Przy ul. Gnieźnieńskiej
Spalił się strych willi
W środku nocy mieszkańców secesyjnej kamienicy przy ul. Gnieźnieńskiej obudził krzyk i hałas strażackich syren. W ostatniej chwili lokatorzy poddasza zdołali się ewakuować. Płomienie bardzo szybko zajęły strop i dach.
Marek Roman Grochowalski pokazuje zniszczoną podczas pożaru kuchnię. Za ścianą znajduje się również zniszczona łazienka. Potężna kamienica przy ul. Gnieźnieńskiej w Żninie ma ponad sto lat. Jej charakterystyczna wieżyczka góruje nad okolicą.
SPALONE KROKWIE WIEŻYCZKI
We wtorek rano można było zauważyć, że znaczna część wieżyczki oraz dachu jest spalona. Na tle błękitnego nieba czerniały spalone krokwie. Na schodach przy wejściu leżały pokruszone dachówki. Im wyżej, tym bardziej można było wyczuć zapach spalenizny. Na piętrze Dariusz Płotka i Mirosław Kalka oglądali skutki pożaru. Ten pierwszy chodził z aparatem i robił zdjęcia. W tej kamienicy mieszka jego 95-letnia babcia.
ZIMNY JESIENNY WIATR
Najbardziej żywioł dotknął mieszkanie Romana Marka Grochowalskiego, jego żony i trójki dzieci. Jest to mieszkanie na poddaszu. W wyniku pożaru oberwał się sufit nad piecem kuchennym. Teraz nad paleniskiem jest dziura, przez którą we wtorek rano wdzierał się zimny jesienny wiatr. W małej łazience, wydzielonej z kuchni, zniszczeniu uległo wszystko. Obudowa pralki stopiła się, a w wannie pływały dachówki i deski. Pozostałe pomieszczenia rodziny Grochowalskich zostały zalane. Kiedy wszedłem do pokoi, po ścianach, z sufitów i futryn spływała woda. Na łóżku leżała przesiąknięta pościel. Po dywanie chodziło się jak po terenie podmokłym. Na stole leżały ubrania. - Żona wczoraj prała. Miała dzisiaj prasować. Nie zdążyła i musiała przed ogniem uciekać - mówi Roman Marek Grochowalski.
- „Tu się urodziłam i tu umrę” - powiedziała Pelagia Płotka, która w kamienicy mieszka od 95 lat Ogień strawił prawie całą część strychu, która znajduje się nad mieszkaniem ojca Romana Marka Grochowalskiego. Na szczęście i jemu nic się nie stało. Jednak dopiero po wejściu na strych widać, jak niewiele brakowało do tragedii. Wszystkie belki są mocno opalone. Poszycie z dachówek i eternitu spłonęło.
WYSZEDŁ NA OBCHÓD I ZOBACZYŁ OGIEŃ
Ogień zauważył stróż w firmie Magnum Józef Selerzyński. Wyszedł na obchód i zobaczył małe płomienie na dachu kamienicy. Po chwili do jego uszu dobiegł trzask. Poszedł do nocującego w firmie kierowcy tira. Obudził go i powiedział o pożarze. Wspólnie poinformowali policję, a ta powiadomiła straż pożarną.
Do Komendy Powiatowej Państwowej Straży Pożarnej w Żninie zgłoszenie o pożarze dotarło 3 listopada o 333. Dyspozytorka wysłała na miejsce siedem zastępów straży pożarnej, w tym podnośnik specjalistyczny. - Dosyć szybko przyjechali. Pokazałem im drogę, jaką mają dojechać. Nie mogłem opuścić swojego posterunku, ale jak mogłem, to pomagałem - opowiada nam stróż. Tylko jego przytomności umysłu lokatorzy mogą zawdzięczać, że nie doszło do tragedii.
