Reklama

Wysiedleni, wypędzeni i wywłaszczeni

Wysiedlenia z powiatu żnińskiego w grudniu 1939 roku
        fot. arch. Instytutu Zachodniego w Poznaniu

W trzy strony z Pałuk
    Wysiedleni, wypędzeni i wywłaszczeni
     W jednej chwili stracili wszystko. Niemieccy zbrodniarze sprowadzili ich do roli niewolników. Mieli żyć, dopóki przydadzą się w służbie Rzeszy. I nigdy nie mieli wrócić.

Strona z dowodu osobistego Wawrzyna Kmiotka, zamordowanego we wrześniu 1939 roku przed wysiedleniem rodziny z Gącza fot. Bartosz Woźniak

     Źródeł wysiedleń Polaków z Pałuk i innych polskich ziem wcielonych w 1939 roku do Rzeszy można upatrywać już w decyzjach mocarstw dotyczących zakończenia I wojny światowej. Znaczna część Niemców nie pogodziła się wówczas z narzuconymi warunkami pokojowymi, w tym z utratą m.in. ziem byłego zaboru pruskiego, które weszły w skład II Rzeczypospolitej. Zmianę tego stanu rzeczy próbowali osiągnąć poprzez nieustanne kwestionowanie traktatu wersalskiego regulującego porządek międzynarodowy po 1918 roku. Czuli się upokorzeni, angażowali się w działalność szowinistyczno-nacjonalistycznych organizacji. Następnie omamieni wizją budowy Wielkiej Rzeszy poparli rewizjonistyczną politykę Hitlera, a zatem i zniszczenie Polski.
     Po agresji na Polskę, wskutek rozbioru jej ziem dokonanego przez III Rzeszę i ZSRR na mocy Układu o przyjaźni i granicach z 28 września 1939 r., region wokół Żnina dekretem Hitlera z 8 października 1939 r. został wcielony do Niemiec, do okręgu zwanego Krajem Warty (Wartheland, Warthegau). Żnin (w czasie okupacji pod nazwą Dietfurt) na prawach miasta powiatowego znalazł się w rejencji inowrocławskiej. Okupant niemiecki stosując brutalne metody natychmiast przystąpił na tych terenach do realizacji polityki narodowościowej, której jednym z głównych instrumentów były wysiedlenia ludności polskiej.
     W TRZY STRONY

Reklama

     Z samego Żnina wywieziono do Generalnego Gubernatorstwa (GG) ponad 600 osób. Pierwszy transport wysiedleńców wyjechał w grudniu 1939 r. do Mińska Mazowieckiego. Druga wywózka, która objęła największą liczbę ludności, miała miejsce w lutym 1940 r., a jej punktem docelowym był Nowy Targ. Trzeci, zarazem ostatni, transport Polaków ze stolicy Pałuk wyruszył w sierpniu 1940 roku do Garwolina w województwie warszawskim.

Irena Rymer (Kmiotek), wysiedlona w grudniu 1939 roku z Gącza do Mińska Mazowieckiego
          fot. Bartosz Woźniak Hubert Kurczewski wysiedlony w lutym 1940 roku z Szelejewa na Podhale
          fot. Bartosz Woźniak

Reklama

     Z tych trzech miejsc wysyłani byli jeszcze do mniejszych miejscowości. Poza tym wysiedlono Polaków z wielu innych miejscowości powiatu żnińskiego. Ogólnie rzecz ujmując mieszkańcy Pałuk, poza nielicznymi wyjątkami, trafiali do województwa warszawskiego, na Podhale i na Lubelszczyznę. Warto w tym miejscu podkreślić, że żadna z wysiedlanych na Podhale rodzin nie trafiła do Zakopanego, które było przeznaczone do zamieszkania dla rasy panów, czyli Niemców. Wysiedleniami zostały objęte przede wszystkim rodziny inteligentów, przedsiębiorców, ziemian, kupców i rzemieślników. Niemcy nie zapomnieli też o tym, kto był powstańcem wielkopolskim. 
Zanim wysiedleni zostali wywiezieni do wyznaczonych miejsc w GG, trafiali do punktów zbornych, które mieściły się w halach widowiskowych, salach kinowych, budynkach szkolnych, pałacach ziemian czy domach kultury. Na terenie Wielkopolski, w tym i Pałuk, powstało kilkanaście tego rodzaju punktów zbornych. Niemcy na listach transportowych miejsca te określali ogólną nazwą Lager, czyli obóz. Ze względu na brak dokumentów, o umiejscowieniu i czasie funkcjonowania większości z nich możemy się dowiedzieć tylko ze wspomnień wysiedlonych, np. w Żninie była to szkoła podstawowa i Dom Polski (obecnie Żniński Dom Kultury), a w Janowcu Wielkopolskim - hala. W punktach zbornych następowała też przymusowa wymiana niemieckich marek na polskie złote, oczywiście w stosunku niekorzystnym dla Polaków, gdyż niezależnie od wartości oddanych marek dostawało się zawsze tyle samo, niewiele pieniędzy polskich.
     W Wielkopolsce powstały także obozy dla wysiedlanej z miast i wsi ludności polskiej przed deportacją do GG. Znajdowały się przede wszystkim w zabudowaniach i obiektach gospodarczych, przemysłowych, wojskowych, budynkach należących do organizacji społecznych i oświatowych oraz związków wyznaniowych. Niektóre rodziny wysiedlone z powiatu żnińskiego w drodze do GG trafiły do obozu przesiedleńczego w Łodzi. Tam w warunkach, które trudno nazwać humanitarnymi, przez kilkanaście dni lub kilka tygodni przetrzymywano je przed ostateczną wywózką do GG. Miejsca te zazwyczaj nazywano obozami przejściowymi, aczkolwiek istniały również takie określenia jak: obóz, obóz wysiedleńczy, obóz dla internowanych, obóz zbiorczy.

Wanda Walkowska (Kmiotek), wysiedlona w grudniu 1939 roku z Gącza do Mińska Mazowieckiego
         fot. Bartosz Woźniak Pierwsze święta Bożego Narodzenia rodzin Kurczewskich i Bachorskich podczas wysiedlenia w Rabce w 1940 roku fot. archiwum rodzinne Huberta Kurczewskiego

