Kiedy minął już pierwszy szok po nawałnicy z 11 sierpnia, przyszedł czas na usuwanie szkód i szacowanie strat. To trudne w przypadku mieszkańców jednej z nieruchomości w Jabłowie Pałuckim, którzy praktycznie stracili dom. Patrzą jednak z nadzieją w przyszłość i cieszą się z pomocy, która w różnej formie płynie do nich z wszelkich stron.
Ewa Pawełczak z walącego się domu zdążyła wynieść tylko dokumenty. Rodzina z Jabłowa Pałuckiego mieszka obecnie w dwóch przyczepach campingowych, bo dom nie nadaje się do zamieszkania. fot. Magdalena Kruszka Ewa Pawełczak wspomina feralną noc. Część dachu z jej domu spadła na podwórko, inna część została wywiana na ogród, niszcząc warzywniak. Jednym słowem - dach poszybował w trzy różne strony.
- Jaka to była potężna siła, że dach kupę drzewa ominął i wylądował na drugiej stronie - opowiada Ewa Pawełczak. - Najpierw żeśmy się przygotowali jak do każdej burzy. A to był ułamek sekundy, potężna wichura i najpierw posypał się komin na schody od strychu. Potem jak wyszliśmy z altany, zobaczyliśmy, że dach leży w ogrodzie, to już wiedziałam, że dachu nie mamy. Wszyscy mówią, że ta burza trwała 20 minut. Dla mnie to była wieczność. Potem jak już ucichło, to poszliśmy zobaczyć, co się stało. Dom, w którym mieszka Ewa Pawełczak, ma około 100 lat, ale z roku na rok jest remontowany, poprawiany. Nowy dach powstał pięć lat temu. Na strychu mieściło się wiele pamiątkowych przedmiotów. Jak wichura zwiała dach, wywiała wszystkie te przedmioty, do których taki sentyment miała Ewa Pawełczak. Mieszkanka Jabłowa Pałuckiego opowiada, że mnóstwo przedmiotów znalazło się na okolicznych drzewach i było porozsypywanych na polach, m.in. choinka, bombki, zabawki dzieci i wnuków, wszystkie rzeczy zimowe.
Tej nocy w domu w Jabłowie Pałuckim przebywała Ewa Pawełczak z partnerem, jej siostra, córka oraz druga córka z dwójką dzieci. Szczęściem w nieszczęściu jest to, że nie było brata, bo akurat przebywał w szpitalu.
Traumatyczne doświadczenia mogłyby się dla niego źle skończyć, bo ma już za sobą przebyte trzy zawały.
Ważne w tym wszystkim jest, że poszkodowani z Jabłowa Pałuckiego mogli liczyć na pomoc. Opieką objęła ich sąsiadująca z nimi wiceburmistrz Marlena Bujak, ale także burmistrz Jacek Idzi Kaczmarek, ksiądz proboszcz, straż pożarna i sąsiedzi, zwłaszcza państwo Niemcowie i Czarneccy. Cały czas pomaga także rodzina. Kontakt nawiązują dawni przyjaciele. - Odzywają się koleżanki z mojej szkoły podstawowej - mówi Ewa Pawełczak. - To jest bardzo miłe. Wszyscy służą pomocą.
Rodzina z Jabłowa Pałuckiego mieszka obecnie w dwóch przyczepach kempingowych. Jedną otrzymała od gminy, drugą pożyczyła od znajomych. Dom nie nadaje się do zamieszkania.
Propozycja była taka, żeby zamieszkali w świetlicy w Jabłowie Pałuckim, ale woleli zostać na swojej posesji. Zaproszenie do zamieszkania wystosowali także sąsiedzi.
Poszkodowana rodzina nie została sama. Na razie układa sobie na nowo życie na terenie własnej posesji.
- Czy my się odbudujemy, to ja nie wiem - skarży się Ewa Pawełczak. - Mamy ściany popękane. Musi to jeszcze obejrzeć fachowiec, czy warto to w ogóle odbudowywać. Trzeba zwalić strop, to wszystko trochę potrwa, bo jeśli nie, to zupełnej dewastacji ulegnie dół. Jest już zamówiony pracownik, który zacznie nam ten dom naprawiać. Ale jak to pójdzie, to nie wiem, zobaczymy, jak nam pogoda dopisze. Na razie mamy wyłożone folie. Wiadomo, że nam zalewa dom, bo jak przyszedł deszcz, to nam kapało, ale mam nadzieję, że odbudujemy to. Startujemy z pracą i z nadzieją na lepsze.
Magdalena Kruszka
Pałuki nr 1332 (34/2017)
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze mogą dodawać tylko zalogowani użytkownicy.
Komentarze