Noteć wystąpiła z brzegów
Pola pod wodą
Setki hektarów łąk wymagających rekultywacji, ograniczenie, a w niektórych przypadkach wręcz zlikwidowanie hodowli bydła i utrata dopłat z Agencji Restrukturyzacji i Modernizacji Rolnictwa - to najczarniejszy scenariusz, jaki mają przed oczyma rolnicy z gminy Łabiszyn. Nie musi się tak stać, ale wizja ta spędza rolnikom sen z powiek.
- „Na długości półtora kilometra woda przelewała się przez rzekę i płynęła na wysokości 30-40 cm” - mówi sołtys Władysławowa. - „Myślałem, że wał się przerwał, ale okazało się, że się zrobił zator w trzech miejscach”. Noteć wystąpiła z brzegów od samego Pturka, przez Obielewo, Załachowo, Pszczółczyn, Władysławowo, aż do Małych Rud. Dziś w Urzędzie Wojewódzkim ma odbyć się spotkanie wójtów i burmistrzów nadnoteckich gmin. - „Jeśli będzie decyzja, to wtedy stan klęski zostanie wprowadzony na wszystkie gminy nadnoteckie, a nie na poszczególne sołectwa” - informuje burmistrz Szubina. - „Oglądajcie państwo w czwartek telewizję, to się dowiecie jakie decyzje zostały podjęte.” Na zdjęciu Zenon Mikuła - Jest taka szczęśliwa aura pogodowa, czyli w dzień słońce, w nocy mróz, więc nie ma następstw negatywnych - mówił burmistrz Łabiszyna Jacek Idzi Kaczmarek. - I jeszcze jest jedna pozytywna sytuacja, że nie mamy indywidualnych podtopień bezpośrednio gospodarstw rolnych. Natomiast, jak rzuci się okiem na ten areał, który jest zalany, to mam wrażenie, że to jest kilkaset hektarów, może nawet ponad tysiąc.
ZASIĘG SZKÓD
W sprawie tego, jakie działania podjąć w związku z tym, co woda z Noteci zrobiła z polami rolników z gminy Łabiszyn, odbyło się 4 marca spotkanie burmistrza Jacka Idziego Kaczmarka z sołtysami. Problem dotyczy pól znajdujących się od samego Pturka, przez Obielewo, Załachowo, Pszczółczyn, Władysławowo, aż do Małych Rud. Jednak najbardziej dotknięci zalaniami czują się rolnicy z gminy Łabiszyn. Głośno o tym mówią i szukają ratunku. Wspiera ich w tych działaniach Urząd Miejski.
Burmistrz Jacek Idzi Kaczmarek przyznał na zebraniu, że Regionalny Zarząd Gospodarki Wodnej umywa ręce od jakiegokolwiek problemu.
- Jak usłyszałem ostatnią argumentację, że to bobry zawiniły, to jest to dla mnie co najmniej śmieszne - mówił burmistrz Łabiszyna. - Bobry nie pierwszy rok grasują na naszych terenach i nigdy takich skutków nie było. A mi się wydaje, że RZGW zezwoliło na coś w obszarze Kcyni, na co nie powinno zezwolić. Mam informację, że jest jakieś przepompowywanie wód z kopalni. Nie było przecież nie wiadomo jakich zjawisk atmosferycznych, żeby stan wód aż tak się podniósł. Trochę tych opadów było, ale nie były one tak drastyczne, jak w ubiegłym roku. Dlatego uważam, że samo działanie zarządcy drogi wodnej jest niewłaściwe.
Rolnicy mówią o zrzucie wody z kopalni do Gopła, które odbywa się według określonych norm zrzutów, ale bez uwzględnienia warunków panujących w rzekach. Podkreślają też, że Noteci od przynajmniej trzydziestu lat nikt nie czyścił i to się w końcu odbija.
Burmistrz prognozuje, że rolnicy w obliczu tej sytuacji obniżą swoją gospodarkę rolną, to w konsekwencji obróci się także przeciwko gminie, bo wystąpią oni o umorzenie choćby jednej raty podatku rolnego. Gmina sama także ponosi straty jeszcze innego rodzaju. Kilka dróg zostało przez wodę zniszczonych i konieczne będzie ich odtworzenie.
KLĘSKA ŻYWIOŁOWA
Z urzędu w Łabiszynie wystosowane zostało pismo do wojewody o uznanie klęski żywiołowej, jednak burmistrz bierze pod uwagę, że jeżeli wojewoda dojdzie ze swoimi służbami do wniosku, że te zalania nie są następstwem aury, tylko niewłaściwej polityki RZGW, to wojewoda tej klęski nie uzna. - Jestem przekonany, że możemy spodziewać się negatywnego stanowiska wojewody, jeśli chodzi o uznanie klęski żywiołowej - mówił burmistrz. - Przeważnie, jeśli mówi się o klęsce żywiołowej, to ona musiałaby dotyczyć województwa, a nie gminy i to jeszcze tylko kawałka tej gminy.
