Reklama

Z Leningradu przez Izrael do Żernik

Ludmiła Boruszewska z mężem Andrzejem i córką Ludmiłą Gorbowską fot. Sylwia Wysocka

Ludzie Pałuk
    Z Leningradu przez Izrael do Żernik 
    Ludmiła Boruszewska, mieszkanka Żernik, ma dwa obywatelstwa - polskie i izraelskie, rosyjskiego musiała się zrzec. Jej marzeniem było zamieszkać w Polsce, gdyż przez całe życie czuła się Polką. "Miałam burzliwe życie, dużo przeszłam, wiele widziałam, ale w całym moim życiu najszczęśliwsze było to ostatnie dziesięć lat tu w Polsce" - mówi nasza bohaterka.  

    W 1939 roku dziadkowie Ludmiły Boruszewskiej wraz z ośmiorgiem dzieci, w tym również matką Ludmiły, zostali z Polski wywiezieni na Syberię. Tam pracowali w obozach pracy, wyrąbywali drzewa i spławiali je rzeką w dół.   

    Dziadek Antoni Szydłowski w 1945 roku zaciągnął się do Armii Andersa, z którą doszedł do Berlina. Po powrocie z Berlina zamieszkał w Bydgoszczy i cały czas czynił starania, by jego rodzina mogła wrócić do Polski. W kwietniu 1946 roku rodzina wróciła do kraju. Matce pani Ludmiły nie udało się wepchnąć do podstawionego wagonu i została w Związku Radzieckim. Straciła szanse na powrót do Polski. 
    W Związku Radzieckim poznała młodego oficera, za którego wyszła za mąż. Po ślubie zamieszkali w Leningradzie. Ojciec pani Ludmiły biorąc sobie Polkę z pochodzenia za żonę musiał odejść z wojska i rozpoczął pracę w stoczni.   
    Matka pani Ludmiły pierwszy raz przyjechała do swego kraju dopiero w 1954 roku, po śmierci Stalina. Wówczas pierwszy raz odwiedziła rodzinę w Bydgoszczy, której udało się powrócić do kraju.   
   LENINGRAD: NA DACZY 
   Pani Ludmiła urodziła się w Leningradzie. Swe dzieciństwo wspomina bardzo miło. 
    - "Jako dziecko byłam bardzo szczęśliwa. Tata był niesamowitym pracusiem i za honor uważał utrzymanie rodziny. Mama nie pracowała zawodowo, tata po części chyba chciał jej wynagrodzić w ten sposób tragedię, jaką przeszła, po części też żył w takim przekonaniu, że kobieta powinna zajmować się domem i dziećmi" - opowiada pani Ludmiła. 
Z dzieciństwa często przypomina jej się, że chodziła na sanki, śnieg iskrzący w słońcu. Często chodziła z mamą na spacery po pięknych parkach w Leningradzie, które uroku nabierają jesienią. 
    - "Kiedy podrosłam zaczęły się wyprawy do teatru. Początkowo były to lalkowe przedstawienia, potem w miarę upływu czasu na scenie ukazali się mi prawdziwi aktorzy. Najbardziej jednak uwielbiałam cyrk, tam spędzałam wiele czasu. Kiedy poszłam do szkoły, często odwiedzaliśmy muzea. W moim rodzinnym mieście było ich wiele - Pałac Zimowy, Ermitaż, Ruski Muzeum itd. Dziś nie sposób w paru zdaniach opisać lat dzieciństwa. Zawsze coś nowego działo się w Leningradzie i zawsze było co oglądać" - opowiada pani Ludmiła. 
    Bohaterka przyznaje, że ma wielki sentyment do rodzinnej daczy. W Rosji przyjęte jest że rodziny mają swe domki letniskowe. 
    - "Wakacje tam trwają trzy miesiące, miasta są duże i zatłoczone, dlatego latem wyjeżdża się z dziećmi na daczę z dala od miejskiego zgiełku. Nasza dacza mieściła się w Karelii 120 km od granicy z Finlandią. Przepiękne miejsce, setkami kilometrów ciągnący się las iglasty, jeziora z kryształową wodą, tak czyste, że widać płynące ryby. To jedyna rzecz jakiej mi tu brakuje, ale nie można mieć wszystkiego. Tak właśnie wspominam swoje dzieciństwo w mieście stworzonym przez Piotra I zwanym Północną Wenecją" - powiedziała pani Boruszewska.  
    Gdy dorosła, pracowała jako fryzjerka w dużym zakładzie. Dorobiła się mieszkania, samochodu, daczy. 
    Pani Ludmiła wyszła za mąż. W 1980 roku urodziła się jej córka Ludmiła Gorbowska.  
