Reklama

Profesor Zygmunt Waźbiński podążał śladami mistrzów włoskiego renesansu

Po studiach wraz z kolegami wyruszył rowerem na wycieczkę po Europie. Widok zabytków we Włoszech wzbudził w nim zainteresowanie sztuką, której badaniu poświęcił następnych kilkadziesiąt lat życia. Jako światowego formatu znawca renesansowej sztuki włoskiej, nigdy nie zatracił skromności i pokory wobec przedmiotu swoich badań: - Jest we Florencji coś szczególnego, czego nadal po tylu latach badań i rozmyślań nie do końca rozumiem - mówił pochodzący ze Żnina profesor Zygmunt Waźbiński.

Ojciec Zygmunta, Stefan Waźbiński, który pochodził z Kostrzyna (pow. poznański) w Wielkopolsce, nie miał spokojnej młodości. W okresie I wojny światowej trzykrotnie musiał służyć w różnych siłach zbrojnych na kilku frontach. Najpierw w pruskiej armii. Potem w Powstaniu Wielkopolskim. Na koniec wstąpił do Wojska Polskiego i brał m.in. udział w wojnie polsko-bolszewickiej. Po zakończeniu wojny Stefan Waźbiński kupił od Skarbu Państwa 20-hektarowe gospodarstwo w Żninie - istniejące do dziś, położone w miejscu określanym dawniej mianem Dużej Osady, czyli przy drodze do Cerekwicy, którą dla upamiętnienia daty wyzwolenia miasta w 1919 roku przez powstańców wielkopolskich nazwano ulicą 1 Stycznia.
     W 1931 roku Stefan Waźbiński ożenił się z Anną Rogacką z Dolska (pow. śremski) w Wielkopolsce. Dwa lata później 30 stycznia 1933 roku na świat przyszedł pierworodny syn Zygmunt.

     WYSIEDLENIE NA MAZOWSZE

     Podobnie jak ojcu, także i jemu nie było dane mieć szczęśliwego dzieciństwa. Kiedy miał niespełna 7 lat wybuchła II wojna światowa. Do Żnina już we wrześniu 1939 roku wkroczyły niemieckie wojska, a 8 grudnia 1939 roku w mieszkaniu rodziny Waźbińskich pojawiło się trzech niemieckich funkcjonariuszy z krótkim rozkazem: Za trzy kwadranse na dworcu.
     Anna i Stefan Waźbińscy opuszczali dom wraz synami: Zygmuntem, Henrykiem (ur. 1935 r.) i Apolinarym (ur. 1937 r.). Anna Waźbińska była wtedy w siódmym miesiącu ciąży. Rodzina wraz z innymi wysiedlonymi, po kilkugodzinnej podróży pociągiem wysiadła na stacji w Mińsku Mazowieckim, który był miejscem pierwszego etapu wysiedleń z Pałuk. Waźbińscy trafili na początku do baraku, po czym zostali umieszczeni w budynku, gdzie stłoczono ich w jednej izbie z rodziną Mnichowskich (razem 10 osób). Przez ścianę sąsiadowała z nimi rodzina Hoffmannów. Nieco później rodzina zamieszkała na kilkumorgowym gospodarstwie z piaszczystą ziemią we wsi Chmielew (40 km na wschód od Warszawy), gdzie w 1940 roku urodził się - mieszkający w Żninie do dziś brat Zygmunta - Józef Waźbiński.
     Siedmioletni Zygmunt rozpoczął swą edukację w oddalonej o 3 km szkole w Mariance. Klasy były łączone po dwie. Około 150 dzieci uczyło tam zaledwie 4 nauczycieli, w tym wysiedlona z Wielkopolski pani Staszkiewiczowa. Z programu nauczania usunięto historię i geografię, ale naukę tych przedmiotów dla grup ochotników realizował osobno jeden z nauczycieli. Zygmunt uczęszczał tam do wszystkich dostępnych klas, których było 6, co oznaczało wtedy ukończenie pełnej szkoły podstawowej.
     Z tego okresu głęboko w pamięci utkwiły mu swąd i łuna unosząca się nad Warszawą po wybuchu powstania w sierpniu 1944 roku, o czym wiele lat później pisał w mailu do brata Apolinarego: Pamięć o tym wydarzeniu wracała z całym okrucieństwem zwłaszcza wówczas, ilekroć stałem przed gigantycznym płótnem Picassa, znajdującym się w muzeum madryckim: „Guernica”. Ale wówczas uświadomiłem sobie, że było to zaledwie preludium do piekła, które przeżyło miasto i tysiące innych miejsc w Europie środkowej.