Dlatego też o uznanie klęski żywiołowej starać się będzie nie tylko gmina Łabiszyn, ale także inne gminy nadnoteckie. Dziś [czwartek, przyp. red.] odbywa się spotkanie wojewody z burmistrzami i wójtami gmin nadnoteckich, które być może przyniesie już pierwsze decyzje. - Zobaczymy, co wyniknie z tego spotkania. Trzeba jednak wiedzieć, że decyzja tak szybko nie zapadnie, bo teraz wszyscy będą bronić swojego stanowiska - powiedział burmistrz Jacek Idzi Kaczmarek.
Na spotkanie z burmistrzem w sprawie skutków wystąpienia Noteci z brzegów przybyli sołtysi (na zdjęciu od lewej) Franciszek Lisiecki z Łabiszyna Wsi, Zenon Mikuła z Władysławowa, Józef Lampka z Oporowa, Krzysztof Rutkowski z Pszczółczyna i Krzysztof Broda z Załachowa, a także niewidoczna na zdjęciu Bożena Sika z Nowego Dąbia STARANIA O ODSZKODOWANIA
Na spotkaniu z sołtysami burmistrz zaproponował także inne rozwiązanie niż tylko złożenie wniosku o uznanie klęski żywiołowej i czekanie na decyzję w tej sprawie. Każdy z rolników, który ma zalane pola, ma wystąpić indywidualnie wobec RZGW z roszczeniem odszkodowawczym za straty, jakie poniósł w wyniku niewłaściwej gospodarki. Każdy będzie musiał określić poziom tego roszczenia, wpisać numer działki i powierzchnię, jaka uległa zalaniu.
Urząd Miejski w tym tygodniu wraz z radcą prawnym wypracował wspólny wzór wniosku, który sołtysi będą teraz przekazywać poszczególnym rolnikom podczas pobierania podatku rolnego. Wnioski są dostępne w urzędzie także dla tych, którzy mieszkają w innej gminie, a posiadają zalane grunty na terenie gminy Łabiszyn. Gmina wystąpi z takim samym roszczeniem, w którym określony zostanie szacunkowy koszt odtworzenia dróg, a rolnikom gwarantuje osłonę prawną w ubieganiu się o odszkodowanie.
- Jestem w stu procentach przekonany, że wszyscy dostaną negatywną odpowiedź, że to nic nie da, dlatego następstwem tego według mnie powinien być zbiorowy pozew przeciwko Regionalnemu Zarządowi Gospodarki Wodnej, a taka możliwość od ubiegłego roku jest - informował burmistrz Jacek Idzi Kaczmarek.
ROLNICY SZACUJĄ STRATY
Niektórzy rolnicy, jak choćby Zenon Zaorski z Pszczółczyna, mają tylko część swoich gruntów pod wodą, ale inni, jak choćby Zenon Mikuła, sołtys Władysławowa, mają 100% swoich łąk zalanych. Jeśli okaże się, że zostaną one zniszczone, to w wielu przypadkach rolnicy, jeśli nie kupią siana, to będą zmuszeni ograniczyć hodowlę.
Jeśli też łąki zostaną zniszczone, to rolnicy poniosą dodatkowe koszty na rekultywację. A stoi przed nimi także wizja utraty dopłat. Właściciele trwałych użytków zielonych muszą do końca lipca zrobić przynajmniej jeden pokos, żeby Agencja Restrukturyzacji i Modernizacji Rolnictwa uznała, że ziemia jest utrzymana w dobrej kulturze rolnej i przyznała dopłaty.
Na razie, jak jest pod wodą, tego jeszcze nie wiadomo. Rolnicy przyznają, że daje się zaobserwować spadek poziomu wody, ale nie są w tym względzie optymistami.
- W zeszłym roku z powodu intensywnych opadów zalało mi łąki z drugiej strony, w tym roku mam straty łąk przy Noteci - mówi Zenon Zaorski, któremu woda z Noteci w tym roku zalała 15 hektarów łąk. - Zobaczymy, jak to będzie na wiosnę, czy woda zejdzie. Podobno wiosna ma być sucha.
100 procent zalanych łąk i częściowo zalane użytki rolne ma Zenon Mikuła. Nie zamierza rezygnować z hodowli. Posiada 19 sztuk bydła, które planuje wykarmić tym, co zbierze z pozostałych użytków rolnych. Jeśli będzie trzeba, dokupi paszy.
- Osiem miesięcy temu kupiłem zarodową jałowicę i nie po to ją kupiłem, żeby się jej teraz pozbywać. Choć zalało mi najlepsze pola, to będę starał się utrzymać hodowlę na dotychczasowym poziomie - mówi Zenon Mikuła.
Mirosław Spochacz, kierownik powiatowego biura Ośrodka Doradztwa Rolniczego w Żninie, przyznaje, że jest jeszcze zbyt wcześnie, żeby mówić, w jakim stanie zalane łąki mogą być.