    - "Mimo dóbr materialnych zawsze było mi tam źle. Wciąż myślałam o powrocie do ojczyzny moich dziadków i matki. Zawsze chciałam mieszkać w Polsce, czułam się Polką" - mówi pani Miła.
    IZRAEL: BOMBARDOWANIE 
    Pani Ludmiła podczas wizyt w Bydgoszczy starała się oficjalnie załatwić możliwość przeprowadzenia się do Polski. Nie udało się.   
    - "Postanowiłam więc inną drogą trafić do Polski".   
    W 1989 roku pani Ludmiła wyemigrowała do Izraela.  
    - "Miałam możliwość wyemigrowania do Izraela i tak też uczyniłam. Zabrałam córkę i obie przeprowadziłyśmy się do Tel-Awiwu. Tam był zupełnie inny świat od tego, jaki znałam w Rosji. Można było kupić co się chciało, nie było kartek, talonów, ograniczeń, nie było trzeba przepłacać kilkakrotnie za bluzkę, by ją zdobyć, tam wszystkiego było pod dostatkiem. Klimat zupełnie inny - przez 6 miesięcy susza, później pół roku zimy z opadami deszczu i temperaturą 17 stopni, pustynie, Morze Czerwone, wszystko tam było inne. Pełna euforia, entuzjazm, zauroczenie, ale kiedy człowiek już się okupił, naoglądał, zobaczył czego był ciekaw, to zaczyna się zastanawiać, czy mimo że jego sytuacja się zmieniła, że można tu zarobić większe pieniądze, że ma większą swobodę i wolność, to czy jest tak naprawdę szczęśliwy. Czy to co ma jest tym prawdziwym szczęściem dla niego? Tak naprawdę to najbliższa mi jest kultura polska, czuję i czułam się zawsze Polką. Ja w Izraelu pracowałam dużo, dorobiłam się mieszkania, nowego samochodu, udało się mi też odłożyć sporo pieniędzy. Dobrze się nam z córką żyło, wciąż jednak to nie było to. Mimo że dostatek, to wciąż czegoś nam brakowało" - opowiada dziś obywatelka Polski.  
Pani Ludmiła do dziś doskonale pamięta czas wybuchu pierwszych zamieszek w Zatoce Perskiej, kiedy wezwano mieszkańców do odbioru masek przeciwgazowych. W mieszkaniach nakazano przygotować jeden pokój szczelnie zamknięty.  
    - "Pozaklejałyśmy okna tak jak kazano, pod drzwi ułożyłyśmy materiały nasączone chlorem.     Pamiętam - kiedy zaczęły wyć syreny, córka była już ubrana w wełniany dres, jaki nam nakazano założyć w czasie alarmu, i w maskę. Ja jeszcze nie zdążyłam założyć maski, kiedy spadła bomba. Drzwi nasze były wprost drzwi wejściowych do budynku i podczas wybuchu wypchnęło nasze drzwi wejściowe. W ręce utkwiła mi po wybuchu szyba. Kiedy spojrzałam na rękę, byłam przerażona. Strasznie przestraszona była też córka. Szkło usunęłam z ręki, zacisnęłam rękę nad raną by się nie wykrwawić i zadzwoniłam po pogotowie. Odmówiono mi pomocy do czasu aż okaże się, że nie ma niebezpieczeństwa zatrucia gazowego, czego się tam obawiano. Poszłam do sąsiadów, traciłam w tym czasie duże ilości krwi, oni też próbowali sprowadzić pomoc, niestety bezskutecznie. Poszli po innego z sąsiadów, Izraelczyka, który nie przebierał w słowach wzywając karetkę. Traciłam przytomność na skutek utraty krwi. Jednak wszystko zakończyło się pomyślnie, udzielono mi pomocy medycznej, byłam operowana, choć do dziś ręki nie mam do końca sprawnej" - opowiada pani Ludmiła.   
    - "Mimo że miałam tam pracę, dach nad głową i pieniądze, to obawiałam się dalszych ataków. Bałam się najbardziej o córkę. Akty terrorystyczne później ucichły, życie pomału wracało do normy, ja jednak obawiałam się o córkę. Tam jest warunek, że po skończeniu 18 lat obywatel tego kraju musiał odbyć służbę wojskową, zarówno mężczyźni, jak i kobiety. Kiedy widziałam na ulicach, w autobusach młodzież z bronią maszynową, to z lękiem myślałam o córce i o tym, że i ona będzie musiała podjąć służbę. Po pewnym czasie znów wznowiły się ataki terrorystyczne. W trakcie pobytu w Izraelu dwa razy byłyśmy w Polsce. Kiedy opowiadałam, jak tam to wszystko wygląda, kiedy mówiłam o atakach terrorystycznych, rodzina słuchała mnie z niedowierzaniem. Nie chcieli wręcz wierzyć w to, o czym mówiłam" - mówi nasza bohaterka.  
