9 grudnia w żnińskiej Bibliotece Publicznej odbyło się mikołajkowo-gwiazdkowe spotkanie Klubu Podróżnika. Tym razem „Niemieckie wybrzeża Bałtyku rowerem żninianina” zwiedzano z Markiem Kozłowskim, prezesem Klubu Sportowego „Szosa Żnin”.
Marek Kozłowski na wstępie spotkania powiedział jak zaczęła się jego przygoda z rowerem. – Pewnie jak w większości przypadków około 6 roku życia nauczyłem się jeździć rowerem. Potem ta przygoda znowu się odnowiła w momencie otrzymania roweru na komunię. To był mój drugi kontakt z rowerem. A potem już bardzo, bardzo długo się nie widzieliśmy z rowerem – stwierdził prelegent dodając, że dopiero jakieś siedemnaście lat temu te kontakty z rowerem odnowił, gdy dowiedział się, że ma problemy zdrowotne i do końca życia będzie musiał przyjmować lekarstwa na nadciśnienie. – Ale żeby nie dawać zarobić farmacji aż tak bardzo, postanowiłem wziąć sprawy w swoje ręce. Okazało się że coś takiego jak ruszenie się z kanapy i bardziej pilnowanie tego, co się je i co się robi pozwoliło doprowadzić do czegoś takiego, że zacząłem czuć się lepiej. Ale z tym spacerowaniem, trochę bieganiem, jakimś uprawianiem piłki nożnej nie do końca było mi po drodze. Postanowiłem sobie wymyśleć coś innego. Stąd pojawił się ten rower – usłyszano. Pan Marek kupił sobie najprostszy rower i po raz pierwszy przejechał się wokół Dużego Jeziora Żnińskiego. – Okazało się, że objazd koło Dużego Jeziora to nie jest taka prosta sprawa jak mi się wydawało, że będzie droga i ja sobie pojadę tą drogą. Można się zgubić, można wejść w trzciny, można wjechać w jakiś ciężki teren. Okazało się, że to jest całkiem duża wyprawa. Niby małe 14 kilometrów, ale jak na moje wtedy możliwości to była wyprawa – stwierdził pan Marek, który po niecałych dwóch latach postanowił zainwestować w kolejny rower, tym razem górski, aby móc wjechać wszędzie. Po kolejnych pięciu latach wymyślił sobie, że skoro jeździ już na rowerze, to może byłoby fajnie się z kimś pościgać. – I tak zacząłem sobie jeździć na wyścigi. Jak zacząłem jeździć na wyścigi to okazało się, że są też inne osoby, które też chciałyby się pościgać. Ale nie ma jakoś do tego okazji i jak się zebrać więc w tej grupie, z którą na początku jeździliśmy, pojawił się pomysł, żeby pojechać na pielgrzymkę rowerową na Jasną Górę do Częstochowy. Wymyśliliśmy, że zbierzemy ekipę, pojedziemy na kilka dni, zobaczymy jak to będzie. To było bardzo fajne. Namawiano mnie, żeby założyć klub wyścigowy w Żninie – powiedział prelegent i dodał, że przy pomocy kilku osób, w tym burmistrza Żnina Łukasza Kwiatkowskiego, narodził się Klub Sportowy „Szosa Żnin”, który w 2025 roku obchodzić będzie 10-lecie istnienia.
Zawody kolarskie pochłaniały dużo czasu i jak stwierdził pan Marek, w domu był gościem. Do tego dochodziły też jakieś kraksy rowerowe. – Denerwowało to moją żonę, a ja stwierdziłem wtedy, że mogę sobie pozwolić na coś innego, czyli wymyśliłem sobie, że fajnie byłoby coś zobaczyć na tym rowerze. I stąd pojawiły się jakieś pomysły na wspólne wyprawy. Najwięcej chyba pojechałem z Markiem Nowakiem, wymyślaliśmy sobie jakieś różne kierunki. Pojechaliśmy sobie do Berlina, do Pragi, jeździliśmy sobie trochę po kraju. Ja objechałem właściwie większość Podlasia, zjechaliśmy sobie góry. Tak zacząłem sobie jeździć – usłyszano.
Po zjechaniu polskiego wybrzeża narodził się pomysł, aby zobaczyć, co jest w drugą stronę. – Jak dojechaliśmy z żoną do miejscowości Piaski to okazało się, że tam jest granica z Rosją i tam już nie bardzo można dalej rowerem pojechać. Może jeszcze kiedyś się uda, ale niekoniecznie teraz. No i wymyśliłem sobie, że fajnie byłoby pojechać może w drugą stronę i zobaczyć jak jest w Niemczech – powiedział prelegent. I tak z dwoma kolegami wyruszył rowerem po niemieckim nabrzeżu Bałtyku.