Reklama

     Warto w tym miejscu zaznaczyć, że w 1994 r. przyznano odszkodowania kombatanckie dzieciom do lat 15, które wraz z rodzicami umieszczone zostały w tego rodzaju obozach. Odszkodowania wypłacała Fundacja Polsko-Niemieckie Pojednanie. Z tego prawa skorzystali m.in. żyjący jeszcze mieszkańcy Pałuk. Potwierdza to specjalnie wydana legitymacja. Niesprawiedliwym z czysto ludzkiego punktu widzenia wydaje się jednak to, że ci, którzy niejednokrotnie wskutek wysiedlenia stracili wszystko, nie otrzymali żadnych odszkodowań z tego tytułu tylko dlatego, że nie przeszli przez obóz w Łodzi. Wysiedlenie nie było przecież dla nich wycieczką krajoznawczą ufundowaną przez niemiecki rząd.
    Należy też pamiętać, że około 30 rodzin (około 200 osób) udało się do GG z własnej woli, obawiając się pobytu na obszarze włączonym do Rzeszy. Poza tym ponad dwustu żninian wywieziono na przymusowe roboty do Niemiec, inni trafili do więzień, obozów koncentracyjnych lub zostali rozstrzelani.
     Warto podkreślić, że stosunek miejscowej ludności, do której siedzib przybywali wysiedleni, był dość przychylny. Propaganda niemiecka w myśl zasady dziel i rządź starała się jednak przedstawiać wysiedlonych, zwłaszcza w oczach górali, w bardzo negatywnym świetle m.in. jako kryminalistów, oszustów i degeneratów. Dlatego zdarzały się przypadki, że niektórzy z miejscowych uwierzyli Niemcom i posądzali przybyszy o przyjazd w celu wzbogacenia się ich kosztem. Byli też i tacy, którzy nie wierzyli, że ktoś mógł być wysiedlony bez jakiejkolwiek winy ze swojej strony. Do wysiedlonych z Pałuk przylgnęło też określenie poznańskie pyry, jako że przybywali z województwa poznańskiego.
     Ostatecznym celem tych działań miała być germanizacja ziemi, polegająca na zasiedlaniu ziem polskich, po uprzednim usunięciu z nich obcych etnicznie oraz rasowo narodów, odpowiednio dobranymi osadnikami niemieckimi pochodzącymi z krajów Europy Środkowo-Wschodniej. Do Żnina i okolic przesiedleńcy krwi niemieckiej (Baltendeutsche) w ramach akcji przesiedleńczej Heim ins Reich (Dom w Rzeszy) przybywali głównie z krajów nadbałtyckich, które latem 1940 roku straciły niepodległość i zostały wcielone do ZSRR - wówczas sojusznika Niemiec. Byli oni też wykorzystywani do rewizji bagaży wysiedlanych Polaków, którzy oczekiwali na transport w Domu Polskim. Niemieccy żandarmi pozwalali im zabierać wszystko, co uznali za zbędne dla wysiedlonych.

Henryka Wolska (Mączyńska), wysiedlona ze Żnina do województwa lubelskiego w sierpniu 1940 roku
          fot. Bartosz Woźniak Zabawka z Rabki ma swoją historię. Przesłana w 1940 roku do Żnina córce Henryce przez wysiedlonego Ignacego Mączyńskiego została odesłana pocztą, gdyż reszta rodziny Mączyńskich też została już wysiedlona. Ojciec wręczył ją więc córce dopiero, gdy spotkali się w Ponicach.
          fot. Bartosz Woźniak

Reklama

     W pewnym momencie dla Baltendeutschów zabrakło gospodarstw i mieszkań, dlatego zaczęli oni lokować się w miejscach, gdzie mieszkali nadal Polacy. Mogło to oznaczać tylko jedno - kolejne wysiedlenia polskich rodzin. Niemcom tym w przejmowaniu polskich gospodarstw na Pałukach pomagała młodzież z Hitlerjugend. Poza tym niemieccy urzędnicy i żandarmi mogli liczyć na wsparcie członków młodzieżowych organizacji faszystowskich z Norwegii. Choć przybywali oni tutaj na szkolenia z zakresu rolnictwa, celem zasiedlenia w przyszłości terenów podbitych przez Niemców na wschodzie, jednakowoż byli wykorzystywani jako eskorta podczas wysiedleń.
     Władze niemieckie bezwzględnie wysiedlały do GG właścicieli gospodarstw rolnych. Z obrębu Żnina taki los spotkał 33 gospodarzy, pięciu przymusowo wywłaszczono. Doprowadziło to do sytuacji, w której na terenie miasta w rękach polskich pozostało tylko jedno gospodarstwo rolne. Podobna sytuacja miała miejsce z ośrodkami przemysłu, rzemiosła i handlu. Większość z nich trafiła w ręce niemieckie, podczas gdy Polacy byli tam zatrudniani niemal wyłącznie do prac fizycznych, a nieliczni pracownicy umysłowi zajmowali niskiej rangi stanowiska, pozostając pod ścisłą kontrolą Niemców.
     ROLA NIEMIECKICH PAROBKÓW
    Przejęte przez Niemców nieruchomości miejskie w Żninie zostały objęte nadzorem specjalnie utworzonych do tego urzędów. Jeden z nich zarządzał przedsiębiorstwami handlowymi, a drugi budynkami mieszkalnymi, warsztatami rzemieślniczymi i zakładami przemysłowymi. Instytucje te w swoich działaniach nie respektowały prawa własności. Zajmując gospodarstwa na Pałukach dokonywały odpowiednich adnotacji właścicielskich w księgach hipotecznych. Z kolei zajęte po wysiedlonych nieruchomości w Żninie niejednokrotnie sprzedawały Niemcom, sporządzając odpowiednie akty notarialne. Poza tym Polaków przenoszono z dużych do małych mieszkań. Ci, którzy pozostali w Żninie, starali się obserwować sytuację i zapamiętywać, co dzieje się np. ze sprzętami domowymi wysiedlonych sąsiadów, czy nie są wywożone, czy przenoszone do innych mieszkań, aby po powrocie ich właściciele mieli szansę je odnaleźć. Na drzwiach mieszkań opuszczonych przez wysiedlonych Polaków, do których nie wprowadzili się jeszcze niemieccy osiedleńcy, zazwyczaj wywieszano kartkę w kolorze czerwonym informującą o zakazie wstępu. 

Siostry Joanna i Henryka Mączyńskie w dniu Pierwszej Komunii Św., do której przystąpiły w Czarnym Dunajcu w 1942 roku podczas wysiedlenia
              fot. archiwum rodzinne Henryki Wolskiej Stanisław Tokarski, wysiedlony ze Żnina do województwa lubelskiego w sierpniu 1940 roku           fot. Bartosz Woźniak

