- Uczyłem go, jak trzeba dbać o zwierzęta, ale on nie brał się do tego. Wyjeżdżał na całe dnie, a zwierzęta ryczały i kwiczały - mówił przed sądem ojciec oskarżonego. Prokurator wniósł o uznanie Sylwiusza C. winnym i wymierzenie mu kary 6 miesięcy pozbawienia wolności. Wyrok może zostać ogłoszony już na kolejnej rozprawie.
Zdjęcie z 2014 roku, kiedy Sylwiusz C. niepokoił się, że na posesji w Kaczkowie, na której nie było już mieszkańców, nadal są dwa psy. Obawiał się, że zdechną z głodu i wskazywał nam je podczas interwencji, którą wtedy podjęliśmy. Wówczas psy te ostatecznie zabrała ze sobą ich właścicielka. Los psów i cieląt samego Sylwiusza C. w Zrazimiu okazał się znacznie gorszy. fot. Karol Gapiński 6 września ub.r. na terenie gospodarstwa należącego do Sylwiusza C. w Zrazimiu (gm. Janowiec) policja wraz z urzędnikami i przedstawicielami Powiatowego Inspektoratu Weterynarii znalazła cztery martwe cielaki. Jedno cielątko, wyglądające na bardzo wygłodzone, jeszcze żyło. Znajdowało się jednak w stanie prawie agonalnym, więc trzeba było je uśpić. Ponadto na terenie gospodarstwa leżały liczne kości świadczące o wcześniej padłych sztukach.
Śledztwo podjęła prokuratura i wkrótce akt oskarżenia przeciwko Sylwiuszowi C. trafił do Sądu Rejonowego w Żninie. W lutym br. rozpoczął się przewód sądowy. Dawny hodowca cieląt (trudnił się ich obrotem) został oskarżony o znęcanie się nad zwierzętami ze szczególnym okrucieństwem.
Teraz proces, któremu przewodniczy sędzia Robert Tuchciński, dobiega już końca. W zeszłym tygodniu sąd wysłuchał kolejnych świadków. Zeznawała m.in. była żona Sylwiusza C., która przed rozwodem pomagała mężowi prowadzić hodowlę w Zrazimiu. Jej zeznania częściowo pokrywają się z tezą, którą wysunął wcześniej Sylwiusz C. Taką, że cała sprawa ma podtekst majątkowy. Sylwiusz C. uważa, że jego rodzeństwo oraz ojciec dążą do przejęcia gospodarstwa w Zrazimiu z jego rąk. Wcześniej rodzice to jemu zapisali gospodarstwo.
Była żona oskarżonego zeznała, że już na rok przed ujawnieniem na terenie gospodarstwa w Zrazimiu padłych z głodu zwierząt, ona tam nie mieszkała. Wyprowadziła się bowiem we wrześniu 2015 r., a 31 marca 2016 r. orzeczony został jej rozwód z Sylwiuszem C.
- Sylwek zajmował się obrotem zwierzętami i troszkę sobie nie radził. Miało to związek z naszym rozwodem - on został sam na gospodarstwie, ojciec i rodzeństwo mu nie pomagali. Mojej pomocy wtedy też już nie miał - powiedziała była żona Sylwiusza C.
Według niej, byli teściowie rzadko ich odwiedzali po 2005 r., kiedy to wyprowadzili się ze Zrazimia, zostawiając gospodarstwo synowi. Było to niedługo po jej ślubie z Sylwiuszem C. - Początkowo próbowali rządzić po swojemu, a ojciec też pomagał. Jednak siostra Sylwiusza mówiła do ich ojca, po co pomaga, skoro gospodarstwo nie jest jego. Od początku trwała między nimi wojna o majątek i wydaje mi się, że ona trwa nadal. Według mnie głównie chodzi im o to, żeby pokazać, że Sylwek sobie nie radzi, żeby następnie było łatwiej odebrać od niego to gospodarstwo - powiedziała była żona oskarżonego. Zeznała też przed sądem, że dopóki ona była z mężem, to pomagała mu. Przypomina sobie, że jeśli jakieś zwierzęta w hodowli padały, to zawsze dbała o to, żeby były one zutylizowane wraz z kolczykami do ich znakowania - według procedur.
