Reklama

Praca w karczmie

Umowa może być ustna, wypowiedzenie - na piśmie
     Praca w karczmie
     Cztery młode kobiety z gminy Żnin pracowały w Karczmie Biskupińskiej w Biskupinie. Nie dostały żadnej umowy. Musiały znosić upokorzenia. Po 13 dniach zdecydowały się zrezygnować z tej pracy.

Julia Talarczyk twierdzi, że była poniżana w pracy. Nie boi się właścicieli „Karczmy” i dlatego zdecydowała się ujawnić swoje nazwisko i zdjęcie.
      fot. Arkadiusz Majszak

     Cztery kobiety, mieszkanki Słębowa i Sielca w gminie Żnin, o pracy w Karczmie Biskupińskiej dowiedziały się z ogłoszenia w naszym tygodniku. Rodzina i znajomi ostrzegali je, żeby nie podejmowały pochopnej decyzji i dobrze się zastanowiły, zanim rozpoczną tę pracę. Nie posłuchały i pojechały do Biskupina. 29 kwietnia rozpoczęły pracę.
     Miały pracować jako pomoce kuchenne bądź jako kelnerki. Żadnej umowy od szefowej Olgi Sobolewskiej nie otrzymały. Za godzinę pracy otrzymywały 5 zł w formie tygodniówek.

Paulina Plewa nie wróci do „Karczmy”. Też nie chce być przez nikogo poniżana.
       fot. Arkadiusz Majszak