    Córka pani Ludmiły Miła w Związku Radzieckim skończyła trzy klasy szkoły o profilu matematyczno-fizycznym, w Izraelu uczyła się w gimnazjum dla dzieci uzdolnionych. Dzieci tam dowożone były do szkół autobusami pod ochroną. Szkoły otoczone były murami, nadzór sprawowało wojsko.  
     POLSKA: WALKA O OBYWATELSTWO
    Zdarzeniem, które utwierdziło panią Ludmiłę, że trzeba uciekać z Izraela, był wybuch autobusu w centrum Tel-Awiwu.  
    - "Do dziś przed oczyma mam widok lecących poszarpanych przez wybuch części ciał ludzkich, krew, krzyk, całą tę scenę ludzkiej masakry. Miało to miejsce pod koniec 1994 roku. Pojechałam do matki do Leningradu i zaproponowałam jej, że kupię w Polsce dom, że zabiorę ją do siebie, że będzie mogła przeżyć ostatnie lata swojego życia w swym prawdziwym kraju ojczystym. Mama zgodziła się na to. Udałam się do polskiego konsula, tam dowiedziałam się jakie dokumenty muszę zgromadzić, by matka mogła wrócić do kraju jako repatriantka. I udało się, 5 stycznia 1995 roku do rodziny  do Bydgoszczy zawitała mama. My sprowadziłyśmy się z córką 21 stycznia. W Polsce musiałam starać się o kartę stałego pobytu, mama dostała ją od razu. I tu mam ogromny żal, że mimo iż moja mama nie zrzekła się nigdy polskiego obywatelstwa, to na jego przyznanie musiała czekać aż pięć lat, bo do 2000 roku. Trzy lata później zmarła. Wcześniej musiała zrzec się obywatelstwa rosyjskiego, co okazało się bardzo kosztownym przedsięwzięciem" - opowiada pani Ludmiła.    
    - "11 września 1995 roku otrzymałyśmy kartę stałego pobytu w kraju, później kilkakrotnie odmówiono nam przyznania obywatelstwa polskiego. W walce o przyznanie nam obywatelstwa dużo pomogła nam Izabela Gronet ze starostwa. W rezultacie napisałam do prezydenta Aleksandra Kwaśniewskiego prośbę o przyznanie mi obywatelstwa polskiego i w 2003 roku otrzymałam je. Z taką samą prośbą wystąpiła moja córka Miła. Ona początkowo też otrzymała odmowną decyzję, napisała do prezydenta i od 2004 ma również polskie obywatelstwo. Teraz mamy dwa obywatelstwa - polskie i izraelskie, nie mamy rosyjskiego, mimo że obie się tam urodziłyśmy, gdyż musiałyśmy się go zrzec. To była długa droga, wiele nerwów, stres, ale warto było, naprawdę było warto" - mówi.
Córka pani Ludmiły, jako że ma obywatelstwo izraelskie, podlega do 26 roku życia obowiązkowi odbycia w Izraelu służby wojskowej. Obecnie jest odroczona od służby wojskowej.  
    ROSJA: BREŻNIEWA ZASTĄPIŁ PUTIN
    - "Zawsze pytają mnie, czy nie tęsknię za Leningradem, Tel-Awiwem. Nie tęsknię za tymi krajami, miastami, tęsknię jedynie za przyjaciółmi, z którymi do dziś utrzymuję bardzo rozległą korespondencję. Chęci, żeby tam pojechać, nie mam. W Rosji ustrój się nie zmienił, Breżniewa zastąpił Putin i nic się więcej nie zmieniło. To jest biedny naród, żyją w kłamstwie, wciąż mają wpajane racje i ideały, tak są już nauczeni i tak też żyją. W mediach pokazują im to, co chcą, od dziecka uczeni są co jest dobre, a co złe w rozumieniu władz i tak też żyją. Mojemu bratu, który mieszka w Rosji, jest tak dobrze. To jest wspaniały człowiek, ale on nauczył się, zaakceptował kryteria tam panujące. Ja zawsze chciałam mieszkać w Polsce. Kiedy przyjeżdżałam tu w odwiedziny, to zawsze sobie powtarzałam, że tu wrócę na stałe. Miałam burzliwe życie, dużo przeszłam, wiele widziałam, ale w całym moim życiu najszczęśliwsze było to ostatnie dziesięć lat tu w Polsce" - kontynuuje pani Ludmiła.  
    - "Marzyłam o dobrym mężu i mam wspaniałego, troskliwego, pracowitego i odpowiedzialnego męża. Marzyłam o własnym domu poza miastem i go mam. Córkę wychowałam na dobrego człowieka, jest zdolna, skończyła filologię rosyjską ze średnią 5,0, teraz będzie broniła, no i mieszkam w Polsce" - dodaje.  