Reklama

     Wszystko to służyło realizacji hitlerowskiej ideologii, której założenia namiestnik Rzeszy w Kraju Warty Artur Greiser wyraził w następujący sposób: Niemiec jest panem w tym kraju, temu panu przysługuje cały kraj, ziemia, domy, gospodarstwa, wszystko. Wizytując w 1941 r. Żnin wygłosił na rynku przemówienie, w którym wyznaczył Polakom rolę niemieckich parobków.
     Plany niemieckich zbrodniarzy na szczęście nie zostały doprowadzone do końca, a sytuacja się odwróciła pod koniec wojny, kiedy klęska Niemiec była już pewna. Na mocy postanowień międzynarodowej konferencji w Poczdamie, celem zapobieżenia w przyszłości niemieckiej ekspansji na wschód, do Niemiec wysiedlono z Polski ponad 3 mln osób. Wcześniej bezprawnie osiedlona na Pałukach i innych polskich ziemiach ludność niemiecka uciekała razem ze swoimi wojskami. Także oni i ich spadkobiercy mienią się dzisiaj wysiedlonymi, a nawet wypędzonymi, domagając się zadośćuczynienia z tego tytułu, co stawało się już niejednokrotnie przyczyną politycznego konfliktu między Polską a Niemcami.
     Temat ten wchodzi również w zakres wieloletniego polsko-niemieckiego sporu między historykami, choć w tym gremium dyskusja jest bardziej rzeczowa i mniej emocjonalna. Nic nie zmieni jednak niepodważalnego faktu, kto wojnę wywołał i rozpoczął masowe deportacje, ewakuacje i wysiedlenia milionów ludzi różnych narodów. Byli to Niemcy i nie należy o tym zapominać, zwłaszcza w chwili, gdy próbuje się ten fakt relatywizować.
     Zapewne o wojennej tułaczce każdej wysiedlonej rodziny dałoby się napisać niejeden artykuł, jeśli nie książkę. Ze względu na upływający czas, niewielu pozostało świadków tamtych wydarzeń, a i oni też wszystkiego dokładnie nie pamiętają. Minęło już przecież ponad 70 lat. Jest to zatem być może ostatnia chwila, aby spisać i utrwalić przeżycia wysiedlonych, które sami zapamiętali i doświadczyli lub posiedli o nich wiedzę z opowiadań rodziców czy dziadków. Temat ten powinien być ważny nie tylko dla dotkniętych wysiedleniami, ale także dla ich dzieci i wnuków, mających okazję dowiedzieć się o wojennej przeszłości swoich rodzin. My przedstawiamy losy kilku z nich.
     W CIENIU TRAGEDII OJCA
     Jedną z pierwszych wysiedlonych rodzin z powiatu żnińskiego była rodzina Kmiotków z Gącza, niewielkiej miejscowości niedaleko Janowca Wielkopolskiego. Zanim zostali zmuszeni do opuszczenia własnego gospodarstwa, 9 września 1939 r. żołnierze Wehrmachtu wyprowadzili z domu i za bramą podwórza zamordowali ojca, Wawrzyna Kmiotka, za rzekome ukrywanie broni. Dzieci i żona Agnieszka słyszeli strzał. - Wyprowadzili ojca za bramę gospodarstwa. Padł chyba tylko jeden strzał i ojciec zginął na miejscu. Później owiniętego prześcieradłem załadowali go na wóz z końmi. Tak odprowadzaliśmy go na cmentarz, gdzie pochowano go bez trumny w wykopanym dole. Kiedy tak szliśmy, mijaliśmy się z kolumną maszerujących niemieckich żołnierzy - przywołuje tragiczne chwile Irena Rymer (z domu Kmiotek), wtedy 18-letnia dziewczyna.

Jan i Maria Szymankowie z córką Kazimierą w czasie wysiedlenia w województwie lubelskim. W tle drewniana chata, w której zamieszkali.
                  fot. archiwum rodzinne Stefanii Białkowskiej

Reklama

     Kilka tygodni później Niemcy przyszli ponownie, tym razem z nakazem wysiedlenia. Być może był to skutek zdarzenia związanego z zamordowaniem ojca. Był 5 grudnia 1939 r. Dali piętnaście minut na spakowanie najpotrzebniejszych rzeczy. Pozwolili na zabranie ręcznego bagażu: odzieży, pierzyny, naczyń potrzebnych do jedzenia i żywności na kilka dni. Kontrolowali, żeby nie zabrać zbyt wiele, zwłaszcza przedmiotów, które mogłyby się przydać osiedlanym tu Niemcom. Zakazali m.in. zabrania kompletu sztućców.
     - Była to bardzo dramatyczna sytuacja. Siostra Irena stawiała Niemcowi opór. Chciała zabrać sztućce z sobą. Taka postawa groziła śmiercią. Bałam się, że ją zastrzeli - wspomina jej młodsza siostra Wanda Walkowska, wówczas 8-letnia dziewczynka. Ostatecznie Irena podstępnie zabrała kilka sztućców, kiedy wróciła do domu po dokumenty.
     Kmiotkowie (matka Agnieszka, synowie Stefan i Leon, córki Cecylia, Irena i Wanda), podobnie jak inne rodziny z Gącza i okolic, udali się konnym wozem do punktu zbornego w Janowcu Wlkp. Tam ściśnięci jak bydło w przepełnionej hali, znajdującej się przy rynku miasta, śpiąc na słomie, w bardzo złych warunkach sanitarnych byli przetrzymywani około tygodnia. Czekali na dalszy transport.
     Następnie, załadowani do osobowych wagonów, jechali przez Warszawę do Mińska Mazowieckiego, gdzie w dziurawym ze wszystkich stron magazynie spędzili dwa tygodnie. - Podczas tych mroźnych zimowych dni najcenniejszą rzeczą była pierzyna, pod którą ogrzewała się cała rodzina - wspomina Wanda Walkowska.
     Z Mińska trafili do gospodarstwa we wsi Zalesie (miejscowi gospodarze byli zmuszani przez Niemców do przyjmowania wysiedlonych rodzin). W porównaniu z bogatymi majątkami ziemskimi na Pałukach, warunki życia i pracy na Mazowszu były fatalne; wielka bieda i prymitywne metody gospodarowania. Ciągle brakowało jedzenia, a głównym produktem żywnościowym była marmolada z wielkiego słoja.

Według naszych ustaleń opartych na wspomnieniach, choć lista jest niepełna, z powiatu żnińskiego wysiedlono w latach 1939/1940 rodziny lub członków z rodzin: Ceglarków, Czabańskich, Derechów, Dębińskich, Domagałów, Dutkiewiczów, Goców, Górnych, Jagockich, Jankowskich, Joachimowskich, Jurkiewiczów, Kabatów, Kłonieckich, Kopczyńskich, Krajewskich,
Kuczmów, Kujawów, Kurdelskich, Lamparskich, Lewandowskich, Lipońskich, Maciejewskich, Malaków, Marcinkowskich, Mnichowskich, Nowaków, Nyków, Okoniewskich, Opalewskich,
Paluszkiewiczów, Parzyńskich, Pawłowskich, Piechockich, Pilarskich, Piotrowskich, Reisnerów, Rochowiczów, Rybczyńskich, Rychłowskich, Rymarkiewiczów, Rzepkowskich, Skibińskich, Słomkowskich, Sobańskich, Spornych, Stromengerów, Szafrańskich, Szczodrowskich, Szewczykowskich, Szymańskich, Śmitkowskich, Średnickich, Świtałów, Tokarskich, Tucholskich, Walczaków, Walkowskich, Wardów, Wesołowskich, Wilhelmów, Wiśniewskich, Włodarczaków, Wabichów, Ziętków (Żnin), Salkowskich (Barcin), Musiałów (Białożewin),
Wojciechowskich (Brzyskorzystew), Jaśkowskich (Brzyskorzystewko), Kapuśniaków i Wysockich (Bożejewice), Piątków (Chomiąża Księża), Kledzików (Chomiąża Szlachecka), Sępruchów (Dochanowo), Karge, Popiołków, Skoniecznych, proboszcza Walentego Wnuka (Gąsawa), Chełminiaków, Wysockich (Godawy), Kmiotków i Siemianowskich (Gącz), Wardów (Gogółkowo), Felcynów, Kobusów, Napierałów, Pietrasów (Gorzyce), Wiczyńskich (Huba żnińska), Kurczewskich (Izdebno), Pezackich (Kcynia), Badynów (Kwieciszewo), Nyków (Łysinin), Manuszewskich (Mięcierzyn), Deców (Murczynek), Leśników (Podgórzyn), Brzykcy, Goców, Małeckich, Mazanych, Kałasów, Posadzy (Sarbinowo), Brossów, Budzińskich (Skarbienice), Głuszaków, Michałowiczów, Szymanków (Słabomierz), Bachorskich i Ciemnoczołowskich (Szelejewo), Blejów, Brylewskich, Czybulskich, Okońskich, Przybylskich, Rożków, Zamiarów (Świątkowo).    (bw)

