Reklama

Winne bobry, zima czy spółka wodna

Zbigniew Marciniak i jego wnuk Kacper z niepokojem obserwują zapory na rowach melioracyjnych powstałe z gałązek pozostałych po wycince drzew

      fot. Magdalena Kruszka

Pszczółczyn, bobry, zima, spółka wodna, rolnicy
     Winne bobry, zima czy spółka wodna
     Rolnicy w Pszczółczynie i Wielkim Sosnowcu widzą, że na ich łąkach zalega woda. Chcieliby już rozsiać nawóz, jednak z powodu wody nie mogą wjechać na swoje pola. Pracownicy Gminnej Spółki Wodnej apelują o cierpliwość. Podkreślają, że w tym roku wszystkie prace polowe są opóźnione, więc i możliwość wjazdu na łąki także będzie opóźniona, ale nie niemożliwa.

     - Proszę zobaczyć, drzewa to tutaj już nie ma, a to, co zostało, to oni powinni już zaraz sprzątnąć - mówi Zbigniew Marciniak z Pszczółczyna pokazując zatory na rowie melioracyjnym, tuż przy terenie, na którym prowadzony był wyrąb drzew. Sprawy nikomu nie zgłaszał. Jego syn Robert ma 10 ha łąk i prawie wszystko znajduje się pod wodą. Nie ma możliwości, żeby rozsiać na łąkach nawóz.
          - Myślałem, że taki jest poziom wody, ale jak przeszedłem się ze 2 km pieszo, to zobaczyłem, co się dzieje - mówi Zbigniew Marciniak. - To jest niemożliwością, tego się nie spodziewałem. Poziom wody jest wysoki, ale miesiąc temu rów był pusty, a teraz jest pełen, to coś tu jest nie tak. Jeden stopień wody w rowie wodę tak przytrzymał, że dalej wylała ta woda na łąkach.
Karol Kubacki, referent do spraw remontowo-budowlanych w Nadleśnictwie Szubin, przyznał, że o tym, iż jest problem, nie słyszał i nikt mu tego nie zgłaszał. - Zainteresuję się tym, zapytam, o co chodzi - zapewnił Karol Kubacki. - Nie wierzę, żeby ktoś celowo tego typu dywersje uprawiał. Nikt do nas problemu nie zgłaszał, więc nawet nie wiedziałem, że on istnieje.
     Sprawę znają pracownicy Gminnej Spółki Wodnej w Łabiszynie. - Ja im nie będę zwracał uwagi, oni sami powinni wiedzieć, że należy sprzątnąć po sobie, my nie będziemy ingerować w gospodarkę leśną, ich obowiązkiem jest przywrócenie do stanu pierwotnego, zwłaszcza że Lasy nie są członkiem spółki wodnej i o drożność swoich rowów powinny dbać same - stwierdził Ryszard Latowski z Gminnej Spółki Wodnej w Łabiszynie, zapewniając, że spółka usunęła trzy zatory, które znaleziono, nie czekając na interwencję z Nadleśnictwa.

Maria Talarowska zauważa, że problem z wodą zalegającą na jej łąkach powtarza się co roku, a kilkanaście lat temu nie występował w ogóle