Zeznania złożył również lekarz weterynarii Marek J. Był on w Zrazimiu 6 września wezwany przez powiatowego lekarza weterynarii. Miał za zadanie ustalić stan zwierząt, które pozostały w gospodarstwie Sylwiusza C. - Zastałem jedno cielę, na moje oko o wadze 60-70 kg, które jednak było w stanie agonalnym. O ile pamiętam, były oprócz tego zwierzęcia jeszcze 3 inne, w podobnym wieku i o podobnej wadze, ale one, mimo ogólnie złego stanu, oceniłem jako zdolne do dalszej hodowli. Była jeszcze jedna, mniejsza szuka o wadze 40 kg, też wychudzona. Oceniłem, że to jedno zwierzę w stanie agonalnym trzeba uśpić, aby zaoszczędzić mu cierpienia. Nie było dla niego perspektyw na przeżycie. Ogólnie stwierdziłem, że zwierzęta w tej hodowli, te, które przeżyły, były niedożywione i nie były pojone. A właśnie kwestia regularnego pojenia zwierząt jest nawet bardziej istotna dla ich przeżycia. Zwierzę padnie szybciej z powodu braku wody, a dopiero w dalszej kolejności z braku pożywienia. Wszystkie te zwierzęta były zdolne do samodzielnego bytowania, gdyby czysta woda i żywność były im podawane. Ja tam byłem jedyny raz z urzędu, a wcześniej nie znałem sytuacji w tym gospodarstwie - zeznał Marek J.
Sylwiusz C. jeszcze w lutym, na początku procesu w rozmowie z nami tłumaczył, że czasami ciężko sprawować opiekę nad cielakami, które wcześnie zostały zabrane od krowy i sprzedane. Trudności polegają na tym, że jeśli zwierzę jest zbyt małe, to nie ma jeszcze zdolności do przyjmowania pokarmów. Na zeszłotygodniowym posiedzeniu sądu oskarżony skorzystał z możliwości zadawania pytań świadkom. Marka J. pytał o ewentualne przypadki, które zdarzały się w naszej w okolicy, że cielaki zdychają, bo zbyt wcześnie zostały oderwane od matek. Świadek w odpowiedzi zeznał, że lepiej jest poczekać przynajmniej do 3 tygodnia po urodzeniu, aby cielę bezpiecznie dla niego zabrać od matki. Natomiast Marek J. nie zna statystyki przypadków, o które pytał oskarżony.
O kwestię prawidłowego chowu cieląt w oderwaniu od matki zapytaliśmy już po rozprawie sądu szefa powiatowego zespołu doradców ODR Minikowo w Żninie Mirosława Spochacza.
- Według moich doświadczeń cielę już w wieku między 2 a 3 tygodniem w rzeczywistości może być bezpiecznie zabrane od matki. Wystarczy jedynie odrobina cierpliwości, trochę doświadczenia i wrażliwość hodowcy, by spokojnie takie zwierzę utrzymać przy życiu. Mówimy tutaj o ssakach, gdzie najważniejszy jest pierwszy posiłek po urodzeniu, żeby on był mlekiem od matki, czyli tzw. siarą z odpowiednimi przeciwciałami. Siara uodparnia zwierzę, ale tak naprawdę już po kilkunastu godzinach od narodzin cielę mogłoby przejść na karmienie, a przede wszystkim pojenie z rąk człowieka. Można podawać pokarm na palcu, na jakiejś mokrej rękawiczce. Wymaga to oczywiście cierpliwości, gdyż takie zwierzę nie ma jeszcze odruchu picia. Osobiście poiłem kiedyś małego prosiaczka z kubka i on się bardzo szybko przyzwyczaił do tego kubka. Gdy podrósł, to nie mógł już tam wsadzić pyska, a mimo to nadal był to jego ulubiony kubek. Zwierzęta mają swoją inteligencję i potrafią się przyzwyczajać do stałych rytuałów, jak i ludzie. Co do kwestii ważności pojenia i podawania pokarmu, to faktycznie jest tak z cielakami, jak i z ludźmi. Bez paszy, ale o wodzie dłużej pożyją, niż bez picia - ocenił Mirosław Spochacz. Poinformował on również, że w 2013 r. po raz ostatni zespół doradców prowadził przeglądy hodowców w naszym powiecie. Przeglądy dotyczyły około 200 gospodarzy, którzy mieli umowy poprzez Agencję Restrukturyzacji i Modernizacji Rolnictwa z ODR. Inni gospodarze mogą mieć umowy z innymi podmiotami, natomiast wśród hodowli, których przegląd wtedy robił zespół ODR, nie było hodowli Sylwiusza C. w Zrazimiu. Podczas tamtego przeglądu zespół ODR stwierdził tylko kilka przypadków, gdy można było mieć drobne uwagi do jakości opieki sprawowanej nad zwierzętami, ale żaden z nich nawet nie ocierał się o braki, które w tym zakresie stwierdzono później w gospodarstwie w Zrazimiu.