Reklama

     Rodzina Kmiotków przebywała w Zalesiu do końca 1940 r. Wówczas przeniosła się do Mińska Mazowieckiego, gdzie zamieszkała w drewnianym domu. O to miejsce wystarał się starszy brat Stefan, który już wtedy ożenił się z miejscową dziewczyną. Kmiotkowie utrzymywali się z pracy najstarszej siostry Cecylii, która znalazła zatrudnienie w koszarowej pralni, a także siostry Ireny pracującej jako pomoc domowa u Niemca i w szwalni niemieckiego wojska. - Zarobki były bardzo niskie, tyle co na bochenek chleba. Poza tym wszystko było na kartki i trudno było cokolwiek dostać. Mama dorabiała czasem na handlu olejem, który dostawała z wytłaczalni od jakiegoś dobrego pana - wspomina Irena Rymer.
     Kiedy Hitler w czerwcu 1941 r. wydał rozkaz ataku na Związek Radziecki, bracia Stefan i Leon zostali zmuszeni do marszu razem z niemieckimi wojskami frontowymi w charakterze służby pomocniczej. Obaj trafili na Ukrainę - Stefan na Krym, a Leon do Borysławia. Reszta rodziny pozostała w Mińsku Mazowieckim do nadejścia ofensywy Armii Czerwonej latem 1944 roku. - Opuściliśmy Mińsk, kiedy nasz dom, z kilkoma innymi, spalił się w wyniku bombardowań. Przenieśliśmy się do znajomego gospodarza ze wsi Stanisławów. Okazało się, że mieliśmy pecha, gdyż front przechodził właśnie tamtędy, a w Mińsku było już spokojnie. Na szczęście świszczące wokół kule nas nie dosięgły - wspomina Wanda Walkowska.
     Po przejściu frontu rodzina Kmiotków we wrześniu 1944 roku ponownie przeniosła się do Mińska Mazowieckiego, gdzie zamieszkała w jednym pokoju na piętrze domu stojącego w pobliżu stacji kolejowej. Tam, bez odzieży na zimę, w pozbawionym okna mieszkaniu, mogąc liczyć tylko na skromne wsparcie Polskiego Czerwonego Krzyża, pozostała do marca 1945 roku. W tym też miesiącu najstarsza siostra Cecylia (miała wówczas 26 lat), pociągiem, z żołnierzami radzieckimi, wróciła do rodzinnego domu w Gączu, aby sprawdzić sytuację na miejscu. Miała ku temu sposobność dzięki mężowi, który z pochodzenia był Rosjaninem i pracował jako magazynier w składzie wojskowym Armii Czerwonej. Cecylia była już wówczas w ciąży. Niestety, nie zobaczyła już nigdy męża, który wyruszył dalej na front. Wszelki ślad po nim zaginął.
     Kiedy się okazało, że transport cywilny został uruchomiony i pojawiła się możliwość powrotu, kilka tygodni po wojnie Cecylia pojechała po resztę członków rodziny do Mińska. Wszyscy razem wrócili pociągiem na Pałuki. Wysiedli na stacji Łopienno, skąd pieszo udali się w kierunku domu. Był on całkowicie opustoszały i pozbawiony wszelkich sprzętów. - Nic nie było - wspomina Irena Rymer. Radość z powrotu w rodzinne strony przyćmiła jednak ten fakt całkowicie. Po zakończeniu wojny do domu wrócili szczęśliwie także bracia - Stefan i Leon, którzy brali udział w walkach frontowych przeciwko wycofującym się z Polski Niemcom.
     NA PODHALU
     Wysiedlony został też Hubert Kurczewski. Jego wojenna tułaczka rozpoczęła się we wrześniu 1939 r. Kurczewski, wówczas siedmioletni chłopiec, mieszkał z rodzicami i rodzeństwem w Izdebnie, w tamtejszym budynku szkolnym z racji tego, że ojciec - Alojzy Kurczewski był kierownikiem szkoły. Po wybuchu wojny i wyruszeniu ojca (jego dalsze losy są do dzisiaj nieznane) na front, wraz z matką Zofią (z domu Bachorska), bratem Kornelem i siostrą Zytą, został zmuszony do opuszczenia rodzinnej wsi. Warto w tym miejscu wspomnieć, że Izdebno było miejscowością pokolonizacyjną, gdzie osadnictwo niemieckie było organizowane jeszcze w czasach zaborów.
     Schronienie znaleźli w pobliskim Szelejewie, w gospodarstwie rolnym babci Konstancji Bachorskiej, gdzie mieszkali także Łucja Bachorska (siostra matki) i bracia matki: Kazimierz, Bernard i Stefan Bachorscy. W lutym 1940 r. z nakazem wysiedlenia przyszli w otoczeniu wojskowych niemieccy urzędnicy z Gąsawy. Cała rodzina została wysiedlona z Szelejewa. Mieli około godziny na spakowanie najpotrzebniejszych rzeczy. Zabrali więc dokumenty, odzież, żywność i wyruszyli konnymi wozami do Janowca Wielkopolskiego, gdzie w hali widowiskowej znajdował się punkt zborny dla wysiedleńców z okolic Żnina. Ściśnięci z innymi rodzinami, śpiąc na sianie, bez wyżywienia i elementarnych warunków sanitarnych czekali ok. 2 tygodni na transport do GG.
     Pociąg przyjechał ze Żnina. Byli już w nim żnińscy wysiedleńcy, dla których punktami zbornymi przed wyjazdem były budynki Domu Kultury i szkoły podstawowej. Na szczęście był to pociąg osobowy, choć nieogrzewany, co podczas bardzo mroźnej zimy kończyło się przymarzaniem odzieży do drewnianych ławek i odmrożeniami ciała. Podróż trwała około 3 dni. Prowadziła między innymi przez Częstochowę i Kraków, a punktem docelowym był Nowy Targ. Tam wysiedleńcy z Pałuk dzieleni byli na grupy i wysyłani dalej, do różnych miejscowości. Część z nich trafiła do mieszkań w Nowym Targu, także tych pożydowskich, inni do Czarnego Dunajca, Krościenka i Chabówki, w której znajdowała się ważna węzłowa stacja kolejowa między Krakowem a Nowym Targiem.
     - Wspólne dzielenie tragicznego wojennego losu przez rodziny wysiedlonych wywołało wśród nich poczucie konsolidacji, wzajemną pomoc oraz współpracę w poszukiwaniu zaginionych bliskich. Było to bardzo budujące w obliczu nieustannego zagrożenia ze strony okupanta - wspomina Hubert Kurczewski.
     Jego rodzinę wysłano do Rabki. Trafili do nowo wybudowanego pensjonatu uzdrowiskowego, do pomieszczenia, który dotąd służył jako salon fryzjerski. Warunkiem koniecznym przetrwania było znalezienie pracy, co chroniło również przed wywiezieniem na roboty do Rzeszy. Niemcy nie wywozili bowiem tych, którzy byli przydatni na miejscu.
     Dwóm braciom matki Huberta Kurczewskiego, Kazimierzowi i Stefanowi, udało się znaleźć pracę w młynach w Jaśle. Pomógł im w tym znajomy z Gąsawy, który zatrudnił się tam przed nimi. Trzeci z braci - Bernard znalazł pracę w Nowym Targu jako kelner w Deutsches Haus. - Paradoksem historii jest fakt, iż dzięki polityce niemieckiej (pruskiej) w czasach zaborów wysiedleńcy z Wielkopolski, w tym i powiatu żnińskiego, byli w korzystnej sytuacji na rynku pracy pod okupacją. Ich atutem była bardzo dobra znajomość języka niemieckiego, co było spuścizną po polityce germanizacyjnej, prowadzonej na tych ziemiach przez zaborcę pruskiego. Dzięki temu wysiedleni łatwiej mogli zdobyć pracę m.in. w urzędach - stwierdza Hubert Kurczewski. On sam uczęszczał w tym czasie do pierwszej klasy w polskiej szkole w Rabce. Nauka obejmowała tylko kilka przedmiotów (język polski, matematyka, rysunek, prace praktyczne, śpiew, religia).
     Edukację kontynuował już w Jaśle, dokąd w 1941 r. przeniosła się jego rodzina (najpierw na przedmieścia Jasła do Ziółkowa, gdzie pracowali bracia matki, a później do samego Jasła.
 Do czerwca 1944 roku ukończył tam kolejne cztery klasy.
     Do przebywającej w Jaśle rodziny Kurczewskich dołączyła ciocia Huberta Kurczewskiego, Salomea Bachorska-Glaser. Przed wojną studiowała we Lwowie. Tam wyszła za mąż i zamieszkała w domu rodzinnym męża w miejscowości Kutkosz pod Lwowem. Teren ten po wybuchu wojny znalazł się pod okupacją radziecką. Gdy Niemcy w 1941 roku zaatakowały ZSRR, obszar ten został włączony do GG jako dystrykt Galicja. Przyjazd do Jasła nie wymagał więc przekroczenia granicy. Wykorzystując tę sytuację, Salomea Bachorska postanowiła dołączyć do rodziny.
     Pobyt w Jaśle skończył się dla rodziny Kurczewskich i wielu innych wraz z wydaniem przez Niemców zarządzenia o wysiedleniu stąd ludności.