- Nikt tam pod wodę przecież nie zajrzy - wyjaśnia Mirosław Spochacz. - Jeśli ta woda w miarę szybko odpłynie, to może nie być tak źle, może łąki uda się uratować. Ale jeśli ona będzie się utrzymywała zbyt długo, to na tych łąkach potrzebny będzie nowy podsiew. Chwilowe lokalne zalewy zdarzają się wszędzie, ale problem tkwi w tym, jak długo to trwa. Okres wegetacyjny może zacząć się około kwietnia i jeśli do tego czasu woda nie zniknie, to może być kiepsko. Wymagana będzie rekultywacja łąki. Ale jeśli woda odpłynie zanim zacznie się okres wegetacyjny, to może te łąki uda się uratować. Myślę, że około kwietnia będzie można na ten temat więcej powiedzieć.
DOPŁATY POD ZNAKIEM ZAPYTANIA
Rolnicy biorą pod uwagę tę najgorszą możliwość, czyli że może nie udać im się zebrać nawet jednego pokosu. Skutkiem będzie wówczas nie tylko brak siana w stodołach, ale także brak dopłat na kontach, a w przypadku trwałych użytków zielonych są to już niebagatelne kwoty.
Agencja Restrukturyzacji i Modernizacji Rolnictwa zapowiada, żeby wnioski składać jednak tak, jak do tej pory, a potem nanosić jedynie korekty.
- Niech ci rolnicy zgłaszają te łąki i grunty, nawet jeśli one są zalane, normalnie, jak co roku - informuje Lidia Cieślewicz, kierownik biura powiatowego ARiMR. - A w każdej chwili do momentu powiadomienia ich o kontroli mogą oni później nanieść zmianę na tym wniosku. Do końca lipca muszą zebrać przynajmniej jeden pokos, a teraz nikt nie wie, czy uda się to zrobić. Jak w lipcu okaże się, że na łąkę nie można wjechać i nie można spełnić wymogów dobrej kultury rolnej, to wnioski będą korygowane, ale na etapie ich składania nie ma co uprzedzać faktów.
Lidia Cieślewicz wspomina, że podobnie było z rzepakiem. Rolnicy zasiali rzepak, złożyli wnioski o dopłaty do tego rzepaku, a potem przyszło gradobicie i całą uprawę zniszczyło. Wówczas zostało to potraktowane jak działanie siły wyższej, ale w dniu złożenia wniosku rzepak był zasiany.
Dla rolników z gminy Łabiszyn, którzy posiadają hodowlę, dopłaty do hektara łąk są dużym zastrzykiem gotówki. W ubiegłym roku płatność zwierzęca wynosiła ponad 439 zł do hektara, jednolita płatność obszarowa wynosiła ponad 562 zł, a ponadto tereny w gminie Łabiszyn uznane są jako tereny o niekorzystnych warunkach gospodarowania, więc do każdego hektara przysługuje rolnikowi dodatkowo 179 zł. Łącznie daje to kwotę niemal 1.200 zł do hektara trwałych użytków zielonych, pod warunkiem, że rolnik hoduje także zwierzęta. Jeśli rolnikowi nie uda się skosić łąk na powierzchni 15 hektarów, to strata z tytułu dopłat wyniesie około 18.000 zł.
WODA KILOMETR OD RZEKI
Rolnicy pokazują, jak prezentuje się krajobraz po zalaniu. Całe połacie pól, nawet oddalonych kilometr od rzeki, znajdują się pod wodą.
- To się stało jakieś dwa tygodnie temu. Woda w ciągu jednej nocy przyszła i zalała całe pola. Nie było żadnych opadów - mówi Zenon Zaorski.
- Na długości półtora kilometra woda przelewała się przez rzekę i płynęła na wysokości 30 - 40 cm - dodaje Zenon Mikuła. - Myślałem, że wał się przerwał, ale potem okazało się, że się zrobił zator w trzech miejscach, z czego jeden zator jest do dziś, w wyniku czego woda przelewa się w Dębinku.
Obaj panowie przyznają, że nie są w najgorszej sytuacji, ale dla rolników, którzy mają bydło mleczne, a łąki tylko na tym terenie, sytuacja jest tragiczna. Starają się patrzeć z nadzieją i z dnia na dzień obserwują, jak poziom wody spada. Liczą, że może w maju lub czerwcu uda się zrobić chociaż jeden pokos. Mają żal do RZGW, które bagatelizują problem.
- Jak ja usłyszałem, że to się jakoś rozmyje, rozejdzie, to mi ręce opadły. To tak samo, jakbym ja wszedł do gabinetu tego pana, wylał mu kilkanaście wiader wody i powiedział, że ma się nie przejmować, bo ta woda z czasem wyschnie - powiedział Zenon Mikuła.
Magdalena Kruszka
Pałuki nr 995 (10/2011)
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze mogą dodawać tylko zalogowani użytkownicy.
Komentarze