Reklama

          fot. Magdalena Kruszka

     Zarówno Zbigniew Marciniak, jak i Maria Talarowska, która również boryka się z zalegającą na łąkach wodą, mają zastrzeżenia do Gminnej Spółki Wodnej w Łabiszynie, że nie dość solidnie czyści rowy melioracyjne. Podkreślają, że przed laty nigdy nie spotkali się z problemem zalewania terenów, a teraz sytuacja taka powtarza się z roku na rok.Niepokoją się, że nawóz powinien już być dawno rozsiany, a póki co nie ma mowy o tym, żeby na łąki w ogóle ciągnikiem wjechać. Przyczyn takiego stanu rzeczy nie upatrują w wyjątkowo długiej tegorocznej zimie, ale w zbyt zamulonych rowach i nienaturalnie wysokim poziomie wody.
     - W Rudach Spółka rowy czyściła jak trzeba, a tu w Pszczółczynie, Wielkim Sosnowcu już nie pamiętam, kiedy były czyszczone - mówi Zbigniew Marciniak.
     - W latach osiemdziesiątych ludzie ręcznie szpadlami te rowy czyścili i było jak należy, a teraz mają takie maszyny i nie potrafią sobie z wodą poradzić - dodaje Maria Talarowska, która ma w sumie 5 ha łąk, z czego 1 ha znajduje się pod wodą.
     - Wszyscy mówią, jak dobrze kiedyś było, a nikt nie pamięta, że wtedy to były czasy, kiedy w spółce pracowało czterdziestu meliorantów, a w tej chwili jest sześć osób do tego zatrudnionych - mówi Ryszard Latowski. - Kiedyś były do tego dotacje ze Skarbu Państwa, teraz możemy liczyć tylko na składki.
     Pracownicy Gminnej Spółki Wodnej w Łabiszynie podkreślają, że roszczenia Zbigniewa Marciniaka są bezzasadne, ponieważ nie jest on nawet członkiem Spółki Wodnej i składek nie płaci, a ten twierdzi, że nie płaci, bo Spółka Wodna rowów i tak nie czyści.
     Prezes Zarządu Gminnej Spółki Wodnej w Łabiszynie Zenon Zieliński i pracownik Ryszard Latowski są zdania, że przyczyną wszelkich problemów na łąkach w okolicy Pszczółczyna, Władysławowa i Wielkiego Sosnowca nie są niedostatecznie czyszczone rowy, ale bobry, które budują tamy. Tych, bez pozwolenia i stosownej opłaty, wynoszącej około 80 zł za jedną tamę, rozbierać nie wolno, a powodują one spiętrzenia sięgające czasem nawet 1,5 metra. Zdarzyło się, że bobry zapchały rurociąg na długości 50 metrów i szczęściem jest, że same ten zator rozebrały, bo człowiekowi trudno byłoby cokolwiek z tym zrobić.
     - Co my możemy zrobić jak mamy ograniczone środki - mówi Zenon Zieliński. - Powinniśmy mieć roczny wpływ w wysokości 36.000 zł, z tego ściągamy jakieś 90%, a i tak jest to świetny wynik. Co jednak można za taką kwotę zrobić?
     Rozbieranie zbudowanych przez bobry tam kosztuje, ale oprócz opłaty za pozwolenie trzeba też gdzieś wywieźć gałązki, które po takiej rozbiórce zostaną. Panowie ze Spółki Wodnej podkreślają, że czasem są to tak misterne konstrukcje, że ludzką ręką nie da się ich ruszyć, trzeba użyć koparki.
     Panowie ze Spółki Wodnej zgodnie twierdzą, że sytuacja, jaką obserwują rolnicy na łąkach, nie jest alarmująca. Zwracają uwagę na to, że zima przedłużyła się o miesiąc, więc podobnie przedłużają się zasiewy i możliwość wjazdu na łąki.
     - Ta woda, którą teraz napotykają rolnicy na łąkach, zejdzie z pól, ale miesiąc później niż normalnie - zapewnia Zenon Zieliński. - Zasiewy w zeszłym roku o tej porze też już były zrobione, a teraz trzeba je było o miesiąc opóźnić. Tak samo jest z łąkami. Niech rolnicy trochę poczekają, a woda zejdzie.

Reklama

Magdalena Kruszka
Pałuki nr 1106 (17/2013)

Aplikacja na Androida

Reklama

Komentarze opinie

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.

Komentarze mogą dodawać tylko zalogowani użytkownicy.

Zaloguj się

Reklama

Wideo palukiznin.pl




Reklama
Najnowsze wiadomości