Piotr Najsztub, rocznik 1962, ukończył żnińskie Liceum Ogólnokształcące w 1981 roku, aresztowany w swoim mieszkaniu w Żninie w styczniu 1982 roku za produkcję antyjaruzelskich ulotek, do jesieni odsiadywał wyrok. W 1988 roku ukończył grafikę na PWSSP w Poznaniu, od 1991 roku pracuje jako dziennikarz w Gazecie Wyborczej w Warszawie. W marcu 1994 roku wraz z Maciejem Gorzelińskim publikuje duży artykuł o korupcji w poznańskiej policji, w kwietniu - o holdingu "Elektromis", mającym kłopoty z prawem.
Dominik Księski: - Gdzie, Piotrze, teraz mieszkasz?
Piotr Najsztub: - W Józefowie; wynajmuję tam dom.
- Nie boisz się tak, sam?
- Myślę, że odosobnienie nie ma większego znaczenia. Czy będę mieszkał w bloku, czy sam, nie będzie to stanowiło żadnej przeszkody, jeśli ktoś będzie chciał mi coś zrobić.
- To znaczy - nie było mowy o ochronie?
- Po artykule o korupcji w poznańskiej policji przeszło trzy tygodnie miałem ochronę - najpierw troje ludzi, potem jeden.
- Na czym to polega?
- Samochód, środek łączności, broń. I jeżdżą wszędzie ze mną.
- Kto cię chronił?
- Detektywi, wynajęci przez gazetę. Najpierw robiła to poznańska agencja, ale się wycofali. Powiedziano im, że mają przestać się tym bawić.
- Kto im powiedział?
- Nie policja. Nikt więcej w Poznaniu nie podjął się tego, wzięliśmy więc agencję, która ochrania Wyborczą w Warszawie. Zresztą przez dwa-trzy miesiące czułem, że mam podwójną asekurację. Miałem wrażenie - oczywiście bez dowodów - że UOP mnie obserwuje. I to też była jakaś dodatkowa ochrona. Zresztą nie dziwię się im. Też nie wiedzieli, co ja wiem.
Piotr Najsztub
- Który artykuł był groźniejszy? O policyjnej korupcji, czy o "Elektromisie"?
- O Elektromisie. Stamtąd czuliśmy realne zagrożenie i stamtąd - jak mówili nam nasi informatorzy - wyszło na nas zlecenie. Na dwa tygodnie przed ukazaniem się artykułu o Elektromisie. Bo tak w ogóle, to pojechałem do Poznania robić artykuł o Elektromisie, a korupcja wyszła przy okazji.
W każdym razie, gdy zbliżał się termin publikacji artykułu o Elektromisie, w środę zadzwonił do Michnika Świtalski, że chciałby się spotkać. Michnik na to, że owszem, ale w szerszym gronie. Zapowiedział się na 11 wieczorem. Oczywiście grubo wcześniej Piotr Najsztub. jego ludzie jeździli wokół naszego budynku, sprawdzali, obserwowali, czy nie ma nic podejrzanego.
Z naszej strony zgromadziła się bardzo mocna ekipa -notariusz, biegły sądowy, dwóch prawników, Helena Łuczywo, Ernest Skalski, Julek Rawicz, Adam Michnik, Piotr Pacewicz i autorzy - Marcin Bosacki, Maciej Gorzeliński i ja. Mieliśmy poczucie niezwykłości chwili - oto przyjeżdża do nas polski "Al Capone". Na początku trwały targi - nie chciał, by notować, nagrywać; proponował, że ot, tak sobie pogadamy. Pertraktował w pokoju z adwokatem, w końcu zgodził się rozmawiać z nagrywaniem. Zrobiliśmy pół godziny przerwy, by przygotować pytania i gadaliśmy do czwartej nad ranem. Wszystko nagrywaliśmy; nic ojfthe record.
Powiedział, dlaczego przyjechał - to był w ogóle jego pierwszy kontakt z prasą - a zdecydował się na to, by wyjaśnić, że to nie on dał zlecenie zlikwidowania nas. Akurat właśnie się dowiedział, że posłużono się jego nazwiskiem przy załatwianiu tej sprawy. Więc on tu lojalnie przyjeżdża i uprzedza, że to nie on. A przy okazji - obiło mu się o uszy, że piszemy artykuł o Elektromisie, więc może mógłby coś nam pomóc - jest gotów odpowiedzieć na wszystkie pytania. Występował potem w artykule jako wysoki funkcjonariusz holdingu. Rozmowa była bardzo ciekawa, bo spotkały się dwie filozofie prywatnego biznesu -jedną reprezentowała Helena, która jest prezesem spółki Agora, drugą Świtalski. On cały czas tłumaczył nam, że świętym obowiązkiem szefa firmy jest zapłacić jak najmniej podatków, a Helena - banał - że dbać o firmę, zapewniając jej stabilizację i unikając zagrożeń: - Ja płacę podatki i wszyscy są spokojni o jutro, pan toczy wieczną wojnę - to była kulminacja tego starcia.