Każda poprzednia wyprawa rowerowa rozpoczynała się w Żninie, ale tym razem było odwrotnie. Najpierw przetransportowali rowery do Szczecina, a stamtąd pociągiem zamierzali dotrzeć do Lubeki, by z niej już rowerami wyruszyć niemieckim nabrzeżem Bałtyku do Polski. Nie obyło się bez problemów, ale ostatecznie udało się plan zrealizować. – Dojechaliśmy do tej Lubeki i okazało się, że tam już dużo osób przyjechało przed nami z tymi rowerami. Tam mnóstwo ludzi porusza się rowerami. Ja wiedziałem wcześniej, że ta kultura jeżdżenia rowerem w Niemczech jest bardziej rozwinięta niż u nas z tego względu, że jak jeździmy z żoną do Kołobrzegu czy tutaj do tych naszych miast nadmorskich, to jest bardzo dużo Niemców z rowerami. I to nie są ludzie, którzy są przypadkowi, bo widać chociażby po wyposażeniu, że pierwszy raz tego nie robią - powiedział Marek Kozłowski.
Z opóźnieniem ponad dwugodzinnym rozpoczęła się wyprawa z Lubeki, podczas której żninianie zobaczyli wiele ciekawych miejsc, poznali krajobraz i niemiecką nadmorska architekturę. – W Niemczech jak jest zabudowa to wszystko jest równe. To są zabudowania stare, nie ma nic takiego architektonicznego, że nagle jakiś dziwny budynek szklany wyrasta jakiejś tam dziwnej formy, nie wiadomo skąd, bo właściciel zapłacił i akurat chciał mieć szklany wieżowiec w tym miejscu. Nie, tam jest to bardzo pilnowane i cały czas do tego lasu, który dzieli nas do Świnoujścia to wszędzie jest zwarta zabudowa jednego gatunku – usłyszano. Drogi rowerowe nie są tam najlepsze, właściwe jak stwierdził prelegent: - To są drogi najgorszego gatunku jakie spotkaliśmy w części zachodniej Niemiec.
Pogoda też bywała kapryśna, a Bałtyk, jak w Polsce, okazał się zimny. – Mega mocno wiało. Przez całą podróż wiatr był ze wschodu czyli idealnie chłodzący wiatr do jazdy – usłyszano.
Żninianie przejeżdżając przez Boltenhagen zwrócili uwagę na zabudowę, która nieco różniła się od niemieckiej. W Internecie wyczytali, że w zachodnich miejscowościach nadmorskich Niemiec zachowały się jakieś pozostałości po Danii, a więc akcenty skandynawskie. – To po prostu była bardziej Dania niż Niemcy stąd zabudowa i nazwiska na domach to na pewno nie były niemieckie, a już na pewno nie do wymówienia przez przeciętnego Niemca – powiedział Marek kozłowski.
Dalej wyprawa wiodła przez Wismar – wielkie portowe miasto z jego regularną starówką z kolorowymi i bogato zdobionymi fasadami domów. Tam w hostelu spędzili nocleg, który był najdroższym na całym etapie podróży. Podróżnicy zawitali też po drodze na wyspę Poel i do wielu innych małych miejscowości na niemieckim nabrzeżu (m. in. do Barth, Stralsund, Greifswald i na wyspę Uznam). - W tych Niemczech zachodnich wszystko jest bardzo zorganizowane turystycznie. Nie ma czegoś takiego jak u nas, że jedziesz długo, długo do tych Piasków i nic nie ma po drodze. Tam tak nie jest. Jak jest miejscowość to natychmiast jest jakaś baza restauracji, hoteli i tak dalej. Ale jest też problem dla nas jeżdżących na rowerach i szukających przygody, bo nie ma czegoś takiego jak zwykły sklep. Nie ma czegoś takiego, że możesz sobie podjechać do sklepu, kupić drożdżówkę, zjeść, porozmawiać z panią, zapytać, gdzie jest następny jakiś punkt sklepowy – usłyszano.
Wyprawa była ciekawa i pełna przygód. Żninianie przeżyli wiele ciekawych jak i nerwowych chwil, m. in. związanych z transportem rowerów do Niemiec i z Niemiec do Polski, czy naprawą rowerów, ale jak powiedział Marek Kozłowski, było warto. Podczas wyprawy najwięcej zjedli buł śledziowych. – Stwierdziłem, że to było najmniej szkodliwe, najlepsze, najtańsze – powiedział prelegent dodając, że nie będzie już nigdy podczas wypraw czynił eksperymentów jedzeniowych.
Z Niemiec żninianie promem wrócili do Świnoujścia, a stamtąd pociągiem do Szczecina i następnie do Poznania. Po powrocie do domu zrodził się pomysł, że fajnie byłoby się tą wyprawą z kimś podzielić i tak trafił do Klubu Podróżnika.
Prelegent ma już plany rowerowe na kolejny rok. Zamierza wyruszyć na Litwę do miast partnerskich Żnina.
Po spotkaniu długo jeszcze dyskutowano z Markiem Kozłowskim o rowerowej wyprawie i oglądano jego rower, którym przemierza świat. Tradycyjnie już podróżnik zaznaczył swój podróżniczy ślad na mapie Klubu Podróżnika w żnińskiej książnicy.
Barbara Filipiak
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze mogą dodawać tylko zalogowani użytkownicy.
Komentarze