- Córka zakaszlała, bo jest przeziębiona. Żona obudziła się i poczuła dym. Wybiegłem na korytarz i też poczułem dym, ale nic nie widziałem. Usłyszałem tylko trzask na dachu. Otworzyłem okno. Na dole stał policjant ze stróżem i krzyczeli, że mamy uciekać. Jak otworzyłem drzwi od strychu koło mieszkania ojca, to wtedy zobaczyłem płomienie - relacjonuje Roman Marek Grochowalski. Jego rodzina została tymczasowo zakwaterowana w pomieszczeniach Miejskiego Ośrodka Sportu.
Dariusz Płotka (z lewej) we wtorek rano robił zdjęcia kamienicy, w której mieszka jego babcia. Rodzinę do swojego mieszkania przyjął Mirosław Kalka (z prawej) z żoną. FATALNE DOJŚCIE I LINIA NAPOWIETRZNA
W kamienicy przy ul. Gnieźnieńskiej od urodzenia mieszka 95-letnia Pelagia Płotka. Nic się jej nie stało, bo na Wszystkich Świętych przyjechał do niej wnuk Dariusz Płotka i nie zdążył jeszcze wyjechać do domu na Śląsku. - Obudził mnie wnuk i mówił: - „Babcia, babcia, wstawaj, bo my się palimy. Bogu dzięki, że jeszcze był. Pewnie bym się spaliła. Sama bym nie wyszła, bo miałam biodro złamane i muszę chodzić z taką podpórką” - opowiada pani Pelagia. W nocy została wyniesiona z łóżka. Przez chwilę siedziała na dworze. Później wraz z rodziną znalazła schronienie u Sylwii i Mirosława Kalków: - Dziękuję Bogu, że mam takich sąsiadów, którzy mnie wzięli i się mną opiekują - mówi. Wczoraj zapadła decyzja, że staruszka wróci do swojego mieszkania.
Strażacy po przybyciu na miejsce w pierwszej kolejności zajęli się ewakuacją mieszkańców. Rzecznik Komendy Powiatowej PSP Marek Krygier powiedział, że było to około 20-30 osób. Lokatorzy wyszli na zewnątrz i patrzyli na akcję strażaków. - Czułem się, jakbym film oglądał - przyznał Mirek Wesołowski. Przemysław Tubisz robił swoim telefonem zdjęcia i nakręcił krótki film (można go obejrzeć na naszej stronie www.paluki.tygodnik.pl).
- Po ewakuacji lokatorów strażacy przystąpili do akcji gaśniczej. Nie była to prosta akcja. Chłopacy musieli wynieść osobę niepełnosprawną. Na strych prowadziło fatalne dojście. Mieliśmy problem z rozstawieniem podnośnika. Przeszkadzała napowietrzna linia energetyczna. Dopiero po jej wyłączeniu mogliśmy przystąpić do dalszej akcji - informuje Marek Krygier. Prąd został włączony dopiero przed południem.
Mieszkańcy kamienicy zwracali uwagę strażakom na szczeliny w kominach KONIEC AKCJI: ÓSMA RANO
Anna Chałupniczak ma zalane mieszkanie. Żeby powstrzymać wodę podkładała miski. W sierpniu przeprowadziła remont. W styczniu chciała ubezpieczyć mieszkanie. Nie zdążyła.
Akcja gaśnicza zakończyła się o ósmej rano.
Jeszcze w nocy na miejsce pożaru przyjechał burmistrz Leszek Jakubowski. Przed dziewiątą pojawił się komendant straży pożarnej bryg. Grzegorz Rutkowski. Stawili się również pracownicy Miejskiego Ośrodka Pomocy Społecznej. Pomogli pogorzelcom w oszacowaniu strat i pakowaniu tego, co jeszcze nadawało się do użycia. Poza lokalem rodziny Grochowalskich reszta budynku nadaje się do mieszkania. Już we wtorek burmistrz podjął decyzję o odbudowie dachu. Gmina pomoże pogorzelcom w remoncie mieszkania. Dalsza część remontu, w tym całkowita odbudowa wieżyczki, zostanie przeprowadzona w przyszłym roku.
