, że coś jest niespłacone. Gdy dzwoniłam do pani Anny N., ona uspokajała: „Pani Basiu, pani się nie martwi, bo wszystko jest spłacone. Bez obaw, wszystko jest w porządku” - zapewniała. Ale gdy ostatecznie pojechałam do banku, to okazało się, że mam długi. Wszedł na mnie komornik sądowy. Pojechałam do pani Ani. Ona powiedziała, że to się da załatwić, że ona spłaci komornika. I rzeczywiście, niedługo potem komornik przekazał mi, że zobowiązanie jest spłacone. Ja nie wiem, z jakich pieniędzy to zostało spłacone - zeznawała poszkodowana.
Nie miała ona założonego rachunku oszczędnościowo-rozliczeniowego, a bank służył jej tylko jako instytucja, w której mogła zaciągnąć kredy, zawsze w wysokości 4-5 tys. złotych na zakup opału. Po zaciągnięciu zobowiązania wypłacała od razu cała sumę, by kupić węgiel. Następnie spłacała raty z emerytury, przyjeżdżając w tym celu do banku w Żninie. Nie miała też świadomości, że egzekucja komornicza została wstrzymana dzięki temu, że został zaciągnięty kolejny kredyt. Obecnie poszkodowana spłaty 3 swoich kredytów ma zawieszone przez bank do czasu zakończenia sprawy.
Ostatnim z wysłuchanych tego dnia świadków była specjalistka ds. turystyki, młoda kobieta, która w październiku 2020 r. zatrudniła się w placówce bankowej Santandera w Żninie. Niespecjalnie czuła się w bankowości, to nie była jej wymarzona praca, ale panował COVID-19 i branża turystyczna przechodziła kryzys. Stąd jej decyzja o pójściu na rozmowę o pracę do banku.
Została zatrudniona po rozmowie z panem Norbertem E. W pracy najczęściej jednak zadania wyznaczała jej pani Milena. Obydwoje traktowała jako szefostwo tej placówki. Natomiast Anna N. była bardziej doświadczoną koleżanką z pracy, do której przychodziło dużo stałych klientów. Anna N. była uprzejma i sympatyczna. Służyła młodej pracownicy radą.
Ta pracownica jednak sama nie zdołała pozyskać własnych klientów. Z każdym miesiącem odczuwała większą presję ze strony szefostwa, by wyrabiać plany. Ona jednak sobie z tym nie radziła. Nigdy nie udało jej się uzyskać prowizji do wynagrodzenia za wykonanie planów, które przedstawiało szefostwo. zarabiała minimalną pensję krajową. W marcu 2021 r. zaprzestała pracować w bankowości i wróciła do turystyki.
Sędzia pytał byłą pracownicę placówki bankowej w Żninie o to, czy podpisywała się pod umowami kredytowymi w przypadku, gdy umowę zawierała z nimi Anna N., a procedura bankowa nakazywała potwierdzać ją podpisem innego doradcy klienta? Taka procedura dotyczyła kredytów na wyższe kwoty. Była pracownica przyznała, że raz podpisała taką umowę, którą zawierała z klientem oskarżona, ale szczegółów tego kredytu ona nie pamięta. Podobnie nie ma wiedzy o tym, aby ktoś inny z pracowników podpisywał umowy Anny N. z klientami, gdy potrzebny był taki drugi podpis.
Zeznająca jako świadek była pracownica banku zapamiętała natomiast, że Anna N. przyjeżdżała i odjeżdżała z pracy zgodnie z czasem ich zmiany. Nie pamięta sytuacji, by Anna N. zostawała po godzinach w pracy.
Karol Gapiński
Pałuki nr 1752 (37/2025)
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze mogą dodawać tylko zalogowani użytkownicy.
Komentarze