To zazdrość i zawiść - uważa dyrektor
Pretensje do Karora
Jeden z pracowników firmy ochraniającej zakłady Kujawy Lafarge uważa, iż pracodawca nie respektuje prawa pracy. Ochroniarz twierdzi, że reprezentuje ponad 30 niezadowolonych strażników. Dziwi to dyrektora firmy, bo skoro tych niezadowolonych jest aż tylu, to powinni dyskutować poprzez związek zawodowy i w twarz z pracodawcą, a nie poprzez gazetę.
Szef „Solidarności” pracowników firmy „Karor” w zakładzie „Kujawy” jest zdziwiony uwagami jednego z pracowników Zakłady Kujawy Lafarge ochraniane są od 2 lat przez firmę Karor, której siedziba mieści się w Solcu Kujawskim. W Wapiennie, Sadłogoszczy, na terenie cementowni, w Bielawach pracuje około 100 ochroniarzy z tej firmy. Strażnicy pilnują nie tylko zakłady oraz kopalnie, ale także zakładowe tory kolejowe.
Kujawy Lafarge korzystało już przed laty z usług ochroniarskich firmy Karor (wtedy z siedzibą w Bydgoszczy), jednak później przetarg na te usługi wygrała firma Impel. Karor zaś do Wapienna powrócił 2 lata temu. Kiedy Karor przegrał przetarg na ochronę zakładów z Impelem, wielu pracowników zrezygnowało z pracy w dotychczasowej firmie i przeniosło się do Impela.
Zgłosił się do nas jeden z pracowników firmy, obecnie ochraniającej cementownię i kopalnię w Wapiennie. Podkreśla jednak, że chce wyrazić troski 33 ludzi. Tylu bowiem ludzi w firmie - jak mówi - postanowiło coś z tym zrobić.
Ochroniarz bez ubrania
- Ja wcześniej pracowałem w ochronie nawet większych zakładów. Nigdzie nie było jednak tak źle, jeśli chodzi o warunki pracy, jak tutaj. Po pierwsze nie mamy odzieży ochronnej, a dowódcy zmiany wymagają od nas, żebyśmy ją nosili. Tylko jak mamy nosić, skoro nam jej nie dali? - pyta się retorycznie nasz rozmówca, ochroniarz z firmy Karor.
Szefem jedynego związku zawodowego działającego w Karorze wśród pracowników ochraniających zakład Kujawy jest Piotr Paweł Szwech. Związkiem tym jest NSZZ Solidarność.
Przewodniczący związku zawodowego przyznał, że Solidarność zrzesza wprawdzie tylko 29 pracowników ochrony, ale każdy, kto przyszedłby do związku zawodowego z prośbą o pośrednictwo w sprawie, którą ma do dyrekcji całej firmy, z pewnością w Solidarności znalazłby pomoc.
Szef Solidarności w ochronie Kujaw powiedział, że nie zna z własnego doświadczenia potrzeb ludzi pracujących bezpośrednio w ochronie, gdyż sam pełni obowiązki na wadze.
- Odzież ochronna na pewno przez „Karor” była wydana. Szkopuł w tym, że początkowo niektórzy strażnicy - ci, którzy przeszli z „Impela” - nosili jeszcze przede wszystkim buty i spodnie z poprzedniej firmy. Od „Impela” bowiem dostawaliśmy takie spodnie typu bojówki, gdzie było dużo głębokich kieszeni. Tymczasem nowa firma wydawała takie zwykłe spodnie robocze z materiału, w których wielu kieszeni obszernych nie było. A strażnicy woleli właśnie tamte stare spodnie, bo np. swobodnie mogli w nich nosić radio, którym się posługują między sobą, gdy patrolują teren - mówi Piotr Paweł Szwech.