Reklama

     NAUKA TO PRZYSZŁOŚĆ

     Rodzina Waźbińskich wróciła do Żnina wiosną 1945 roku. Z Mazowsza jechali małym wozem ciągniętym przez starą szkapę. Na miejscu okazało się, że rodzinne gospodarstwo zostało mocno splądrowane i wymagało dużych nakładów pracy, aby przywrócić je do normalnego funkcjonowania. - Gospodarstwo było kompletnie rozgrabione i zaczynaliśmy od zera w tych ciężkich czasach. Pracowaliśmy przed i po szkole, żeby pomóc rodzicom - wspomina najmłodszy z rodzeństwa Józef Waźbiński, który do dziś pracuje na tym gospodarstwie.
     Natychmiast też rodzice zapisali synów do szkoły. - Rodzice przywiązywali dużą wagę do edukacji swych dzieci. Ojciec umieścił nas w szkole, gdy tylko było to możliwe. Zygmunt poszedł bezpośrednio do gimnazjum. Tu trafił jeszcze w ręce przedwojennej kadry nauczycielskiej: państwa Piotrowiczów, Stanisława Synaka i innych. Dodatkowo pobierał lekcje francuskiego u pani Marii Dziembowskiej. Gimnazjum było wówczas prywatne i za naukę trzeba było płacić czesne. Ojciec z uporem powtarzał: „gospodarstwo musimy utrzymać, by przeżyć, ale bez szkoły nie macie przyszłości” - wspomina Apolinary Waźbiński, brat Zygmunta. - Pamiętam, jak tata mówił, że czasy są mitrężne, ale nigdy nie było takiego dostępu do szkół i należy z tego korzystać - dodaje Józef Waźbiński.
     Mimo że Zygmunt nie unikał pracy w gospodarstwie i pomagał rodzicom, do rolnictwa raczej wielką miłością nie pałał, co potwierdzają słowa jego brata Apolinarego: - Po powrocie do Żnina, Zygmunt podjął poważną naukę w gimnazjum, a przyziemne, codzienne obowiązki przechodziły stopniowo na młodszych. Wydaje mi się, że rodzice dostrzegli, iż Zygmunt zapewne rolnikiem nie będzie, zwłaszcza, że przecież ma za sobą trzech młodszych pretendentów do tytułu dziedzica na ojcowiźnie.
     Zygmunt Waźbiński ukończył Gimnazjum im. Braci Śniadeckich w 1952 roku, zdając maturę z wyróżnieniem. - Jeśli chodzi o gimnazjum, to Zygmunt siedział ławkę przede mną. Pamiętam, że był bardzo dobrym polonistą. Mieliśmy język polski z profesor Piotrowiczową i na lekcjach Zygmunt przy różnych tematach przedstawiał swój punkt widzenia, miał swoje kontrowersyjne wypowiedzi, a pani profesor przez taką dyskusję prowadziła do tego, aby wyszło na to, co chciała nam przekazać - wspomina kolega z klasy Henryk Owsianny, dodając, iż Zygmunt Waźbiński lubił jeszcze historię, za to nie przepadał za matematyką, której z kolei nauczał dyrektor szkoły Roman Piotrowicz. - Zygmunt żartował, że z jego powodu między Piotrowiczami dojdzie do rozwodu, gdyż profesorowa bardzo go lubiła jako ucznia, a z matematyką u profesora miał problemy - wspomina Józef Waźbiński.

Reklama

Maturzyści żnińskiego LO z rocznika 1952 wraz z kadrą szkoły. Siedzą od lewej: Franciszek Nowak (opiekun klasy - komitet rodzicielski), Józef Kowalski (przysposobienie wojskowe), Tadeusz Talarczyk (wychowanie fizyczne), Roman Zarada (komitet rodzicielski), Antoni Wiliński (biologia, chemia), Krystyna Gawełda (wychowanie fizyczne), Marian Gawełda (matematyka), Hieronim Gramlewicz (historia, nauka o Polsce), Roman Piotrowicz (matematyka, astronomia), Irena Kittelowa (język rosyjski), Stanisław Synak (język łaciński, grecki, niemiecki), Łucja Abramowicz (język polski, historia), Maria Dziembowska (język francuski), Edwin Kaźmierczak (komitet rodzicielski). W środkowym rzędzie stoją od lewej: Jan Nogalski, Marcin Małecki, Danuta Nyka, Genowefa Wesołowska, Zdzisława Musiał, Elżbieta Skibińska, Danuta Nowak, Wanda Brodowicz, Anna Falarz, Helena Małecka, Halina Musiał, Waleria Klawińska, Krystyna Krzycka, Katarzyna Posadzy, Cecylia Rumińska. W górnym rzędzie stoją od lewej: Zygmunt Waźbiński, Zbigniew Gęsiński, Kazimierz Kopczyński, Henryk Owsianny, Franciszek Resiak, Marian Ratajczak, Józef Lisiecki, Tadeusz Żurawski, Michał Wiśniewski, Stanisław Musiał, Józef Słomkowski, Stanisław Nyka. Na zdjęciu brakuje: nauczycieli - Jadwigi Piotrowiczowej (język polski), Haliny Poniatowskiej (język angielski), Wiktorii Szczurowskiej (historia) oraz maturzystów - Tadeusza Brzozowskiego i Edmunda Kicińskiego. fot. archiwum Apolinarego Waźbińskiego    


