Reklama

Zginął pod Smoleńskiem

Nie zmieniła go Warszawa. Zawsze był takim samym kumplem, bez wywyższania
     Zginął pod Smoleńskiem
     Za tydzień miał przyjechać na urlop i spędzić go z bliskimi - m.in. chorą matką, ojcem i siostrami.
Z kolegą umówił się na ryby. Zamierzał poświęcić czas małej siostrzenicy Julii. Los jednak pokrzyżował plany Marka Uleryka, młodego oficera BOR-u, wywodzącego się z Dziewierzewa. Płacze po nim rodzina, płaczą przyjaciele i sąsiedzi.    

    - To wszystko jest jak zły sen, z którego nie możemy się zbudzić. Nie mogę uwierzyć w to, że naszego kochanego brata już nie zobaczę, że nie będzie dawał nam otuchy, siał optymizmu i spokoju - mówi siostra Marka Uleryka Maria Kordyś, która zajmuje się ciężko chorą matką. Opieką otacza też ojca. Jak mówi, o katastrofie samolotu usłyszała z radia. Była w pracy. Od razu zadzwoniła do siostry z Warszawy. W nadziei, że brata na pokładzie nie ma. Usłyszała jednak, że do Katynia wyleciał. - Wyleciał, ale czy wróci? Wciąż były nadzieje. Podawali, że troje osób przeżyło, a jednak rzeczywistość okazała się tragiczna - mówi Maria Kordyś. Wystukała numer telefonu komórkowego brata, prosząc Boga, aby Marek odebrał. Chciała usłyszeć jego głos. Telefon jednak milczał. Wraz z siostrą i mężem pojechała do rodzinnego domu. Ojciec już wiedział.
    Stanisław Uleryk - naczelnik OSP w Dziewierzewie od 25 lat - o tragedii usłyszał podczas jednej z akcji miejscowej jednostki, kiedy wypompowywał wodę z zalanej piwnicy. - Miałem nadzieję, że tego dnia syn nie miał służby - mówi Stanisław Uleryk.
    Rodzina śledziła wszelkie doniesienia w telewizji i radiu, wciąż wierząc, że to pomyłka, a Marek żyje. - Kiedy opublikowano w telewizji listę osób, które zginęły, a wśród nich nazwisko brata, traciliśmy resztki nadziei - opowiada siostra Marka.
    Później nadeszła informacja z Biura Ochrony Rządu, która potwierdziła ostatecznie tragiczne dla rodziny wieści o śmierci.
    MIAŁ BYĆ KOLEJARZEM
    Marek Uleryk uczęszczał do Szkoły Podstawowej w Ruścu, sąsiadującym z Dziewierzewem. Z okien domu można było śledzić jego drogę do szkoły. Później uczył się w szkole w Dziewierzewie, w zawodówce i Technikum Kolejowym. - Chciał być kolejarzem, później zafascynowało go wojsko - opowiada ojciec. Nie kryje dumy z osiągnięć syna, który zginął na służbie.
    W 1996 r. rozpoczęła się przygoda Marka z wojskiem. Jego pasją były skoki spadochronowe. Te rodzina często zatajała przed matką Janiną, która otaczała swe trzy córki i najmłodsze dziecko - syna - nadzwyczajną troską. - Mimo tajemnic, żona tak umiała nas podejść, że ostatecznie wiedziała o akcjach spadochronowych Marka. Strasznie je przeżywała - opowiada Stanisław Uleryk.
    Marek dwukrotnie zdobył tytuł Mistrza Polski w wieloboju spadochronowym indywidualnie. Miał też osiągnięcia drużynowe. Doskonale zaliczał zarówno nocne, jak i dzienne testy w skokach. Gdy na Zawiszy rozwiązano sekcję spadochronową, szukał pracy. Jego marzeniem było zasilić szeregi GROM-u. Ostatecznie dostał się do Biura Ochrony Rządu. Siostra Maria i ojciec Marka Uleryka zapewniają, że cała rodzina bardzo przeżywała jego kolejne etapy kwalifikacji i - choć zdawali sobie sprawę, że to niebezpieczna praca - wspierali jego marzenia. Do BOR-u wstąpił 1 września 2003 r. Początkowo ochraniał Pałac Prezydencki, później ochroną otaczał prezydenta Aleksandra Kwaśniewskiego, a po wyborach w 2005 r. nowego prezydenta Lecha Kaczyńskiego. Ostatecznie do swej ochrony wybrała go Maria Kaczyńska.
    U BOKU PANI PREZYDENTOWEJ
    Jak opowiada siostra młodego oficera z Dziewierzewa, Marek Uleryk bardzo szanował obie pary prezydenckie, jednak to Marię Kaczyńską, której był osobistym ochroniarzem, szczególnie doceniał. Powtarzał nawet, że dba o niego jak matka. W poważnych i kryjących emocje minach oficerów BOR-u potrafiła odczytać najmniejsze smutki.
    - Kiedy mama chorowała, przyszły wylewy, ona zaraz zauważyła, że coś Marka trapi. Jak opowiadał, to wypytywała co się dzieje, jak pomóc - mówi siostra Maria.

