Sylwia Kumilewska z Mojrą
fot. Marcin Urbański
W Złotowie
Zastrzelony pies
Przejażdżka konna i wakacje na łonie przyrody dla Sylwii Kumilewskiej zakończyły się dramatem. Jej pies, którego zabrała ze sobą, został zastrzelony przez myśliwego. Zawiadomiła policję. Śledztwo trwa.
Wakacje w siodle, w bliskości z naturą, w towarzystwie najlepszej koleżanki i wraz z ukochanym zwierzęciem. Dwutygodniowy pobyt Sylwii Kumilewskiej na Pałukach miał zakończyć się przejażdżką konną w towarzystwie Gracjany Wesołowskiej w okolicach Złotowa w gminie Barcin. Towarzyszyła im suczka Mojra, owczarek belgijski. Dziewczyny przejechały przez prywatną łąkę i dotarły do Noteci. Tam spotkały siedzących na brzegu wędkarzy. Było przed 20:00.
- Postanowiłyśmy zawrócić, żeby im nie przeszkadzać. Wjechałyśmy w młodnik. Pies cały czas biegł z nami. W pewnym momencie odbiegł i wrócił mokry. Pewnie wszedł do jakiegoś stawu. Pies odbiegł od nas drugi raz. Jechałyśmy stępem. Wtedy padł strzał - mówią dziewczyny.
Gracjana Wesołowska podkreśliła, że strzał padł blisko nich i spłoszył konie. - Konie jeżdżą na turnieje rycerskie, w trakcie których padają strzały z broni czarnoprochowej. Ta kula świsnęła obok nas - mówi.
Sylwia Kumilewska zeszła z konia. Idąc spotkała myśliwego, który miał jej powiedzieć: - Nie masz psa. Myśliwym, który oddał śmiertelny strzał w kierunku psa, był Henryk P., łowczy koła Złoty Róg z Bydgoszczy. Nie udało nam się z nim porozmawiać. W poniedziałek jego telefon odebrała żona i powiedziała, że mąż będzie mógł porozmawiać po południu. Od poniedziałkowego popołudnia telefon jest wyłączony.
Dlaczego myśliwy strzelił do psa? Jego wyjaśnienia znamy z przekazu Sylwii Kumilewskiej, która wraz z Gracjaną Wesołowską wezwały na miejsce policję. Myśliwy twierdził, że najpierw widział dzika. Potem pies zniknął, bo wrócił do właścicielki. Później - według myśliwego - pies miał gonić sarnę i stwarzać zagrożenie dla zwierzyny łownej. Dlatego postanowił strzelić, bo miał takie prawo.
- On nie zastrzelił psa jak gonił sarnę. Pies wracał do nas. I wtedy padł strzał - wyjaśnia Sylwia Kumilewska.
Z relacji dziewcząt dowiadujemy się, że myśliwy nie miał zwyczajnej strzelby myśliwskiej, ale sztucer zaopatrzony w lunetę, czyli broń taką, jaką mają strzelcy wyborowi. Widział dokładnie, do czego strzela.
- To nie był zaniedbany pies, który stanowił zagrożenie dla sarny. To był pies rasowy, z rodowodem, z tatuażem na uchu - wyjaśnia właściciela Mojry. - Najpierw myśliwy twierdził, że to nasza wina, że nie dopilnowałyśmy psa. Nie chciał mi go oddać. Jak przyjechała policja, to zmiękł.
- W tym wszystkich chodzi też o to, że my o mały włos zostałybyśmy zastrzelone - dodaje Gracjana Wesołowska.
- Czynności wykonane na miejscu zdarzenia wyjaśniły, że odstrzału dokonał jeden z łowczych, który w tym czasie przebywał na terenie lasu, a powodem miało być stworzenie zagrożenia dla zwierzyny leśnej, a w szczególności sarny, którą gonił. Śledczy zabezpieczyli ślady na miejscu zdarzenia, przesłuchali świadków. Teraz wyjaśnią, czy myśliwy miał prawo dokonać odstrzału psa - powiedział nadkom. Krzysztof Jaźwiński, oficer prasowy Komendanta Powiatowego Policji w Żninie.
Tadeusz Kuśnierek, łowczy Koła Łowieckiego Bażant w Sulinowie powiedział, że prawo łowieckie mówi wyraźnie, że w okresie od 15 stycznia do 15 października nie wolno psów puszczać luzem, nawet myśliwskich, z uwagi na to, że zwierzyna łowna wymaga ochrony. Jeśli już pies jest puszczony wolno, w okresie, który na to pozwala, to musi mieć nałożony kaganiec. Poza tym w pobliżu zwierzęcia musi być właściciel, który może psa przywołać.
- Prawo mówi wyraźnie, od-do i koniec - mówi Tadeusz Kuśnierek. - Miałem sytuację, gdzie wilczur z kundlem mi 20 saren zamęczyły. Rolnicy wypuszczają watahy po 5-7 psów, które kłusują za zwierzyną. Nie ma znaczenia, czy pies gospodarski czy nie. Nie można puszczać luzem po polach i łąkach.
Ewa Rudzińska, inspektor Ogólnopolskiego Towarzystwa Ochrony Zwierząt w Gdyni, zna sprawę ze Złotowa. Odnosząc się do wypowiedzi myśliwego powiedziała, że miał rację tylko w jednej kwestii. Tej, że jest prawo, które chroni zwierzynę łowną. Jest to artykuł 33a Ustawy o ochronie zwierząt. Daje on myśliwym możliwość odstrzału, ale muszą być spełnione jednocześnie cztery warunki: zwierzę np. pies musi być zdziczały, bez opieki i dozoru człowieka, na terenie łowieckim i musi stanowić zagrożenie dla zwierząt dziko żyjących. W tej sytuacji nie zostały spełnione wszystkie warunki, a jeśli nawet zwierzę było na terenie łowieckim, to myśliwy źle rozpoznał sytuację i to on za całe zdarzenie odpowiada. Pojawienie się psa na terenie łowieckim nie jest równoznaczne z tym, że można go zastrzelić. Nasza rozmówczyni powiedziała, że zostało złamane w tym wypadku prawo, a dokładniej art. 6 ust. 1 Ustawy o ochronie zwierząt, czyli nieuzasadnione zabicie zwierzęcia. Grozi za to kara do 2 lat pozbawienia wolności.
Sylwia Kumilewska powiedziała, że Mojra była kochanym zwierzęciem. Nie była agresywna. Nikogo nie zaatakowała.
Remigiusz Konieczka
Pałuki nr 1016 (31/2011)
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze mogą dodawać tylko zalogowani użytkownicy.
Komentarze