     W tym samym roku Zygmunt Waźbiński rozpoczął studia na Wydziale Polonistyki Uniwersytetu Warszawskiego. Na pożegnanie przed wyjazdem do stolicy koledzy z gimnazjum ułożyli wierszyk, nawiązujący do jego wysokiego wzrostu, gdyż mierzył sobie niemal dwa metry: Dwóch wielkich ludzi wydał ród żniński, jeden był Klemens Janicki, a drugi Zygmunt Waźbiński.
     Wyjazd najstarszego syna na studia przysporzył rodzinie i jemu samemu niemałych kłopotów i komplikacji. - Ojciec jako właściciel prywatnego gospodarstwa był traktowany przez komunistyczne władze jako kułak, dlatego Zygmunt, żeby się dostać na studia, pracował w PGR w Cerekwicy. Potrzebował dokument potwierdzający, że tam pracował, aby nie mieć nic wspólnego z ojcem - zaznacza Józef Waźbiński. Z tej też przyczyny paczki przesyłane później do Zygmunta do Warszawy nie były nadawane przez rodzinę. - Trzeba było zataić kontakt z rodziną. Tata wysyłał nas do obcych ludzi z paczką, żeby ją wysłali do brata - wspomina Józef Waźbiński.

Reklama

WE WSPOMNIENIACH ERNESTA BRYLLA

     Jednym z kolegów Zygmunta Waźbińskiego na roku był Ernest Bryll, początkujący poeta, przyszły dziennikarz, tłumacz i krytyk filmowy, autor tekstów piosenek i ambasador RP w Irlandii.
     O przyjacielskich stosunkach, które ich łączyły, świadczą słowa Ernesta Brylla, zamieszczone na jego oficjalnej stronie internetowej, w których wspomina studenckie, ale i późniejsze kontakty z Zygmuntem Waźbińskim. W swych barwnych wspomnieniach Ernest Bryll ani razu nie wymienia nazwiska Waźbiński, pisząc o swoim koledze wyłącznie per Zygmunt. Przytaczane przez poetę fakty nie pozostawiają jednak wątpliwości, jaka osoba kryje się pod tym imieniem: Zygmuś był ze Żnina. Czy też z okolic słynnej miejscowości, gdzie ongiś narodził się nasz pierwszy, znany w historii inteligent, który wyszedł z chłopskiej chałupy, czyli Klemens Janicki - pisze na swojej stronie Ernest Bryll.
     Przez pewien czas Zygmunt Waźbiński mieszkał z Ernestem Bryllem w jednym pokoju w akademiku przy ulicy Narutowicza. Była to duża dwunastoosobowa sala.
     Pobyt na studiach w tamtym okresie, przypadający akurat na apogeum zimnej wojny, wiązał się za to z odbywaniem cotygodniowych zajęć w ramach studium wojskowego. Ernest Bryll tak pisze o tym obowiązku: To było przekleństwo każdego tygodnia. Co wtorek trzeba było zrywać się przed świtem z łóżek i jesienią w deszczu, czy zimą mroźną, wędrować daleko - wspomina Ernest Bryll. W jego opowieści dotyczącej zajęć z wojskowości znalazł się także malowniczy opis Zygmunta Waźbińskiego: Zygmuś stał się wynalazcą w walce o każdą minutę ciepła. Stąd nie myliśmy się. Na stroje nocne wkładaliśmy dzienne i tak, jeszcze przynajmniej teoretycznie odziani w skórę naszych snów, wędrowaliśmy na wojnę. Zygmuś walił krokiem ogromnym. Ten chłopski syn ze Żnina był wysoki, tykowaty. Stopy olbrzymie. Łapy jak łopaty. Czupryna zmierzwiona dziko. Twarz długa kanciasta. Wielkopolsko-sielska.
     Z czasem Zygmuntowi Waźbińskiemu udało się uniknąć kontynuowania zajęć w ramach studium wojskowego, w czym pomógł mu jego wysoki wzrost. - Studenci, jak to studenci, robili różne żarty. Zygmunt pewnego razu założył zbyt małe ubranie wojskowe, a że był bardzo wysoki, wyglądał dość śmiesznie. Uznane to zostało za przynoszenie wstydu i niegodne wojska, dzięki czemu później nie musiał uczęszczać na te zajęcia - z uśmiechem wspomina wdowa po profesorze Barbara Waźbińska.