Na rozprawie przeciwko Sylwiuszowi C. swoje zeznania złożyła też siostra oskarżonego Monika K. Rodzinny dom w Zrazimiu opuściła w 2004 r. i od tamtego czasu bywała tylko okazjonalnie - może z 10 razy w roku. Zeznała, iż z zewnątrz było widać zaniedbania w gospodarstwie. Były widoczne kości na podwórku. Brat tłumaczył, że to kości dla psów. Monika K. nie wiedziała natomiast, jak sytuacja przedstawia się w pomieszczeniach gospodarczych, gdyż w sprawy hodowli brat według niej nie pozwalał się wtrącać.
Po ujawnieniu gehenny zwierząt w gospodarstwie Sylwiusza C. we wrześniu ub.r., Monika K. została zobowiązana - jak zeznała - przez gminę do opieki nad pozostałymi przy życiu zwierzętami. Opowiedziała, iż cielaki, które przeżyły były bardzo osłabione. Na tyle, że ledwo udało się je przegnać do innego pomieszczenia gospodarczego, gdyż takie były wtedy zalecenia służb.
W trakcie zeznań Moniki K. wywiązała się między nią a oskarżonym, który miał prawo zadawać świadkom pytania, polemika na temat liczby psów w gospodarstwie i ich losów po 6 września ub.r. Sędzia Robert Tuchciński przerwał jednak tę polemikę, nie widząc związku ze sprawą.
- Uczyłem go, jak trzeba dbać o zwierzęta, ale on nie brał się do tego. Wyjeżdżał na całe dnie, a zwierzęta ryczały i kwiczały. Ja się wyprowadziłem stamtąd w 2005 r. i bywałem od tamtej pory tylko gościem. Nie byłem podczas tych wizyt wpuszczany do budynków gospodarczych. Kiedy zaś przyjechałem tam we wrześniu zeszłego roku, to jak się chodzi w lesie za grzybami i odnajduje się co kawałek, tak odnajdywałem tam kości zwierząt na podwórku i w obejściu. Żywych cieląt to chyba wtedy już tylko 5 zostało, a kości nadal są tam wykopywane przez psy i inne zwierzęta. Tak widziałem, gdy tydzień temu tam byłem. Te cielaki, które podczas interwencji jeszcze żywe zostały w hodowli, to były chude, a na moje powinny być tłuste. Powinno się to tak odbywać, żeby dobrze takie cielaki wykarmić, by szybko podrosły i można je było sprzedawać i zwalniać miejsce w hodowli na następne. Na tym to powinno polegać. A Sylwiusz nawet nie miał tam wystawionych odpowiedniej ilości koryt, zaś gnoju od tych zwierząt nie wyrzucał. Jak przed laty zwracałem mu uwagę co do prowadzenia hodowli, to mówił, że mam się nie wtrącać, a raz nawet kazał mi się wynosić w nocy z gospodarstwa - zeznał Stefan C., ojciec oskarżonego. Przyznał on również przed sądem, że docelowo chciałby przejąć na powrót gospodarstwo w Zrazimiu od syna i przekazać je córce. Dodajmy, że obecnie to gospodarstwo i tak jest opuszczone, bo Sylwiusz C. mieszka w pobliskim Kaczkowie (gm. Żnin).
Prokurator w mowie końcowej wniosła o uznanie oskarżonego winnym zarzucanych mu czynów, bo w jej opinii przeprowadzony przewód wykazał, iż Sylwiusz C. znęcał się nad zwierzętami, doprowadził je do skrajnego wyczerpania, wychudzenia i śmierci głodowej. Dodała, iż z przeprowadzonych ustaleń wynika, że padłych zwierząt było więcej, ale nie można już ustalić, co było przyczyną ich śmierci. Mogły paść także z głodu i braku picia, a następnie uległy rozkładowi i pozostały tylko kolczyki po znakowaniu tych cieląt, które odnajdywane były na terenie gospodarstwa. Prokurator wniosła o wymierzenie Sylwiuszowi C. kary 6 miesięcy pozbawienia wolności i zakazu obrotu, posiadania i chowu zwierząt na 5 lat.
- Przyznaję się, że zaniedbałem zwierzęta, bo byłem nękany przez rodzinę. Proszę o łagodny wymiar kary i chciałbym się odwołać - powiedział oskarżony.
Sędzia Robert Tuchciński poinformował go w odpowiedzi, że apelacja przysługuje od wydanego wyroku, a ten jeszcze nie zapadł.
Karol Gapiński
Pałuki nr 1313 (15/2017)
Inne teksty na ten temat:
Oskarżony o znęcanie się nad zwierzętami ze szczególnym okrucieństwem
Bydła nie ma, pozostały tylko psy
Brat oskarżonego wciąż znajduje kości
Po kolczykach do żywotów i śmierci cieląt
Zagłodził cielaki, odpracuje społecznie
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze mogą dodawać tylko zalogowani użytkownicy.
Komentarze