     PRZYSTANEK ŻERNIKI
    Do Żernik pani Ludmiła przeprowadziła się wraz z córką i matką w sierpniu 1995 roku.   
    - "Córka powinna wówczas iść już do szkoły średniej, ale całą drogę z Izraela uczyłam ją wyrazu "dzień dobry". W Bydgoszczy po naszym przyjeździe ze mną rozmawiała po hebrajsku, z babcią po rosyjsku, po polsku nie potrafiła mówić w ogóle. Po trzech miesiącach nauczania indywidualnego zaczęła mówić w tym języku. Obawiałam się jednak, że kiedy pójdzie do szkoły średniej największą uwagę będzie musiała skupić na języku polskim, przez co będą gorzej przygotowywane inne przedmioty. Postanowiłam więc, że na rok oddam ją jeszcze do szkoły podstawowej w Żernikach. Udałam się do dyrektora Michała Świtały, załatwiłam stosowne dokumenty w bydgoskim kuratorium i Miła podjęła naukę. Szybko się zaaklimatyzowała, zżyła z rówieśnikami, w czym dużą zasługę miała wychowawczyni i uczniowie. Później skończyła liceum w Żninie i uniwersytet w Poznaniu" - mówi dumna z osiągnięć córki matka.  
    - "Spotkało mnie też tu w Polsce dużo przykrości. Kiedy pracowałam na początku w Białych Błotach u fryzjera, to kobiety w chwili, kiedy usłyszały mój wschodni akcent, potrafiły wstać i przesiąść się na inny fotel, bym nie ja je obcinała. Nie można powiedzieć, że naród ten jest narodem tolerancyjnym. Wiele przykrości spotkało mnie przez chociażby mój akcent. Ludzie mnie nie znali, a starczyło im, że się odezwałam. Tak też było, kiedy starałam się o pracę, kiedy usłyszeli mój głos i akcent, nie było już dalszej rozmowy. Teraz pracuję w firmie krawieckiej w Szubinie. Jedyną przeszkodą, jaką mam, jest odległość. Wstaję o 4 rano, wracam to często jest wieczór, chciałabym mieć pracę bliżej, ale nie narzekam" - mówi pani Ludmiła.  
    Pani Ludmiła przyznaje, że dużo się zmieniło przez to ostatnie dziesięć lat w Żernikach. Ludzie bardziej dbają o swoje obejścia, ogrody, estetykę wokół. - "Mam ogród, dopiero tu zapoznałam się z literaturą dotyczącą upraw, tu dopiero znalazłam czas na ogród. Miło patrzeć jak warzywa rosną, tak samo jak przy drobiu. Inni zastanawiają się, po co to robię i czy mi się to opłaca, ale ja wychodzę z założenia, że wszystko mi się opłaci skoro przy niewielkim nakładzie finansowym i mojej pracy mam zapas warzyw, to jak można powiedzieć, że się to nie opłaca. Siejemy brokuły, pasternak. Dom, ogrody, obejście wokół przeplanowałam według swojego uznania, tak jak chciałam. Zakładałam, że napiszę książkę jak ja postrzegam życie, mam przecież duży bagaż doświadczeń życiowych. Niestety, nie mam teraz na to czasu, wstaję o 400, do pracy mam daleko, ale cieszę się, że ją mam. Chciałabym jednak, żeby była bliżej" - mówi moja rozmówczyni.  
    - "Dla siebie i męża życzę sobie tylko zdrowia, zwłaszcza dla męża. Dla córki, jak każda matka, wszystkiego co najlepsze, żeby ułożyli sobie życie z narzeczonym tak jak oni chcą, żeby wszystko było po ich myśli, żeby im się w życiu udało. W ubiegłym roku wyszłam za mąż, miałam ślub kościelny, o którym zawsze marzyłam i tak naprawdę nie chciałabym niczego w życiu zmieniać.     Potrafię się cieszyć z najmniejszych rzeczy, z tego co mam" - kończy pani Ludmiła Boruszewska. 
    Pani Ludmiła pisze i mówi w czterech językach - rosyjskim, hebrajskim, angielskim i polskim, jest ławnikiem w sądzie.  

Reklama

Sylwia Wysocka
Pałuki nr 705 (33/2005)

Aplikacja na Androida

Reklama

Komentarze opinie

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.

Komentarze mogą dodawać tylko zalogowani użytkownicy.

Zaloguj się

Reklama

Wideo palukiznin.pl




Reklama
Najnowsze wiadomości