Reklama

Zygmunt Waźbiński (z lewej) z żoną Barbarą odprowadzani po odwiedzinach u rodziców w Żninie w 1962 roku. Z prawej Józef Waźbiński prowadzący do dziś widoczne w głębi gospodarstwo rodzinne.  fot. archiwum Apolinarego Waźbińskiego

POŁĄCZENI TURYSTYCZNĄ PASJĄ

     Jeszcze w czasie studiów Zygmunt Waźbiński poznał swoją przyszłą żonę Barbarę (z domu Kacprzak), wówczas studentkę architektury na Politechnice Wrocławskiej. - Poznaliśmy się w czasie jednego ze spotkań studenckich we Wrocławiu. Oboje byliśmy trampami, włóczyliśmy się po kraju i tak trafiliśmy na siebie. Muszę powiedzieć, że mieliśmy to szczęście, że mieliśmy siebie i zawody, które kochaliśmy. No i pasję turystyczną. Zwiedziliśmy razem wiele miejsc, między innymi Mazury, a chodziliśmy pieszo - opowiada Barbara Waźbińska.
     Na ostatnim roku studiów, wiosną 1956 roku, zakochani studenci postanowili wziąć ślub. Odbył się on w Urzędzie Stanu Cywilnego we Wrocławiu. Barbara Waźbińska od swojej pierwszej wizyty w Żninie była zauroczona miastem, jak i jego okolicą. Zachwyt ten wkrótce nabrał praktycznego wymiaru. - Żnin to piękna historia i piękne położenie. Dlatego wybrałam to miejsce jako przedmiot swojej pracy dyplomowej. W tym celu przemierzyłam pieszo trasę z Gąsawy do Żnina, żeby wytyczyć szlak turystyczny, a głównym celem projektu była przystań nad Małym Jeziorem Żnińskim - wspomina Barbara Waźbińska.

Reklama

ROWEREM KU SZTUCE NA PARYSKIEJ SORBONIE

     Zygmunt Waźbiński ukończył studia polonistyczne w 1956 roku, pisząc pod kierunkiem prof. Juliana Krzyżanowskiego pracę magisterską na temat twórczości Zofii Nałkowskiej. Jak pisał po jego śmierci we wspomnieniowym artykule w Biuletynie Historii Sztuki prof. Uniwersytetu Mikołaja Kopernika Ryszard Mączyński: Odbyte przezeń studia polonistyczne stworzyły solidny fundament wiedzy humanistycznej, ale celem ostatecznym okazała się historia sztuki. Po studiach Zygmunt Waźbiński przez rok współpracował z redakcjami różnych gazet, zajmując się publicystyką literacką.
     W 1957 roku wraz z trzema kolegami ze studiów zorganizował rowerową wycieczkę po Europie. Najpierw trafili do słonecznej Italii, gdzie przebywali około pół roku. - Często zatrzymywali się przy klasztorach, aby przenocować lub coś zjeść. Zygmunt zwiedzając Włochy i obserwując zabytki, właśnie tam zaraził się sztuką - podkreśla Józef Waźbiński.
     Młodzi ludzie, zachłyśnięci wolnością zachodniej Europy, stanęli nagle wobec problemów codziennego życia: gdzie mieszkać, czym się zająć, z czego się utrzymywać w obcym kraju? Ponieważ każdy z nich wyobrażał sobie swoje dorosłe życie inaczej, z czasem grupa uległa rozproszeniu. - Zygmunt imał się różnych przyziemnych zajęć, ale miał klarowniejszą wizję podróży, która poprzez włoskie i francuskie muzea prowadziła na studia z zakresu historii sztuki na paryskiej Sorbonie - wspomina jego brat Apolinary.