Nie dało się go przydusić na niczym. Na wszystko miał gładką odpowiedź. Rozmowa był dla nas bardzo cenna, bo udało się potwierdzić wszystko, o czym pisaliśmy w artykule, a przy okazji zorientowaliśmy się, że to on rzeczywiście jest w Elektromisie mózgiem - miał w małym palcu wszystko, nawet najbardziej skomplikowane rzeczy.
- Ile dawali za zabicie Cię?
- 150 milionów, za Maćka tyle samo.
- A czemu jeszcze żyjesz?
- Bo nie upadł Elektromis. Upadł bank, powiązany z Elektromisem, ale Elektromis nie upadł. Potem się jeszcze ze Świtalskim parokrotnie spotykałem. Tłumaczył mi, że szkodzę jego firmie i on mi mówi szczerze, że powinien mnie unieszkodliwić. A ja mu na to, że to raczej on się powinien zastrzelić, bo to, że Elektromis ma teraz kłopoty, jest wynikiem jego błędnej decyzji sprzed pięciu lat - zamknięcia się przed prasą.
- Jak to - zamknięcia się przed prasą? Chyba przyczyną jest wybór sposobu prowadzenia biznesu?
- Nie. Dobry rzecznik, dobre publicity - miałby spokój. A tajemniczość pobudza. No to on na to oferuje mi, abym został rzecznikiem prasowym Elektromisu. .
- Starówka. Co dalej?
- Nic z tego nie wyjdzie w sensie procesowym. Gangi się uspokoiły. Niektórych powsadzali na nikłych materiałach, niedługo wyjdą. Była to nauczka dla gangsterów i na pewno nie powtórzą już ataku na Starówkę. Posłowie chodzą tam na obiady, goście zagraniczni, obstawa. To się nie mogło udać. Nie ulega za to wątpliwości, że cała reszta nadal płaci tak, jak płaciła - i Warszawa, i pół Poznania.
- Posłuchaj teraz takiej antyutopii Myślę o Rosji, bo tam już nawet w niewielkich miastach płaci się haracz Wyobraźmy sobie, że mafia opanowała już wszystko i główny mafioso startuje na urząd prezydenta. Oczywiście we wszystkich miastach strzelaniny, milicja przeciw gangom, lecą szyby, trup pada gęsto, Chicago. Dotychczasowy prezydent idzie do wyborów pod hasłem: "Zlikwiduję mafię - naocznie widać, ze mu się to nie udaje; mafioso startuje pod hasłem: "Gdy mnie wybierzecie - mafia nie będzie pobierać haraczu, bo będziemy dysponować podatkami, znikną strzelaniny, wezmę w karby moich "striełkow". Wygrywa mafioso. I teraz pytanie. Czy się ucywilizuje?
- Oczywiście powstanie następna mafia, która będzie walczyła z tą, która jest przy władzy. Ale wróćmy do samego początku. Cała historia jest chybiona, bo, aby jakiekolwiek wybory mogły się odbyć, państwo musi funkcjonować. Jeśli mafia przeżera jakąś gałąź gospodarki - funkcjonuje ona, ale nie przynosi zysków. Pomijam tu narkotyki. I nie mogą przyciskać śruby zbyt mocno, bo gałąź im uschnie i nie będzie z czego zbierać. Jest dla nich granica bezpieczeństwa. Mafiosi wiedzą, że ich władza musi być mniejsza, niż władza państwowa, bo nie będą się mieli na czym używić. Taka samoograniczająca się korupcja. Da się to wyjaśnić dobrze na przykładzie banku. Można z niego wyłudzać, kraść, robić nielegalne transakcje. Ale bank nie może paść. Bo zniknie dojna krowa.
- Gdyby przeprowadzić porównanie między Ameryką lat 20-tych, a Rosją lat 90-tych. jakie byłyby wnioski?
- Współczesna Rosja jest nieporównywalnie bardziej opanowana - małe miasta, wsie nawet, kontrolowane są przez gangi. W Chicago państwo było silniejsze. I tam były dwa światy: policja z jednej strony, mafia - z drugiej. W Rosji one się przenikają albo jest co najmniej consensus: mafia się władzy nie czepia, a władza - mafii. Dochodzi do tego, że działają prawie jawnie, pisze się o. nich w gazetach. Miałem niedawno zaproszenie z Mińska. Chcieli, bym na trzy tygodnie przyjechał do nich, pokazaliby mi, jak żyją, jak mieszkają, jak się bawią, a ja miałbym tylko to opisać w polskiej gazecie. Nie mają poczucia, że coś złego może im się stać.
- W "Wyborczej" zawsze wszystkie teksty, nawet te, za które dziennikarza mogą czekać niebezpieczeństwa, podpisywane są nazwiskami Czy to wymóg redakcji?