     Niemcy zamierzali bowiem wysadzić w powietrze miasto (odnowione wcześniej ze względu na dawny w nim pobyt Hitlera),  spodziewając się szybkiego nadejścia armii radzieckiej. Chcąc choćby w części zrzucić odpowiedzialność za zniszczenia na wojska radzieckie, wysadzali budynki również podczas ich ataku artyleryjskiego.
     Z Jasła rodzina Kurczewskich trafiła do majątku ziemskiego w pobliskiej Trzcinicy. Tam przygarnął ich Józef Wierzchosławski, który zarządzał tym majątkiem, a był wysiedlony z Marcinkowa Górnego. Mieszkali u niego od lipca do 3 listopada 1944 roku, kiedy to wyjechali pociągiem do Nowego Targu. Tam doczekali wkroczenia armii radzieckiej w styczniu 1945 r. Kiedy wkrótce Pałuki także zostały wyzwolone, postanowili wyruszyć w drogę do domu. Najpierw z całym dobytkiem na wozach udali się pieszo, ze względu na zniszczone linie kolejowe, do Krakowa, skąd w kwietniu 1945 r. wrócili pociągiem towarowym do Żnina. W początkowym okresie mieszkali w gospodarstwie babci w Szelejewie, by wkrótce przenieść się do Żnina.
     WYSIEDLENIE NA RATY
     Jako 9-letnia dziewczynka wysiedlona z rodzinnego majątku ziemskiego ze Żnina została także Henryka Wolska (z domu Mączyńska). Zanim do tego doszło Mączyńscy jeszcze we wrześniu próbowali schronić się przed nadciągającym frontem wojsk niemieckich u rodziny w Parlinku, dokąd udali się niemal z całym dobytkiem. Tam byli tylko około trzech dni, gdyż okazało się, że zbliżają się Niemcy. Wrócili więc z powrotem do Żnina. - Cała podróż w dwie strony przyniosła nam duże straty zwierząt gospodarczych, koni, bydła, które w zawierusze wojennej zwyczajnie się pogubiły lub przemieszały z innymi. Po drodze jeszcze przeżyliśmy szczęśliwie ostrzał z niemieckich samolotów - wspomina Henryka Wolska.
     Po powrocie do Żnina okazało się, że Niemcy zajmują już miasto. Wobec zagrożenia, Izabela Mączyńska z dziećmi wyjechała do siostry męża do Bydgoszczy, aby tam znaleźć bezpieczne lokum. Niestety, szybko musieli wracać z powrotem, gdyż rodzina z Bydgoszczy została objęta aresztowaniami, a poza tym w mieście dochodziło do krwawych wydarzeń.
     Kiedy wrócili w grudniu do Żnina, okazało się, że ojciec Ignacy Mączyński został już wysiedlony. Wkrótce dowiedzieli się, że w transporcie przez Nowy Targ trafił do wsi Ponice niedaleko Rabki. Tymczasem ich dom w Żninie został już zajęty przez Niemców. - Niemiec nie wpuścił nas do środka, abyśmy mogli zabrać jakiekolwiek rzeczy. Była sroga zima, mama chciała wziąć choćby ciepłe kożuszki i buty dla nas, ale nie pozwolił na nic. Mogliśmy jedynie zamieszkać na strychu swojego domu - ze łzami w oczach mówi Henryka Wolska.
     Następne miesiące spędzili na strychu w oczekiwaniu na wysiedlenie, do którego doszło w sierpniu 1940 roku. - Każdy z nas miał jakiś tobołek zawinięty w chustę. Poza tym mama zaszywała w naszych ubraniach najcenniejsze przedmioty, aby ukryć je przed Niemcami. Brat Antoni miał na przykład w bucie zegarek na łańcuszku - wspomina Henryka Wolska.
     Na dworcu PKP w Żninie Izabela Mączyńska z dziećmi: Antonim, Ignacym, Joanną i Henryką zostali załadowani do bydlęcych wagonów i przetransportowani pociągiem do Łodzi, gdzie trafili do obozu przesiedleńczego znajdującego się w opuszczonej hali przemysłowej. Niemcy zaraz po przyjeździe zabierali ludziom cenne przedmioty, nawet złote zęby. Podzielili też dzieci na chłopców i dziewczęta, i wybierali spośród nich te o cechach najbardziej zbliżonych do rasy nordyckiej, aby wywieźć do Rzeszy i zniemczyć. - Zagrożony był brat Antoni, ale miał ciemne włosy i chyba dlatego nie wzięli go. Nie nadawał się na prawdziwego Niemca - stwierdza Henryka Wolska.
     Po około dwóch tygodniach pobytu w łódzkim obozie, Mączyńscy zostali odprowadzeni przez żandarmów w towarzystwie psów na dworzec PKP i przewiezieni towarowymi wagonami do Lublina. Na tamtejszym dworcu każda z rodzin była przydzielana do określonego gospodarza i konnymi wozami przewożona do jego domu na wieś. - Mama nie chciała mieszkać na Lubelszczyźnie. Udało nam się wymknąć z tłoku. Poprosiła kolejarza o przechowanie nas. Ryzykował bardzo wiele, ale się zgodził. Noc spędziliśmy w jakiejś komórce na dworcu. Rano, z pomocą kolejarza schowani w wagonie pocztowym, wyruszyliśmy pociągiem do Krakowa - wspomina Henryka Wolska. Z Krakowa jechali pociągiem do Nowego Targu, następnie do Rabki, skąd na pieszo doszli do Ponic, gdzie w gospodarstwie u górali przebywał od grudnia 1939 roku Ignacy Mączyński. Zatem cała rodzina znów była razem.
     W Ponicach była wielka bieda. Po chleb i marmoladę, podstawowe wówczas produkty żywnościowe otrzymywane na kartki, chodzili do Rabki. W końcu w 1941 roku Ignacemu Mączyńskiemu udało się załatwić przeprowadzkę rodziny do znajomych w Czarnym Dunajcu. Tam zamieszkali w domu piekarza. Ignacy Mączyński dostał pracę jako stróż w firmie, która pogłębiarkami wydobywała kamienie z rzeki. - W tym momencie skończyły się właściwie nasze problemy z zaspokojeniem głodu. Piekarz pozwalał nam zabierać chleb i bułki nagryzione przez myszy. Codziennie liczyliśmy na to, aby było ich jak najwięcej. Latem chodziliśmy też do lasu na grzyby i jagody - opowiada Henryka Wolska.