     ŚNIADANIE PO KRYJOMU
     Już 11 maja mieszkanki gminy Żnin postanowiły pożegnać się z pracą w karczmie. Dlaczego? Twierdzą, że miały już dość złego traktowania i ciągłych upokorzeń.
     - I tak długo tam wytrzymałyśmy, bo są osoby, które odchodziły po 2 lub 3 dniach, a jeden chłopak zrezygnował z pracy po 4 godzinach. Pani Sobolewska co przychodzi, to od razu na dzień dobry jest (...), nie wiadomo za co - wyjaśniają.
     Opowiadają, że 10 maja miały wolne, a kiedy 11 maja pojawiły się w pracy, dostały od szefowej burę, że w pralni jest bałagan, a dwa dni wcześniej - ich zdaniem - było czysto. - Ona nie patrzy czy są klienci, czy nie. Ochrzania nas przy klientach - mówią.
     Nasze rozmówczynie wspominają, że pracowały niemal codziennie po 10 i 11 godzin bez chwili przerwy. Ich zdaniem, nie było czasu, aby zjeść śniadanie i skorzystać z toalety. Robiły to po kryjomu, żeby nie zauważyła szefowa.
     - Ja nieraz po 8 godzin stałam przed muzeum w Biskupinie, w zależności od pogody w deszczu lub słońcu, i rozdawałam ulotki. Jak było zimno, to nie miałam możliwości zrobić sobie ciepłej herbaty, a jak był upał, napić się czegoś zimnego - opowiada jedna z byłych pracownic karczmy.
     Pozostałe dodają: - W trójkę musiałyśmy duży i ciężki tapczan wnosić z parteru na piętro. Gdyby nie jeden z gości hotelowych, który pomógł nam to wnieść, to byśmy tego nie wniosły. Innym razem musiałyśmy myć samochód właścicielki albo wyprowadzać psa. Dzień przed wizytą sanepidu musiałyśmy wziąć farbę i pędzel i gdzie były brudne ściany malować. Szefowa nas poniżała. Nieraz niejedna z nas płakała. Dlatego odeszłyśmy.
     BEZ UMOWY
     Dziewczyny zwracają uwagę, że po rozpoczęciu pracy w Karczmie Biskupińskiej nie otrzymały żadnej umowy. Podkreślają, że umowę miały otrzymać po trzech dniach od rozpoczęcia pracy.
     - Szefowa cały czas tę kwestię przeciągała. Nie było żadnej umowy. My tam pracowałyśmy na czarno. Za wykonaną pracę otrzymywałyśmy tygodniówki - wyjaśniają nasze rozmówczynie.
     Dwa dni po naszej rozmowie z byłymi pracownicami Karczmy Biskupińskiej zadzwonił ojciec jednej z nich, Konrad Plewa i powiedział, że Olga Sobolewska wysłała dwie swoje pracownice, które przekonywały nasze rozmówczynie, by wycofały wszystko to, co nam opowiedziały. I dodał: - Mówiły, że dziewczyny mają to wycofać, bo mają adwokata. Pani Sobolewska przysłała im też pocztą umowę o dzieło. Ona w ten sam dzień wysłała te swoje pracownice, kiedy dziewczyny były u pana w redakcji. Z jedną na szybcika podpisała umowę o dzieło. Niech pan napisze konkretny artykuł. Ja tego nie popuszczę, żeby ktoś traktował córkę jak śmiecia. To się w głowie nie mieści, żeby tak ludzi wykorzystywać i tak traktować. Ja na to nie pozwolę.
     Julia Talarczyk, jedna z czterech pań wyjaśnia, że w piątek cała czwórka otrzymała od Olgi Sobolewskiej umowę o dzieło.
     - Wysłała nam to pocztą, żeby to podpisać i jej to odesłać. Z tych umów wynika, że wykonywałyśmy daną pracę, ale w tej umowie, którą ja otrzymałam nic się nie zgadza. Ja wykonywałam czynności, które nie są tam ujęte. Ona myślała, że ja to podpiszę i zwrócę, lecz ja tego nie podpisałam. Po tym co zrobiła mam podpisać umowę? - dziwi się Julia Talarczyk. I dodaje, że kiedy rozpoczynały pracę, Olga Sobolewska do końca nie wiedziała, na jakich zasadach je zatrudnić.
     - Mówiła, że zobaczy jak będziemy pracować, to może nas zatrudni na stałe. Miała nam dać umowy o dzieło. Owszem rozesłała, ale dopiero po tym, jak dowiedziała się, że sprawę postanowiłyśmy nagłośnić w gazecie - zaznacza Julia Talarczyk i dodaje jeszcze, że nie otrzymała 50 zł za przepracowany 9 maja.
     Z UMOWĄ
     Olga Sobolewska wyjaśnia, że była z pracy dziewcząt bardzo zadowolona. Nie zauważyła, by miały do niej jakiś żal. Nie przyszły do niej na rozmowę wyjaśniającą. Łącznie przepracowały tydzień, ponieważ nie musiały codziennie przyjeżdżać do pracy. Nikomu nie zabraniała wyjść do toalety czy zjeść śniadania.
     - Jeśli ja je obraziłam i odczuły niezadowolenie i dyskomfort, to ja je przepraszam - dodaje Olga Sobolewska. Właścicielka karczmy zwraca uwagę, że rozliczyła się z dziewczynami za wszystkie przepracowane godziny. Poza tym otrzymały wedle przepisów umowy o dzieło, które zostały przesłane do Powiatowego Urzędu Pracy.
     MOŻE BYĆ UMOWA USTNA
     Katarzyna Pietraszak, rzecznik prasowy Okręgowego Inspektora Pracy w Bydgoszczy wyjaśnia, że jeśli pracownik jest zatrudniony na umowę o pracę, to należy ją podpisać w pierwszym dniu podjęcia zatrudnienia, jeśli zaś zawierana jest umowa o dzieło, to nie musi być ona sformalizowana - strony mogą umówić się ustnie. Taka umowa też jest wiążąca. Umowę o dzieło można podpisać nawet po zakończeniu pracy. Jeśli ktoś taką umowę podpisał i zgadza się ona z rodzajem wykonywanej pracy, to nie ma w tym nic złego.
     Kobiety mogą wnosić ciężki tapczan na piętro, ale pod warunkiem, że mają tego typu prace zawarte w swoich obowiązkach lub umówiły się ustnie co do nich ze zleceniodawcą.
     - Jeśli takie obowiązki nie zostały zawarte lub umówione ustnie wówczas można odmówić wykonywania tych prac, właśnie z tego względu, że nie należą one do obowiązków tych pań - tłumaczy Katarzyna Pietraszak.
     WYPOWIEDZENIE NA PIŚMIE
     W opinii pani rzecznik, pracodawca ma obowiązek zapewnić pracownikowi bezpieczne i higieniczne warunki pracy. Katarzyna Pietraszak podkreśla, że nawet jeśli została zawarta umowa ustna, dla bezpieczeństwa dowodowego panie powinny wypowiedzieć pracę na piśmie. W przypadku zaległości związanych z zapłatą za wykonane dzieło, panie powinny wystąpić do zleceniodawcy o wypłatę zaległych kwot i podać termin, do którego zleceniodawca ma się wywiązać z wypłatą. Jeśli do tego czasu nie wypłaci on zaległości, wówczas sprawę należy skierować do sądu cywilnego.

Reklama

 

* Dwie byłe pracownice Karczmy Biskupińskiej, z czterech, które zgłosiły nam sprawę, zadzwoniły do nas, gdy był już przygotowywany materiał do druku i prosiły, by nie zamieszczać ich zdjęć. Jedna z nich nie zgodziła się publikować jej wypowiedzi, druga z kolei stwierdziła, że ma już z tego powodu problemy.

ARKADIUSZ MAJSZAK

Pałuki nr 1005 (20/2011)

Aplikacja na Androida

Reklama

Komentarze opinie

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.

Komentarze mogą dodawać tylko zalogowani użytkownicy.

Zaloguj się

Reklama

Wideo palukiznin.pl




Reklama
Najnowsze wiadomości