Reklama

Zygmunt Waźbiński w Ogrodzie Luksemburskim w Paryżu, rok 1961 w czasie studiów na Sorbonie   fot. archiwum Józefa Waźbińskiego

     - Po przyjeździe z Włoch do Paryża młody Waźbiński zapisał się na Sorbonę: nie znał języka, nie miał pieniędzy, nie miał przyjaciół i nikogo, kto pomógłby mu na starcie. Nocami pracował przy rozładunku barek nad Sekwaną, obsługując targ owocowo-warzywny. W przerwach czytał francuską klasykę i na niej uczył się języka. Pamiętam, jak opowiadał o mękach przy „Pani Bovary”. W ciągu dnia uczęszczał na zajęcia. Później, gdy przeszedł na II rok studiów i coraz pewniej czuł się językowo, obsługiwał wycieczki przyjeżdżające do Paryża, w wakacje jeździł w dłuższe trasy, na przykład szlakiem zamków nad Loarą. W tym czasie wynajmował niewielki pokój. Wiem, że często nie dojadał, dla zagłuszania głodu palił „Gauloises”, później też fajkę. Z sekretariatu wychodził tyłem, żeby sekretarka nie widziała zdartych pięt na butach. We wdzięcznej pamięci przechowywał gesty wykładowców, którzy co jakiś czas zapraszali jego grupę seminaryjną na obiad - wspomina najtrudniejszy okres pobytu Zygmunta Waźbińskiego w Paryżu jego studentka, a po obronie doktoratu najbliższa współpracowniczka z Katedry Historii Sztuki na UMK, Anna Maria Lepacka. - Był niezłomny, ambitny, pracowity, dzięki czemu udało mu się to wszystko przetrwać. Na drugim roku otrzymał stypendium i już było lepiej. W tym czasie odwiedził go tam malarz Tadeusz Małachowski, który po powrocie opowiadał zatroskanym rodzicom, że Zygmuntowi całkiem dobrze się powodzi - podkreśla Józef Waźbiński.
     Zygmunt Waźbiński był bardzo dobrym studentem. Świadczy o tym wysoko oceniona praca (wydana drukiem we Włoszech) poświęcona włoskiemu malarzowi okresu renesansu Bernardo de Parenzo, a także fakt, iż kończąc w 1961 roku studia na paryskiej Sorbonie otrzymał tam propozycję napisania rozprawy doktorskiej.

Reklama

TO CO ROZWICHRZONE, STAŁO SIĘ SZLACHETNE

     Niestety, nie było mu dane doktoryzować się w Paryżu. - Gdy uzyskał zapewnienie naszego konsulatu, że nie ma przeszkód, by w tym celu tam wrócić, zapragnął odwiedzić rodzinę w kraju. Na polskiej granicy doświadczył przykrej niespodzianki: zabrano mu paszport, a więc pozbawiono prawa wyjazdu za granicę - wyjaśnia okoliczności utraty przez brata szansy na napisanie doktoratu w Paryżu Apolinary Waźbiński. - Był na tyle naiwny, że wrócił - podsumowuje całą sytuację Barbara Waźbińska, która kilka lat musiała czekać na spotkanie z mężem (jej wyjazd z Polski został skutecznie zablokowany przez brak zgody ze strony komunistycznych władz na wydanie paszportu). Po jego powrocie do kraju ślub cywilny został przypieczętowany sakramentem małżeństwa zawartym w kościele.
     Rezultatem opieki ze strony władz po powrocie z Paryża była m.in. niemożność znalezienia przez Zygmunta Waźbińskiego zatrudnienia w instytucjach publicznych. W tym trudnym okresie po powrocie z Francji, w 1962 roku odwiedził w Otwocku swojego przyjaciela z polonistycznych studiów Ernesta Brylla, któremu, jak wynika ze wspomnień, też się wówczas nie przelewało, gdyż sam poszukiwał pracy. Mam lat trzydzieści prawie. Mam dwupokojowe mieszkanie. Z ciepłą wodą raz na tydzień. No i odwiedza mnie nagle Zygmunt. Gość z dalekich Włoch, znawca muzeów Italii, Francji! Siedzimy, gadamy. Ja trzymam dziecko na rękach i karmię z butelki. Zygmunt robi mi zdjęcie. My, z Zygmusiem, jesteśmy ocaleni. Zygmunt jest bardzo znanym specjalistą od malarstwa. Autorem paru świetnych książek. Profesorem. Tak, stoi obok, ten sam Zygmunt a nie ten sam. Na jego postaci można malarsko udowadniać, jak wielka wędrówka po krainach sztuki zmienia fizycznie człowieka. Nie, nie zmienia. Zygmunt jest ten sam. Ale to, co było rozwichrzone, niezdarne w jego postaci, jest teraz szlachetne - relacjonuje spotkanie Ernest Bryll.