Wprawdzie strażnicy patrolują teren w parach między 12 budkami strażniczymi rozsianymi co 5-6 km, to jednak charakter tej pracy nakazuje posługiwać się łącznością radiową z innymi patrolami. Często bowiem, nawet jeśli nie dochodzi do kradzieży kabli, elementów metalowych z wyposażenia zakładów, czy też elementów torów, to podejmowane są przez złodziei takie próby. Wtedy trzeba wzywać kolegów na pomoc. Mogą oni dotrzeć pieszo, jeśli są blisko, albo samochodem terenowym. Ponadto strażnicy przez cały czas muszą wiedzieć, gdzie który patrol się znajduje.
- No i to jest moja następna uwaga. Otóż bardzo często te radia nam wysiadają, albo nie można złapać łączności. Wtedy już naprawdę, musząc się połączyć, robimy to przy pomocy prywatnych telefonów komórkowych - mówi nasz rozmówca.
Piotr Paweł Szwech nie wyklucza, że czasami zdarzają się jakieś problemy z radiostacją, ale przecież każdy ma radio, które powinno działać. A jeśli łączności nie ma, to powinno się o tym informować przełożonych. Szef związku zawodowego i w tym przypadku dziwi się, że żaden z pracowników nie zgłasza problemów do związku. Według przewodniczącego Solidarności w firmie Karor, niektórzy pracownicy być może zostawili sobie spodnie po Impelu, a także buty po starym pracodawcy, gdyż były wyższe aniżeli dostarczone przez nowego pracodawcę (jednak na zimę pracownicy otrzymali wyższe buty). W międzyczasie spodnie, czy buty jeszcze po Impelu zniszczyły się, a teraz pracownicy nie mają odzieży roboczej. Nie zmienia to jednak faktu, że powinni ją mieć. Ich obowiązkiem jest podać numer swoich ubrań, a atestowana, spełniająca wymogi ISO odzież zostanie im dostarczona.
Radio na baterie
Całkowicie pretensji swego pracownika nie rozumie dyrektor firmy ochroniarskiej Karor Artur Choroś. Firma zatrudnia 2.000 osób ochraniających wiele zakładów w całym kraju. Dla Lafarge Polska ochrania też cementownię w Małogoszczy (woj. świętokrzyskie).
- Ten pan, który z panem rozmawiał, nie wie, o czym mówi, twierdząc, że nie ma łączności radiowej. Jest radiostacja bazowa i sygnał z odbiorników, które są w wyposażeniu pracowników musi dochodzić do 40 km. Jeśli radio nagle mu wysiada, to znaczy, że kolega na poprzedniej zmianie nie naładował mu baterii, co należy przecież do jego obowiązków. W związku z tym to już nie do mnie pretensja - powiedział dyrektor Artur Choroś. Wyjaśnijmy, że ochroniarze pracują w systemie 12+12+2 dni wolne. Najpierw przychodzą na dzienną zmianę, następnego dnia na 12-godzinną zmianę nocną i 2 dni odpoczywają. Po zakończeniu zmiany strażnik ma obowiązek naładować swój odbiornik radiowy, gdyż później będzie on wykorzystywany przez kolegę z innej zmiany.
Co do odzieży roboczej Artur Choroś zapewnia, że każdy dostaje ją z licencjonowanego, spełniającego wymogi, źródła. Jedyny przypadek, że pracownik nie ma przez 2-3 dni nowej odzieży może być taki, że źle podał swój rozmiar, np. wpisał kurtkę XL, a w rzeczywistości nosi XXL. Ze względu zaś na to, że odzież robocza musi spełniać wymogi, gdyż żąda tego zamawiający usługę, czyli Lafarge Polska, nowego kompletu ubrań w swoim rozmiarze pracownik od ręki nie otrzyma.
- Na komplet ubrań roboczych patrząc od góry składają się: czapka, koszula, spodnie, trzewiki, kurtka zimowa. To jest wymieniane co 2 lata - powiedział Piotr Paweł Szwech.
Wczasy pod gruszą
Kolejna sprawa, którą pracownik firmy Karor podnosi w rozmowie z nami, to kwestia funduszu socjalnego. Uważa, że faworyzowani są pracownicy ochraniający cementownię w Małogoszczy i to oni mają dofinansowanie do wypoczynku dla siebie, czy do kolonii dla dzieci. Natomiast pracownicy firmy ochraniający cementownię Kujawy - według naszego rozmówcy - na dofinansowanie wczasów pod gruszą nie mają szans. Dodajmy, że każdy pracodawca zatrudniający powyżej 20 osób ma obowiązek tworzyć fundusz socjalny.