     Henryka Wolska wspomina z czasów wysiedlenia pogromy na ludności żydowskiej: - Kiedy Niemcy dokonywali masowych rozstrzeliwań, kazali zasłaniać zasłony w oknach, żeby nikt nie patrzył. Gdyby zasłona się poruszyła, strzelaliby do takiego okna.
     Wspomina też, że ich dom był wielokrotnie rewidowany przez gestapo. Niemiecka policja szukała różnego rodzaju towarów z przemytu, które trafiały do Czarnego Dunajca ze Słowacji. - Przychodzili w nocy z psami. Świecili nam latarkami w oczy. Szukali głównie radia i nart - przypomina sobie Henryka Wolska.
     W Czarnym Dunajcu dużo rodzin ze Żnina i okolic mieszkało przy ul. Kmietowicza, głównej ulicy miasta. Rodziny z Pałuk pomagały sobie, co do pewnego stopnia łagodziło tragedię wysiedlenia. Dzieci biegały do rzeźnika Joachimowskiego, pracującego u Niemki w Nowym Targu, który po kryjomu przekazywał im mięso. Z kolei mleko i mąkę można było zdobyć u wysiedlonego Nyki, który pracował jako ekonom u niemieckiego gospodarza w Chmielniku. W Czarnym Dunajcu dzieci Mączyńskich uczęszczały do polskiej publicznej szkoły powszechnej. W 1942 roku Henryka i Joanna przystąpiły tam do pierwszej komunii świętej. Wspólnie z nimi po raz pierwszy komunię świętą przyjęły wówczas inne dzieci wysiedlonych z Pałuk oraz mali górale. 
     Na przełomie 1943 i 1944 roku, w obawie przed nadciągającym ze wschodu frontem, Mączyńscy przenieśli się do wspomnianego Chmielnika. Dzieci kontynuowały naukę w tutejszej szkole. Miało być bezpieczniej niż w Czarnym Dunajcu. Nie do końca się to sprawdziło, gdyż miejscowość ta została zbombardowana, a ludzie na przejście frontu czekali stłoczeni w schronie-ziemiance, w mrozie i pod śniegiem.
     Rodzina Mączyńskich w Chmielniku doczekała wkroczenia armii radzieckiej i wyzwolenia spod okupacji niemieckiej. Ponieważ mieszkali przy drodze prowadzącej na Kielce, byli świadkami przechodzącej tędy defilady wojsk radzieckich z katiuszami, czołgami i samochodami wojskowymi. - Wycieńczeni żołnierze pytali nas - dzieci, czy daleko jeszcze do Berlina. Odpowiadaliśmy, że tam za górką, z czego bardzo się cieszyli. Widać było u nich wielki zapał do pokonania Niemców. Za nimi szły kobiety żołnierki pędzące stado krów dla wojska - wspomina te chwile Henryka Wolska.
     Około dwóch miesięcy później, w marcu 1945 roku, Mączyńscy wyruszyli w drogę powrotną do Żnina. Na miejscu musiała jednak pozostać matka Izabela, która była w zaawansowanej ciąży. Razem z nią została córka Joanna. Reszta rodziny z załadowanym w walizki z dykty i desek dobytkiem, wozami konnymi udała się z Chmielnika na dworzec kolejowy do Kielc. Tam zastali tłumy ludzi pchające się do pociągu, który miał jechać do Inowrocławia. Długi sznur wagonów miały ciągnąć dwie lokomotywy. - Do wagonu udało się wejść tylko tacie - opowiada Henryka Wolska. - Był wielki tłok. Wpadliśmy na pomysł, aby jechać na dachu, na którym byli już inni ludzie. Razem z braćmi wskoczyliśmy więc na dach i trzymając się kominów wentylacyjnych jechaliśmy w ten sposób do Inowrocławia. Musieliśmy tylko schylać głowy przed tunelami. Z Inowrocławia już bez kłopotów dojechaliśmy pociągiem do Żnina - kończy swoją opowieść Henryka Wolska.
     Po przyjeździe do Żnina, Ignacy Mączyński wysłał córkę Henrykę po wózek, aby nie dźwigać walizek z dworca do domu. Henryka pożyczyła wózek od państwa Lipońskich, którzy już wcześniej wrócili z wysiedlenia. Na nim przywieźli swój dobytek do domu, którego wnętrze zastali zniszczone i zdewastowane. Ze zwierząt i urządzeń gospodarczych nic nie zostało. Izabela Mączyńska z córką Joanną i urodzoną właśnie Aleksandrą wróciły do Żnina trzy tygodnie później. - Mama zapłaciła położnej wspomnianym wcześniej zegarkiem ukrytym w bucie brata - wspomina Henryka Wolska.
Po zakończeniu wojny rodzina Mączyńskich rozpoczęła odbudowę straconego dobytku. Nie było to łatwe ze względu na wprowadzony po wojnie w Polsce system gospodarczy i społeczno-polityczny. Rządzący wówczas, z nadania Związku Radzieckiego, komuniści byli wrogo nastawieni do przedwojennych właścicieli majątków ziemskich i ich prześladowali.
     OPÓŹNIONE WYSIEDLENIE
     Kolejnym wysiedlonym, z którym udało nam się porozmawiać, był Stanisław Tokarski (wtedy 8-letni chłopiec). Wysiedlenie jego rodziny nie odbyło się w planowanym terminie ze względu na śmierć stryja. - Decyzja o wysiedleniu już była. Tata udał się więc do landrata (odpowiednik polskiego starosty) z prośbą o przesunięcie terminu wysiedlenia, gdyż chciał jeszcze przed wyjazdem godnie pochować swojego brata w Żninie. Niemcy wyrazili zgodę, dlatego nasz wyjazd o dwa tygodnie się opóźnił - wspomina Stanisław Tokarski. - Dlaczego aż dwa tygodnie? Niemcy po prostu czekali na skompletowanie nowej grupy wysiedlonych, aby wypełnić cały transport wagonów - dodaje.
     Wysiedlenie miało miejsce w sierpniu 1940 roku. Najpierw żandarm przyszedł z nakazem wysiedlenia od landrata, dając godzinę na spakowanie najpotrzebniejszych rzeczy. Następnie rodzina Tokarskich (ojciec Stanisław, matka Leokadia, dzieci - Józef, Stanisław, Maria i Elżbieta) została odprowadzona do punktu zbornego, który znajdował się koło stogów rolniczych nad Gąsawką. Warto podkreślić, że wysiedleniu nie podlegał, z uwagi na osiągniętą rok wcześniej pełnoletność, najstarszy z rodzeństwa Antoni. Stamtąd z innymi rodzinami zostali odprowadzeni przez łąki na żnińską stację kolejową, załadowani do bydlęcych wagonów i wywiezieni pociągiem do Łodzi.