BADACZ RENESANSOWEJ SZTUKI WŁOSKIEJ  

  Mimo znakomitego wykształcenia, w 1962 roku zatrudnienia w muzeum czy na uniwersytecie Zygmunt Waźbiński nie znalazł. Rozpoczął pracę w jednej z warszawskich bibliotek.
     Jednocześnie, pod kierunkiem najwybitniejszego polskiego historyka sztuki prof. Jana Białostockiego z Uniwersytetu Warszawskiego, przygotowywał pracę doktorską Renesansowy akt wenecki, problemy teorii i sztuki, którą obronił w 1966 roku. Była to jego pierwsza, ważna publikacja na temat włoskiego renesansu, który stał się jego naukową pasją, zajmującą go przez resztę życia, dzięki czemu z czasem jako badacz tej epoki zyskał światowy autorytet. - Z przekąsem mówił do nas, że każdy szanujący się historyk sztuki musi napisać coś o Leonardzie, Michale Aniele i Rafaelu - podkreśla dr Lepacka.
     Uzyskanie przez Zygmunta Waźbińskiego tytułu doktora zbiegło się w czasie z przyznaniem mu nagrody Stowarzyszenia Historyków Sztuki za rozprawę dotyczącą Albrechta Dürera. Powyższe osiągnięcia naukowe sprawiły, że znalazł wreszcie pracę zgodną z kierunkiem jego wykształcenia i z tym, czym chciał się w życiu zajmować.

Reklama

Książka Zygmunta Waźbińskiego „Malarstwo quattrocenta” z 1972 roku, stała się lekturą obowiązkową dla studentów historii sztuki

     W lutym 1966 roku Zygmunt Waźbiński został zatrudniony na stanowisku starszego asystenta, a później adiunkta na Wydziale Sztuk Pięknych Uniwersytetu Mikołaja Kopernika w Toruniu. - Męża odważył się zatrudnić profesor Kazimierz Malinowski - z wdzięcznością wspomina Barbara Waźbińska. W tym czasie Zygmunt Waźbiński prowadził badania nad włoskim renesansem, czego efektem była rozprawa Giorgio Vasari - twórca nowożytnej historiografii sztuki. Stała się ona podstawą do uzyskania w 1974 roku tytułu doktora habilitowanego. W 1986 roku został profesorem nadzwyczajnym UMK w Toruniu, natomiast zwieńczenie jego naukowej kariery przypadło na rok 1991, kiedy uzyskał tytuł profesora zwyczajnego. - W swojej pracy naukowej traktował źródła pisane jako ważny element pracy nad dziełem sztuki. Liczyło się dla niego dzieło twórcy i dokument. Fascynował go Leonardo, w którego czasach, w epoce renesansu, rysunek stał się koncepcją intelektualną związaną z myślą i świadomą intencją twórcy. To koncepcja myśl i ręka. Tworzyła się wówczas nowa świadomość twórcy nowożytnego - nakreśla zasadnicze pole naukowych dociekań profesora dr Lepacka.
     Osiąganie kolejnych szczebli w naukowej karierze nie przeszkadzało Zygmuntowi Waźbińskiemu w wypełnianiu obowiązków administracyjnych na uczelni. W Instytucie Zabytkoznawstwa i Konserwacji w latach 1975-1998 pełnił obowiązki kierownika Zakładu Muzealnictwa, a w latach 1981-1984 był równocześnie dyrektorem tego Instytutu. Dodatkowo w latach 80. był przedstawicielem Wydziału Sztuk Pięknych do Senatu UMK. Pełnienie tych funkcji łączył z aktywną działalnością w różnych gremiach naukowych, głównie zaś międzynarodowych. Był m.in. członkiem Towarzystwa Naukowego w Toruniu, ale i rad naukowych instytucji funkcjonujących w Rzymie (Bibliotheca Hertziana) czy Florencji (Accademia del Disegno), gdzie uhonorowano go Medalem Giorgio Vasariego, który sobie bardzo cenił.

