„Kozy są bardzo inteligentnymi zwierzętami, cwanymi i potrafią nerwy nieźle zszargać. Ale z drugiej strony są też bardzo kochane.” Rozmowa z Mariuszem Antczakiem, hodowcą kóz w Ojrzanowie.
Remigiusz Konieczka: - Dlaczego kozy?
Mariusz Antczak: - Z kozami miałem styczność już w dzieciństwie. To, jak się nimi zajmować, dowiedziałem w gospodarstwie rodzinnym. Do założenia własnej hodowli skusiło mnie to, że na pierwszy rzut oka koza wydaje się zwierzęciem mało wymagającym. To nieprawda. Mówi się, że koza miotłę zje i mleko da. Ale ile ona tego mleka da i jak się będzie potem czuła, to zupełnie inna sprawa. Kozy może są odporne i potrafią trawić różne rzeczy, ale – tak jak krowa - musi być dobrze karmiona, by oddała to co ma najlepszego w sobie.
- Kiedy zaczął Pan hodowlę kóz?
- Tutaj w Ojrzanowie kozy są od trzech lat. Cały czas buduję stado i je ulepszam.
- Od ilu kóz Pan zaczynał? I skąd Pan je wziął?
- Pierwsze dwie kozy pozyskałem przypadkowo. Ich poprzedni właściciel zmarł i jego żona nie wiedziała co z nimi zrobić, a ja miałem odpowiedni teren, więc je przygarnąłem. Dokupiłem do tego trzy kozy alpejskie i to dopiero dało mi tą jakościową różnicę. W smaku mleka, które pamiętam z dzieciństwa, było czuć kozę. Nie było ono zbyt smaczne. W smaku mleka od kóz alpejskich wyraźnie czuć różnicę. Jest pyszne, nie ma posmaku kozy i da się z niego zrobić różne produkty. Przez pierwszy rok testowałem to jakie produkty można zrobić z koziego mleka. Ze zdumieniem stwierdziłem, że to jest rewelacyjne i ja chcę w to wejść.
- Czym się różni koza alpejska od normalnej?
- Koza alpejska jest bardzo wytrzymała na niekorzystne warunki zewnętrzne. Mam tutaj u siebie kozy anglonubijskie, które są mniej odporne i potrzebują środowiska łagodniejszego. Alpejka lubi bardziej surowy klimat. Świetnie się czuje nawet w zimie. Kiedy ma do wyboru położyć się w środku czy na zewnątrz, to kładzie się na zewnątrz, bo ma ochotę. Są duże i silne, ale nie pokazują siły i nie ma hierarchii w stadzie. Bójki są sporadyczne. Kozy alpejskie są spokojne, wyluzowane i dają pyszne mleko w bardzo dużych ilościach.
![]() |
| Kozia Dolina jest otwarta na ludzi. Tak samo jak jej mieszkańcy. fot. Remigiusz Konieczka |
- Ile sztuk liczy Pana stado?
- W tej chwili stado liczy 73 sztuki z czego jest dojnych jest 20, a reszta to młodzież. Alpejek czysto rasowym mam pięć, a reszta to mieszańce. Mieszańce mają to do siebie, że dają lepsze mleko i w większej ilości. Mam mieszańce trzech ras: saaneńska , alpejska i anglonubijska. To połączenie daje mleko w odpowiedniej ilości i odpowiedniej jakości.
- Dość szybko osiągnął Pan dobry efekt. Wystarczyły trzy lata, by od dwóch sztuk dojść do stada liczącego ponad 70 zwierząt.
- Koza, kosztem mleka, może urodzić dwa razy w roku. I często ma bliźnięta. Żeby osiągnąć taką liczebność kupowałem kozy, ale też zbudowałem na bazie swojego stada. Na początku nie zależało mi na mleku, bo chciałem budować stado. Zależało mi na dobrej genetyce. Do tego potrzebny jest odpowiedni kozioł. W tej chwili są dwa: stuprocentowy anglonubijski i stuprocentowy alpejski. I one kryją te kózki co daje odpowiednią jakość.
- Jakie były początki Pana hodowli? Czy zwierzęta nieźle dały Panu w kość?
- Kozy są bardzo inteligentnymi zwierzętami, cwanymi i potrafią nerwy nieźle zszargać. Ale z drugiej strony są też bardzo kochane. Człowiek się denerwuje, ale szybko zapomina. Uciekały mi na potęgę. Nawet teraz, niedawno, koziołki się zorientowały, że mogą wybiec bez zagrożenia, że zostaną porażone prądem z pastucha. Zaczęły więc gremialnie uciekać. Musiałem szybko kończyć grodzenie. Kozy potrafią zaskakiwać. Od kilku lat mam sad i jeszcze nie zjadłem z niego owocu, bo kozy potrafią się do niego dostać i zniszczyć. Ale uparcie dokupuję drzewka.
- Jak wyglądało zderzenie teorii z praktyką?
- Na początku miałem kozy na uwięzi, ale doszedłem do wniosku, że to się nie sprawdza. Koza musi być wolna i szczęśliwa. Koza musi mieć kontakt z ludźmi. Widzę to po tych młodych, które mam w stadzie. One są brane na ręce, głaskane i poznają człowieka. Nie ma później problemu, aby z nimi jakikolwiek zabieg przeprowadzić, np. zastrzyk. Korekcja racic również jest bezproblemowa. Tak samo z dojeniem. Nie stosuję żadnej uwięzi. One są po imieniu wołane i przychodzą do doju. Wchodzą czwórkami i są dojone. One znają swój układ, a jeżeli któraś się ociąga, to otwieram drzwi, krzyknę i przybiega.