     Zostali umieszczeni w obozie przesiedleńczym, który znajdował się w wielkiej hali przemysłowej. - Podawano nam do jedzenia tylko czarną kawę i suchy chleb. Niemcy nie zapomnieli za to o ograbieniu ludzi ze złota, pieniędzy i cennych przedmiotów - wspomina Stanisław Tokarski. Przez dwa tygodnie urzędnicy niemieccy przeprowadzili ewidencję wysiedlonych, podzielili ich na grupy i wyznaczyli kierunki dalszej podróży.
     - Dzięki ówczesnej skrupulatności Niemców, wiele lat po wojnie udało się odnaleźć w łódzkim sądzie rejestr wysiedlonych, na podstawie którego można było uzyskać uprawnienia kombatanckie - mówi Stanisław Tokarski.
     Jego rodzina została wysłana do gospodarstwa w jednej ze wsi w gminie Janów Podlaski, w powiecie kraśnickim, dokąd także jechali bydlęcymi wagonami. Byli tam przez pół roku. Ze względu na brak jakiegokolwiek zakładu pracy, który mógłby stanowić źródło utrzymania rodziny, przenieśli się do Czarnego Dunajca, gdzie zamieszkali w parterowym domu, w jednym pokoju z kuchnią, u miejscowego gazdy. Już wcześniej był tam brat matki Wacław Sarnowski z Kcyni, który został wysiedlony w to miejsce bezpośrednio z innymi mieszkańcami powiatu żnińskiego. Pracował przy piłach tarczowych w tartaku. Ojciec znalazł zatrudnienie jako portier w gospodarstwie gazdy, w czym pomogła mu bardzo dobra znajomość języka niemieckiego. Starszy brat Józef od 1941 roku, kiedy tylko skończył 16 lat, także musiał pracować w tartaku.
     Stanisław uczęszczał do szkoły w Czarnym Dunajcu, a w wolnych chwilach starał się pomagać rodzicom w przeżyciu kolejnych dni. - Zimą, kiedy nie było żadnego zajęcia chodziłem do szkoły, a kiedy robiło się coraz cieplej starałem się pracować. Chodziłem do gazdy paść krowy, zbierać owoce i grzyby w lesie, a także na wykopki. Zapłatą były ziemniaki i wyżywienie. Mama cieszyła się, że w domu ma o jedną gębę do wyżywienia mniej - wspomina.
     Oprócz tych zajęć młody Stanisław służył do mszy św. jako ministrant u księdza kanonika Łabędzia z Czarnego Dunajca, którego bardzo miło wspomina ze względu na jego dobroć i wsparcie, jakiego udzielał wielu ludziom w tych tragicznych czasach. - Ksiądz Łabędź z pomocą sióstr zakonnych wyprawił w szkole przyjęcie komunijne dla mnie i mojej siostry Marii. Nie było wspaniałych prezentów jak dzisiaj, za to zachwycaliśmy się drożdżówką i kawą z mlekiem, które były wtedy czymś wyjątkowym na stole  - przypomina sobie Stanisław Tokarski. Siostra, choć dwa lata młodsza, przystąpiła do pierwszej komunii razem z bratem ze względów materialnych i praktycznych. W warunkach wojennej poniewierki i ciągłej walki o byt rodzina nie miała możliwości przygotowania dwóch uroczystości w tak krótkim odstępie czasu, tym bardziej w obcym domu.
     Służba ministrancka przynosiła też korzyści w czasie zimowego kolędowania z księdzem Łabędziem. Odbywało się ono na wielkich saniach. Wówczas była możliwość uzyskania produktów żywnościowych od odwiedzanej ludności. - Nikt nie dawał pieniędzy, tylko dary w naturze. Ksiądz pozwalał nam zabrać z sobą np. masło, oscypki, a nawet gęś. Zdawał sobie sprawę z tragicznego położenia, wielkiej biedy i stałego niedożywienia wysiedlonych - przywołuje te chwile Stanisław Tokarski. - A bieda była straszna. Lepsze jedzenie i radość w domu były także wówczas, gdy tata jako zawodowy rzeźnik był proszony przez miejscowych gospodarzy o przerobienie mięsa. Dostawał wtedy jego część jako zapłatę - dodaje.
     Stanisław Tokarski nie może zapomnieć dramatycznych momentów pobytu na Podhalu. Z uwagi na fakt, iż było to pogranicze polsko-słowackie, ściślej granica GG ze Słowacją, dochodziło na tym obszarze do częstych akcji przemytniczych, których konsekwencją były strzelaniny. Poza tym polscy partyzanci napadali na niemieckie spółdzielnie rolnicze, w celu zdobycia produktów żywnościowych. Kończyło się to często akcjami pacyfikacyjnymi ze strony niemieckich służb bezpieczeństwa. Niemcy nie ustawali też w prowadzeniu swojej zbrodniczej działalności wobec ludności żydowskiej. - Co niedzielę z Czarnego Dunajca wywozili Żydów i następnie ich rozstrzeliwali - przywołuje tragiczne wydarzenia Stanisław Tokarski.
     W kwietniu 1945 roku rodzina Tokarskich udała się w drogę powrotną do Żnina. Najpierw z Czarnego Dunajca jechali konnymi wozami na stację kolejową do Chabówki. Stamtąd pociągiem towarowym do Krakowa, gdzie 3-4 dni oczekiwali na wagony do dalszej podróży. Ostatecznie pojechali pociągiem towarowym do Inowrocławia, gdzie przesiedli się do pociągu osobowego, który dowiózł ich do rodzinnego Żnina. Tu czekała na nich niespodzianka, gdyż w ich mieszkaniu nadal pozostawała osiedlona w nim Niemka z synami, która nie zamierzała się wyprowadzić. Tokarscy pozwolili im zamieszkać czasowo w jednym z pokoi. Wkrótce jednak Niemcy zostali przeniesieni do baraków i wywiezieni do swojego kraju. Rodzina Tokarskich mogła więc rozpocząć odbudowę własnego dobytku w nowej powojennej rzeczywistości.
     NA LUBELSKIEJ WSI