Zagrożenia nie widzi powiatowy inspektor nadzoru budowlanego Zbigniew Napierała. - W ogóle, to nie jest sprawa nadzoru - zaznaczył na początku rozmowy. - Pożar to nie katastrofa budowlana. Zarządca podjął działania zmierzające do naprawy. My jedynie możemy wszcząć działania, gdyby zarządca się ociągał.
W wannie widać resztki, które spadły z dachu SZPARY W KOMINACH
Policja wszczęła śledztwo, którego celem jest wyjaśnienie przyczyn pożaru. Oficer prasowy Komendy Powiatowej Policji powiedział, że wstępne ustalenia wskazują jako źródło pożaru nieszczelność kominów. - Ale ostateczne ustalenia poznamy po zakończeniu postępowania - zastrzega Krzysztof Jaźwiński.Według wszystkich lokatorów, z którymi rozmawialiśmy, to właśnie dziurawe kominy były przyczyną tragedii. - Widzi pan? Same szpary. Co chwilę zgłaszamy do PGM, że kominy są do wymiany i nic - mówi jeden z mieszkańców.
- Dziesięć lat walczymy o naprawienie kominów - powiedziała Anna Chałupniczak. - Wszyscy jak tu przychodzili, to problemu nie widzieli. My nawet nie możemy się doprosić o malowanie klatki. Na wszystkim oszczędzają. Teraz burmistrz w środku nocy przyjechał, a gdzie był przez te wszystkie lata?
Lokatorzy mówią, że instalacja kominowa była tak nieszczelna, że jak jeden z sąsiadów napalił w swoim piecu, to u drugiego się dymiło. I odwrotnie. Problem zgłaszali do zarządcy budynku, czyli do Przedsiębiorstwa Gospodarki Mieszkaniowej. Prezes Stanisław Wiciński powiedział, że kontrole stanu kominów były robione na bieżąco. - Stosik był dwa tygodnie temu i sprawdzał. Zresztą zawsze leciał, jak były zgłoszenia. Twierdził, że wszystko jest w porządku.
Po pożarze kominiarz Antoni Stosik sprawdzał stan kominów i stwierdził (na piśmie), że mieszkańcy mogą palić w piecach. PGM zleciło jednak wykonanie jeszcze jednej ekspertyzy u innego kominiarza. Na jej podstawie administrator wydał zakaz palenia w piecach.
- Nie mogłem narażać mieszkańców na niebezpieczeństwo. Te kominy nie nadają się do użytkowania. Mają dziury na wylot i konieczna jest ich przebudowa - powiedział kominiarz, który chciał pozostać anonimowym.
Burmistrz polecił prezesowi PGM zerwać współpracę z kominiarzem Antonim Stosikiem: - Ma wypowiedzieć umowę i koniec. Taką podjąłem decyzję - powiedział Leszek Jakubowski.
Teraz część mieszkańców kamienicy czeka, aż będzie mogła palić w piecach. Z użytkowania wyłączone są dwa kominy w kamienicy.
- Robimy wszystko, aby ludzie mogli w piecu napalić - zadeklarował wczoraj prezes PGM.
POTRZEBNA POMOC
Pomoc Społeczna apeluje o pomoc dla pogorzelców, przede wszystkim dla rodziny Grochowalskich. Potrzebne są meble, sprzęt gospodarstwa domowego oraz ubrania i buty, głównie dla dzieci w wieku 3, 8 i 12 lat. Dwójka starszych dzieci to chłopcy, a najmłodsza to dziewczynka. Rzeczy można dostarczyć do Miejskiego Ośrodka Pomocy Społecznej, zostaną przekazane potrzebującym, lub do ich miejsca tymczasowego zakwaterowania w MOS przy ul. Szkolnej.
Remigiusz Konieczka
Pałuki nr 925 (44/2009)
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze mogą dodawać tylko zalogowani użytkownicy.
Komentarze