Piotr Paweł Szwech uważa, że w zeszłym roku strażnicy cementowni Kujawy nie mieli wczasów pod gruszą, gdyż zostali w większości przejęci po Impelu. Pracownicy w Małogoszczy, a konkretnie ich związki zawodowe, zagwarantowały sobie w umowie z firmą dofinansowanie.
- Nie, to nie prawda. Każdy nasz pracownik, czy to w Małogoszczy, czy w Wapiennie i w innych zakładach może liczyć na wczasy w naszym ośrodku w Ustroniu w Beskidach. Ma prawo nasz pracownik do 2-tygodniowego turnusu wypoczynkowego, ale w jednym ciągu, a nie, że tydzień będę zimą na nartach, a tydzień pojadę na wczasy w góry. Ponadto jeśli rodzina pracownika liczy dużo dzieci i w przeliczeniu na osobę dochód nie jest duży, to dziecko może liczyć na dofinansowanie kolonii. Jednak w przypadku wczasów i kolonii trzeba pamiętać, że rozpatrujemy wnioski w kolejności. Wszystkich nie dofinansujemy, bo ten fundusz, to nie jest worek bez dna. Podobnie jeśli chodzi o nieoprocentowane pożyczki z tego funduszu socjalnego. Możemy podpisać umowę na pożyczkę na rok czy 10 miesięcy, na 1.000 czy kilka tysięcy zł. Ale nie na 100.000 zł, bo tyle nie ma w funduszu - powiedział Artur Choroś.
Zazdrość i zawiść
Ochroniarz w zakładach Kujawy ma też pretensje do dowódcy zmiany. - On dba tylko o siebie, a nie o ludzi, którymi kieruje. Jego podstawowy sposób motywowania do pracy to grożenie zwolnieniem. Niech nie będzie śmieszny. To nie on nas może zwalniać, bo on nie jest od tego - twierdzi strażnik z Karora.
Zdaniem Artura Chorosia te pretensje pokazują, że problem nie leży po stronie pracodawcy, a w stosunkach międzyludzkich wśród pracowników. - Oczywiście dowódca zmiany nie ma prawa mówić coś o zwolnieniach, bo od tego nawet nie byłby dyrektor, a specjalnie powołana komisja. Ale też dowódca zmiany jest przełożonym służbowym i trzeba go słuchać. A zwolnić to można za kradzież. Zresztą w ślad za prawomocnym wyrokiem w związku z przestępstwem przeciwko zdrowiu, albo mieniu popełnionym niekoniecznie w pracy, traci się licencję ochroniarza, a więc automatycznie traci się też stanowisko. Można też zwolnić w ślad za artykułem 52 kodeksu pracy, bądź w przypadku przedłużającego się powyżej 180 dni zwolnienia chorobowego, ale na pewno nie są to narzędzia, którymi dowódca zmiany może budować swój autorytet. Uważam, że to te relacje międzyludzkie, zawiść i zazdrość wywołują pretensje, którymi chce się później obarczać, zrzucać je na kierownictwo firmy. Zresztą ja bezustannie dostaję różne tego typu anonimy. Nikt z pretensjami, czy to wobec kolegi, czy wobec firmy nie chce podpisywać się z nazwiska - mówi dyrektor.
Pracownik niezadowolony z dysponowania funduszem świadczeń socjalnych, albo respektowaniem przepisów bezpieczeństwa i higieny pracy, bądź uważający, że nie wyposażono go w narzędzia niezbędne do wykonywania powierzonych mu obowiązków, może zgłosić się z tymi problemami do Państwowej Inspekcji Pracy.
Karol Gapiński
Pałuki nr 937, (4/2010)
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze mogą dodawać tylko zalogowani użytkownicy.
Komentarze