Reklama

TWÓRCA KATEDRY HISTORII SZTUKI I KULTURY 

Największym sukcesem organizacyjnym Zygmunta Waźbińskiego było jednak utworzenie w 1997 roku Zakładu Historii Sztuki i Kultury na Wydziale Nauk Historycznych UMK w Toruniu, który 4 maja 1999 roku został przekształcony w Katedrę Historii Sztuki i Kultury, stając się samodzielną jednostką WNH. Zygmunt Waźbiński był jej pierwszym kierownikiem. - Nie ulega wątpliwości, że bez powszechnego uznania, jakim cieszył się profesor, takie przedsięwzięcie skazane byłoby na porażkę - wspominał w mowie pożegnalnej dziekan WNH prof. Jacek Gzella. - Stworzył Katedrę, gdyż traktował historię sztuki szeroko, jako kierunek historyczny, humanistyczny, a nie jako stricte artystyczny przy sztukach pięknych. Widział historię sztuki nie w sensie przyczynkowym, ale jako odrębną dziedzinę humanistyki - wskazuje motywacje profesora dr Lepacka.
     Wykładowcami w nowo powstałej Katedrze, których zebrał u swego boku Zygmunt Waźbiński, byli czołowi przedstawiciele polskiej humanistyki, profesorowie: Sergiusz Michalski, Krzysztof Pomian, Wojciech Bałus, Marian Kutzner, Tadeusz Żuchowski, Piotr Juszkiewicz, Jarosław Jarzewicz, Jan Harasimowicz.
     Jako kierownik Katedry, Zygmunt Waźbiński potrafił ściągnąć do Torunia nie tylko polskich profesorów. Na zainicjowane przez niego już w 1999 roku coroczne konferencje międzynarodowe poświęcone sztuce nowożytnej, w szczególności zaś włoskiej, przyjeżdżali wybitni specjaliści z różnych państw zajmujący się zagadnieniami artystycznymi minionych epok, co pozwoliło nawiązać toruńskim naukowcom ściślejszą współpracę z zagranicznymi ośrodkami uniwersyteckimi.
     Zresztą wysoka pozycja prof. Zygmunta Waźbińskiego w europejskim środowisku historyków sztuki była już dawno ugruntowana. Zasłużył sobie na nią przede wszystkim dwoma wybitnymi pracami, wydanymi i wielokrotnie cytowanymi we Włoszech. Pierwszą z nich była dwutomowa, prekursorska monografia akademii florenckiej z roku 1987, drugą natomiast monumentalna rozprawa z 1994 roku dotycząca mecenatu artystycznego kardynała Francesca Marii del Monte, która zasadniczo zmieniła sposób patrzenia historyków sztuki na życie i twórczość malarza Michelangelo Caravaggia. Obie przytaczane są jako prace o wielkim znaczeniu, zarówno w sensie materiałowym, jak i analitycznym. Właśnie tymi książkami Zygmunt Waźbiński wszedł do głównego nurtu światowej historii sztuki i w nim na długie dekady już pozostanie - tak zaprocentowała jego odwaga podejmowania zagadnień trudnych, a zarazem centralnych dla wielkich okresów twórczości artystycznej - zaznacza prof. Sergiusz Michalski z Instytutu Historii Sztuki Uniwersytetu w Tybindze.


Przedstawiona w Biuletynie Historii Sztuki lista publikacji prof. Zygmunta Waźbinskiego, opracowana przez dr Annę Marię Lepacką, obejmuje 183 pozycje. Jako wybitny znawca historii sztuki nowożytnej (zwłaszcza włoskiej), ale także kolekcjonerstwa, muzealnictwa, mecenatu i krytyki artystycznej, opublikował dziesiątki artykułów w czasopismach naukowych oraz kilka pomnikowych rozpraw. Do najważniejszych z nich należą: „Renesansowy akt wenecki”, „Malarstwo quattrocenta”, „Boticelli”, „Vasari i jego dzieje Sztuk rysunku”, „Vasari i nowożytna historiografia sztuki. Antologia”, „Peter Paul Rubens”, „L’ Accademia Medicea del Disegno a Firenze nel Cinquecento: idea e istituzione”, „Il cardinale Francesco Maria del Monte (1549-1626)”, „Muzeum i zbiory artystyczne epoki nowożytnej. Wiek XV i XVI”. 

Reklama

LEPIEJ ZNANY WE FRANCJI I WE WŁOSZECH

     Profesor Zygmunt Waźbiński zmarł 7 maja 2009 roku w wieku 76 lat. Urna z jego prochami została złożona w grobie rodzinnym żony na cmentarzu w Kutnie.
     Zygmunt Waźbiński swoją śmiercią pozostawił w smutku trzech braci, żonę Barbarę, córkę Marię, która idąc tropem ojca ukończyła Wydział Sztuk Pięknych UMK oraz ukochaną wnuczkę Katarzynę, kontynuującą z kolei tradycję naukową po babci, gdyż studiuje obecnie architekturę na Uniwersytecie w Brighton w Anglii.
     Za osiągnięcia naukowe profesor otrzymał m.in. Krzyż Kawalerski Orderu Odrodzenia Polski, a gdy odchodził na emeryturę, został uhonorowany Medalem za Zasługi dla UMK.
     - Zygmunt był znakomitym historykiem sztuki, lepiej chyba znanym we Francji i we Włoszech niż w Polsce. Jego prace o akademii florenckiej i o kardynale Del Monte należą do klasyki historiografii sztuki włoskiej XVI-XVII w. Był też jednym z pionierów badań nad historią kolekcjonerstwa - pisał do pracowników Katedry na wieść o śmierci Zygmunta Waźbińskiego prof. Krzysztof Pomian.