![]() |
| „Koza musi być wolna i szczęśliwa” – powiedział hodowca Mariusz Antczak fot. Remigiusz Konieczka |
- Mówił Pan na początku, że koza miotłę zje. Co jedzą kozy?
- Koza miotłę zje. I owszem. Pewnie po tej miotle nic jej nie będzie. One potrzebują roślin bardziej twardych, gałązek rożnego rodzaju, liści do trawienia. Roślin, których krowa by nie zjadła. Koza potrafi zjeść od koszuli po jakieś inne rzeczy i to jej nie zaszkodzi. To co może zaszkodzić, to zbyt wysoka dawka treściwych pasz, która może spowodować rozwolnienie, ketozę albo kwasicę. Koza jest bardzo silnym zwierzęciem i wytrzymałym. Nie pokaże tak wcześnie objawów jak krowa, ale to może skutkować tym, że w ciągu trzech dni potrafi zdechnąć.
- Jakie napotkał Pan trudności w hodowli?
- Trudności zawsze są w hodowli. Skala robi tą różnicę. Nie ma takiej samej sztuki. Trzeba do tego podchodzić indywidualnie. Na przykład te sztuki, które są w czasie laktacji, to potrzebują bardzo wysokiej ilości pasz, żeby uzupełnić te straty, które powoduje produkcja mleka. Tutaj musi być uzupełnione paszami treściwymi w odpowiedniej ilości dla danej sztuki. Tutaj jest żywienie indywidualne mimo wszystko.
- Czy to się opłaca? Czy nakłady, które Pan poniósł przynoszą efekty, czy trzeba jeszcze poczekać?
- Tak naprawdę jestem cały czas na minusie, ale traktuję to jako inwestycję. Rozbudowa stada generuje koszty. Zanim to się zwróci w mleku czy innych produktach, to potrzeba czasu. Docelowo, myślę, że tak. Będzie to wymierne finansowo. Dzisiaj mam festyn, na którym są stoiska z lokalnymi produktami. Zainteresowanie jest duże. Ludzie chcą takich produktów. Jest głód czegoś dobrego, swojskiego, nie zawierającego chemii, czegoś naturalnego.
- A jakie produkty można uzyskać dzięki kozom? Co koza daje? Radość?
- Radość też, ale przede wszystkim pyszne, fantastyczne mleko. Mięso, jeśli mówimy o koziołkach. Bardzo dobre, czyste, nie ma żadnych zapachów. Z mleka przetworzonego uzyskujemy kefiry, jogurty, masło, które jest zupełnie inne niż krowie. Przypomina bardziej serek. Prócz tego sery podpuszczkowe, twarogowe. Gama jest olbrzymia. Dzisiaj, na festynie, oferujemy kozcypka i to jeszcze pałuckiego.
![]() |
| Każda koza z Koziej Doliny ma swoje imię fot. Remigiusz Konieczka |
- Skąd wziął się pomysł na tą imprezę?
- Chciałbym, aby ludzie wiedzieli o tym miejscu. Chcę promować siebie, ale też innych.
- Jak się spotkaliśmy kilka tygodni temu walczył Pan z wilkiem, który atakował stado. Jak ta sytuacja wygląda teraz?
- Na ten moment wszystko grodzę i zabezpieczam jak tylko mogę. Są rozmowy na temat odpowiedniego psa, który będzie wspierał moją Bellę w odstraszaniu wilków. Na ten moment, to moje odstraszanie dało taki skutek, że go nie ma. Ale już mam sygnały, że pojawiła się cała wataha w okolicy.
- Ta przygoda z wilkiem i pojawienie się informacji w mediach przyczyniło się do popularyzacji tego miejsca. Czy przeżył Pan najazd turystów?
- Najazdu nie było, ale było tutaj trochę osób, które zainteresowały się tematem i Kozią Doliną. Była tez negatywna strona rozgłosu.
- Szukał pan ciszy i spokoju, a zrobiło się głośno?
- Niekoniecznie to. Byłem oskarżany, że zwierzęta nie są odpowiednio zabezpieczone. Ale mówili to ludzie, którzy nie mają świadomości jak to powinno wyglądać.
- Jednak popularność jest o czym świadczy frekwencja na festynie. Cieszą się dzieci, że mogą pogłaskać zwierzęta i kozy też są zadowolone.
- Kozy? Oczywiście. One to uwielbiają. Są w centrum zainteresowania i są bardzo łase na pieszczoty. Tak naprawdę zwierząt gospodarskich na wsiach jest coraz mniej. Kiedyś pasły się kozy, krowy, konia można było spotkać. Teraz wszystko jest zamknięte szczelnie w oborach. Ludzie, w tym dzieci, nie mają kontaktu ze zwierzętami. Nie wiedzą skąd pochodzi mleko, mięso i kupując gotowe produkty w markecie, ludzie nie mają świadomości ono pochodzi. Nie ma przez to szacunku do jedzenia.
- Kiedyś koza była synonimem biedy. Mamy w głowach często taki obrazek: waląca się chałupa, obok krzywy płot i przywiązana do niego chuda koza. Dzisiaj koza stała się atrakcją turystyczną.
- Atrakcją? Tak, ale te kozy, które były kiedyś, a te które są teraz, to zupełnie inne zwierzęta. O innej wydajności i zupełnie innym sposobie utrzymania. Kiedyś koza dawała szklankę mleka i ludzie byli zadowoleni, a teraz daje 3,5 litra mleka przy jednym dojeniu. Postęp hodowlany idzie do przodu i ten obraz kozy wśród ludzi powoli się zmienia.
- Życzę powodzenia w hodowli i dziękuję za rozmowę.
- Dziękuję.
Remigiusz Konieczka, 25 VI 2022
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze mogą dodawać tylko zalogowani użytkownicy.
Komentarze