- Są gazety, "Życie Warszawy" na przykład, które w takich wypadkach mistyfikują nazwiska. U nas nikomu nie przyszłoby do głowy, by się nie podpisać własnym nazwiskiem pod tekstem. Zresztą ci, o których się pisze, i tak wiedzą, kto to robi. A jak nie wiedzą, to się dowiedzą w pięć minut.
- Czy zgodziłbyś się z tezą, że tekst o korupcji w poznańskiej policji był przełomowym momentem dla Gazety Wyborczej?
- Ma to dwa aspekty. Pierwszy można by nazwać technologicznym. Po raz pierwszy zdarzyło się, że dziennikarz zajmuje się 4 miesiące jakąś sprawą i nic innego przez ten czas nie pisze. Jedną sprawą. Cztery miesiące. Bez gwarancji. Dalej - po raz pierwszy wynajęliśmy agencję detektywistyczną do obserwacji mieszkania Smolarka.
Z drugiej strony nasz artykuł to był pierwszy krok w kierunku dziennikarstwa śledczego. I po raz pierwszy po artykule w Gazecie debatował o nim Sejm, prezydent, premier, została powołana specjalna grupa prokuratorów. Poprzednio porównywalny rezonans wywołał artykuł Michnika Wasz prezydent - nasz premier, latem 1989 roku.
- Mam teraz pytanie dotyczące innego artykułu. Bardzo mi się nie podobało to, co napisałeś o księdzu Jankowskim. Czy uważasz, Że każda metoda zbierania materiałów jest dobra, niezależnie od wszystkiego?
- Zakładasz, że robię świństwa, aby zebrać materiały. Jeśli ten, z kim rozmawiam, jest moim wrogiem i nie powie mi bardzo szybko tego, co chcę wiedzieć, prowadzę z nim grę. Albo mi się uda wygrać, albo nie. Ten człowiek też swoją grę prowadzi. A skala metod wyznacza się naturalnie. Zależy to od człowieka. A jeśli to jest przyjaciel - idę do niego i mówię - powiedz mi to i to. Jeśli mi tego nie mówi, odpowiadam: - Szkoda - i znajduję tę informację gdzie indziej.
- To się tak zawsze mówi: znalazłem tę informację gdzie indziej...
- Jeśli wiem, że on tę informację ma, znam też ludzi, którzy ją mogą mieć. I od nich ją dostanę.
- Jakie plany na przyszłość?
- Szkoda, że nie oglądasz telewizji, bo planujemy z Jackiem Żakowskim od stycznia robić nowy program - Dossier. Ma to być publicystyka backgroundowa.
- Co to takiego?
- Na przykład teraz wszyscy piszą o problemach z cywilnym kierownictwem MON i podległością Sztabu Generalnego. To my od razu wtedy robimy program o tym, jak to jest na świecie urządzone. Przedstawiamy ciekawsze rozwiązania, opinie na ich temat, plusy, minusy. I nie rozwiązujemy oczywiście problemu -dajemy tylko background, podkład.
- Dzieło życia?
- Jak sobie przypominasz, zostałem dziennikarzem po tym, jak próbowałem być artystą. Artysta to jest ktoś, kto patrzy do środka rzeczywistości i opowiada, co się tam dzieje. Dlatego zostałem dziennikarzem, aby powydarzało się wiele ciekawych rzeczy, o których mógłbym opowiadać. Patrzę na dziennikarstwo z dużym dystansem. Uważam się nawet trochę za Nikodema Dyzmę Gazety Wyborczej. I zbliży się moment, w którym poczuję, że mam na tyle naładowane akumulatory, aby znów próbować być artystą.
- Nie myślisz, że to, co zrobiłeś i zrobisz jako dziennikarz jest i może być lepsze od tego, co namalujesz?
- Nie warto mówić o tym, gdzie jestem lepszy. Jedyne, co mnie popycha do pracy to poczucie, że są rzeczy, których nie mogę nie zrobić. Ale na pewno przyjdzie taki czas, kiedy nie będę mógł wytrzymać bez malowania. I zacznę malować. To zależy od samopoczucia. Robię to, co chcę robić.
Zresztą nie powiedziałbym, że to, czym się zajmuję w Gazecie, to jest oddech rzeczywistości. Tak w ogóle to ja świat widzę przez kobiety. Wydarzenia z nimi związane są ważniejsze dla mnie, niż te całe historie tajniackie. I kobiety są bardziej skomplikowane, niż to, czym się na co dzień zajmuję.
z PIOTREM NAJSZTUBEM
rozmawiał DOMINIK KSIĘSKI
Pałuki nr 143 (46/1994)
Inne teksty:
Nie dla takiej Polski.
Uwięzieni za polską wolność
Film ze spotkania z Piotrem Najsztubem
SO24LI
HL-DK
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze mogą dodawać tylko zalogowani użytkownicy.
Komentarze