ZARAŻENI FLORENCJĄ - WYCHOWANKOWIE I NASTĘPCY

     Zygmunt Waźbiński pozostawił swoich następców, zarówno na Wydziale Sztuk Pięknych, jak i na Wydziale Nauk Historycznych w Katedrze Historii Sztuki i Kultury UMK w Toruniu.
     Alicja Saar-Kozłowska, studentka i asystentka profesora, a obecnie wykładowca w Zakładzie Muzealnictwa Instytutu Zabytkoznawstwa i Konserwatorstwa na Wydziale Sztuk Pięknych UMK miała okazję poznać Zygmunta Waźbińskiego także z innej strony niż tylko jako wymagającego profesora. Nie mogłabym też nigdy zapomnieć Profesora na objeździe w Zamościu z naszym rokiem wieczorem na ślizgawce ani tego, kiedy potrafił podzielić się swoim śniadaniem, ani tego, kiedy, będąc na stypendium florenckiego Kunsthistorisches Instytut, pojechałam do Rzymu i zatrzymałam się kilka dni w mieszkaniu wynajmowanym przez Profesora i Jego żonę po to, by spełnić swoje marzenie prowadzenia pracy badawczej w sekretnym Archiwum Watykańskim. Spałam w jednym z pokoi pod płaszczem profesora, bo nie było innego wyjścia. To był rok 1987. Pobyt we Włoszech umożliwiało mi tylko stypendium, w zdobyciu którego Profesor mi dopomógł - z wdzięcznością wspomina Alicja Saar-Kozłowska.
     O pomocy udzielanej studentom przez Zygmunta Waźbińskiego, także z wykorzystaniem innych członków rodziny, wspomina jego brat Apolinary: Gdy pracowałem w Hadze, dwukrotnie przysłał mi swych doktorantów (w tym jedno małżeństwo) z prośbą o zapewnienie im lokum i pomoc w zbieraniu materiałów do ich pracy w tamtejszych muzeach i archiwach. W rekomendacji jednego z nich była wzmianka: „To zdolny i pracowity człowiek. Liczę, że może być z niego mój następca”. Ci przypadkowi goście mieli u mnie bezinteresownie dach nad głową, pomoc w utrzymaniu i radę w możliwym zakresie.
     Ukochanym dzieckiem Zygmunta Waźbińskiego była stworzona przez niego od podstaw Katedra, dlatego nawet po przejściu na emeryturę w 2003 roku był z nią związany, zarówno ze współpracownikami, jak i studentami. Do ostatnich dni, jeśli zdrowie na to pozwalało, prowadził cenione przez studentów zajęcia dydaktyczne. - Był tytanem pracy, z wielką odpowiedzialnością za to co robi i za studentów. Zawsze przygotowany, sprawdzał wszystko skrupulatnie, żeby się nie pomylić. Nie odpuściłby sobie niczego, jeśli chodzi o kontakt ze studentami. Kiedy miał być dyżur, to był, kiedy była zaplanowana konsultacja, to była. Priorytetem była dla niego sztuka i poświęcił temu wszystko - podkreśla dr Lepacka.

JAK DAWNIEJ W ŻNINIE   

Pochłonięty naukową pracą Zygmunt Waźbiński do Żnina wracał, gdy tylko czas mu na to pozwalał, jednak takich chwil nie było wiele. - Starał się znaleźć czas, którego nie miał. Trudno o tym mówić, ale on był mi najbliższy z wszystkich braci, łączył nas szczególny związek. Zresztą bracia o tym wiedzieli - podkreśla Józef Waźbiński.
     Momenty odwiedzin rodzinnych stron wspomina Apolinary Waźbiński: - Każde odwiedziny rodzinnego gniazda wiązały się z obowiązkowym spacerem wśród pól naszego gospodarstwa aż do Karkoszki.
     - Gdy był już chory, dzwoniłem do niego, żeby wziął urlop, odpoczął dwa tygodnie, przyjechał do Żnina jak dawniej, ale mówił, że już nie da rady - ze smutkiem mówi Józef Waźbiński, który do dziś mieszka w gospodarstwie przejętym po rodzicach.

Bartosz Woźniak
Pałuki nr 1174 (33/2014)


ŹRÓDŁA
Łubieński M., Pióro kontra cegła, Focus Historia. Wydanie Jubileuszowe, nr 4/2012.
Mączyński R., Zygmunt Waźbiński 1933-2009, Biuletyn Historii Sztuki, nr 1-2/2011.
Wspomnienia członków rodziny i pracowników naukowych Uniwersytetu Mikołaja Kopernika przekazane ustnie i w formie elektronicznej.

 

Aplikacja na Androida

Reklama

Komentarze opinie

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.

Komentarze mogą dodawać tylko zalogowani użytkownicy.

Zaloguj się

Reklama

Wideo palukiznin.pl




Reklama
Najnowsze wiadomości