     W tym samym kierunku, przez Łódź, wysiedleniem została objęta rodzina Szymanków ze Słabomierza, z czego relację przekazała nam wnuczka Stefania Białkowska.
     Sam moment wysiedlenia miał miejsce w sierpniu 1940 roku. Kiedy rano Jan Szymanek szedł nakarmić konie przed wyjazdem do Żnina, przyszli niemieccy żandarmi. Zawołali go i nakazali wszystkim członkom rodziny opuścić gospodarstwo. Następnie weszli do domu i obudzili żonę Jana - Marię Szymanek oraz córki Łucję, Annę i Kazimierę. Dzieci były przerażone tą sytuacją i zaczęły strasznie krzyczeć. Niemcy nie pozwolili nawet na spakowanie najpotrzebniejszych rzeczy. Jeden z nich wyrzucił przez okno oprawione pamiątki z Pierwszej Komunii Świętej. W zamieszaniu Janowi Szymankowi udało się zabrać worek, do którego włożył buty i czarne ubranie.
     Jan i Maria z córką Kazimierą (starsze córki, Łucja i Anna, zostały wywiezione do Rzeszy na przymusowe roboty, gdzie trafiły do wsi Heslingen niedaleko Hannoveru) zostali wywiezieni konnym wozem, który Niemcy zabrali z gospodarstwa należącego przed wojną do Leona Kruszki (wówczas gospodarstwo to było już zajęte przez Niemca). Kiedy przejeżdżali obok rodzinnej ziemi, Jan Szymanek zdjął nakrycie głowy, pokłonił się nisko, a z oczu popłynęły mu łzy.  
     Rodzina została przywieziona do Żnina i pozostawiona na łąkach w pobliżu dworca kolejowego. Siedzieli tam do wieczora bez jedzenia i picia. Z pomocą ze Słabomierza na pieszo przyszła Franciszka Maciejowska, która przyniosła jabłka i pomidory. Wieczorem zostali załadowani z innymi rodzinami z powiatu żnińskiego do towarowych wagonów i wywiezieni do Łodzi, gdzie w fabrycznej hali spędzili na słomie, w tragicznych warunkach około tygodnia.
     Z Łodzi zostali przewiezieni pociągiem do Chełma Lubelskiego, a następnie konnym wozem do wsi Kracie. - Przydzielono im drewnianą chatę bez jakiegokolwiek wyposażenia. Pierwszą noc spędzili na słomie wśród wszechobecnych gryzących pluskiew i pcheł. Musieli utrzymać się z 4 hektarów piaszczystej ziemi, kawałka łąki i jednej krowy. To był ich cały dobytek - przywołuje relację przodków Stefania Białkowska.
     Na lubelskiej wsi, w bardzo skromnych warunkach i codziennej walce o byt, rodzina Szymanków spędziła całą okupację niemiecką. Na sam koniec pobytu, tuż przed wyjazdem, przydarzył się nieszczęśliwy wypadek. Maria Szymanek piekła chleb na drogę, kiedy od nieszczelnego komina zapaliła się drewniana chata, w której mieszkali. Pożar został ugaszony, jednak Jan Szymanek miał poparzone całe ręce.
     Szczęśliwym dniem powrotu na Pałuki był 1 kwietnia 1945 roku, kiedy Szymankowie dojechali pociągiem do Damasławka, gdzie przenocowali u rodziny Pawlaków, którzy wspólnie z nimi wracali z wojennej poniewierki. Następnego dnia wozem Pawlaków zostali odwiezieni do Słabomierza. Radość tych, którzy wrócili i witających ich sąsiadów była ogromna. Pojawili się akurat na czas świąt wielkanocnych, więc atmosfera do świętowania była sprzyjająca w dwójnasób. Szymankowie, zanim wrócili do własnego domu, zostali ugoszczeni przez swoich krewnych z rodziny Napierałów. Odbudowa majątku w pierwszych miesiącach po powrocie odbywała się w oczekiwaniu na przyjazd córek, które wróciły z Niemiec dopiero w grudniu 1945 roku. Wtedy cała rodzina była wreszcie w komplecie.
     PO POWROCIE
     Na Pałuki wrócili niemal wszyscy wysiedleni. Do zniszczonych i rozgrabionych, nie tylko przez Niemców, ale niestety i Polaków, mieszkań, majątków ziemskich, warsztatów i przedsiębiorstw. Codzienna walka o byt, o kromkę chleba, w obliczu nieustannego zagrożenia życia się skończyła. Nadszedł za to czas odbudowy dobytku i powrotu do normalności. Niestety, ta powojenna normalność, podobnie jak odzyskana wolność, okazała się mocno ułomna i fałszywa. Wielu rodzinom nie udało się odtworzyć przedwojennego stanu posiadania. Była to jednak Polska, nie GG.
     Najważniejsza literatura:
     H. Arendt, Eichmann w Jerozolimie. Rzecz o banalności zła, Kraków 2010.
     J. Jastrzębski, Hitlerowskie wysiedlenia z ziem polskich wcielonych do Rzeszy, Poznań 1968.
     Cz. Łuczak, Kraj Warty 1939-1945. Studium historyczno-gospodarcze okupacji hitlerowskiej, Poznań 1972.
     D. Matelski, Niemcy w Polsce w XX wieku, Warszawa - Poznań 1999.
     B. Nitschke, Wysiedlenie czy wypędzenie? Ludność niemiecka w Polsce w latach 1945-1949, Toruń 2001.
     M. Rutowska, Wysiedlenia ludności polskiej z Kraju Warty do Generalnego Gubernatorstwa 1939-1941, Poznań 2003.
     A. Stromenger, Człowiek z zakalcem. Notatki wspomnieniowe z lat 1939-1945, Warszawa 1970.
Wysiedlenie i poniewierka 1939-1945. Wspomnienia Polaków wysiedlonych przez okupanta hitlerowskiego z ziem polskich „wcielonych” do Rzeszy. Wybór i opracowanie R. Dyliński, M. Flejsierowicz, S. Kubiak, Poznań 1974.
     Żnin. 700 lat dziejów miasta, Bydgoszcz 1965.

Reklama

Bartosz Woźniak
Pałuki nr 1003 (18/2011)

S2UFLADA

Aplikacja na Androida

Źródło i opracowanie własne Aktualizacja: 13/06/2024 12:35
Reklama

Komentarze opinie

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.

Komentarze mogą dodawać tylko zalogowani użytkownicy.

Zaloguj się

Reklama

Wideo palukiznin.pl




Reklama
Najnowsze wiadomości