W tym domu Marek Uleryk spędził dzieciństwo. Tu wracał w każdej wolnej chwili, i tu chciał wrócić na emeryturze.
            fot. Sylwia Wysocka

    Marek Uleryk z uwagi na swą skromność nie chciał obarczać prezydentowej własnymi troskami. Małżonka głowy państwa dopytywała jednak o stan zdrowia matki, zapewniała o wszelkiej możliwej pomocy. Przeżywała chorobę razem z nim - jak członek rodziny. Martwiła się o wszystkich pracowników BOR-u i troszczyła się o nich. Na serwetkach - jak opowiada rodzina tragicznie zmarłego - wynosiła im ciasto z bankietów i spotkań. Dzieliła się jak mogła. Dbała, by nie byli głodni. Starała się pocieszać i doradzać w trudnych sytuacjach, traktowała ich jak rodzinę, a nie jak podwładnych. U przyjaciół Doroty i Marka Czerwińskich w Dziewierzewie zapewniał, że własną piersią - w razie potrzeby - osłoniłby Marię Kaczyńską. Bardzo ją cenił za jej dobroć, opiekę i zwykłe ludzkie przejawy uczuć. 

Reklama

    PO KATYNIU MIAŁO BYĆ DZIEWIERZEWO
    Do Dziewierzewa - swej rodzinnej wsi - wpadał w każdej wolnej chwili. Chciał spotkać się z rodziną i pobyć chociaż kilka godzin u siebie, bo za swój dom - mimo że mieszkał i pracował w Warszawie - uważał Dziewierzewo. Przyjaciele Marka zapewniają, że bywało i tak, iż droga jego przyjazdu trwała dłużej niż pobyt w rodzinnej wsi, ale dla niego nie miało to znaczenia. - Tęsknił za rodzicami, rodziną i przyjaciółmi. Na informacje o pogarszającym się stanie zdrowia mamy odpowiadał wizytą. Potrafił wygospodarować kilka godzin, aby posiedzieć przy mamie - opowiada jego siostra. Gdy wyjeżdżał z domu w drugi dzień świąt,  zapewniał, że po powrocie z Katynia zaplanowany ma dłuższy urlop, który chce spędzić w Dziewierzewie. Tak jak poprzednie. Miał zaplanowane spotkania z przyjaciółmi i zabawę z siostrzenicami. Chciał zajrzeć do miejscowej jednostki OSP, z którą jeździł do akcji podczas wizyt we wsi. Planował również z przyjacielem wyjazd na ryby czy odwiedziny znajomych.

chor. Marek Uleryk
ur. 6 stycznia 1975 r. w Żninie
Wykształcenie:
W 2008 r. rozpoczął studia licencjackie w Wyższej Szkole Menadżerskiej w Warszawie.
Przebieg służby:
od 8.05.1996 r. do 30.07.2001 r. – zasadnicza i nadterminowa zasadnicza służba wojskowa;
z dniem  1.09.2003 r. – mianowany na funkcjonariusza BOR-u w służbie przygotowawczej;
od 1.09.2003 r. do 31.08.2005 r. - pełnił służbę na stanowiskach: młodszy ekspert ochrony, ekspert ochrony;
od 9.07.2007 r. do 14.05.2008 r.  - pełnił  służbę na stanowisku eksperta ochrony;
od 15.05.2008 r.  - pełnił  służbę na stanowisku starszego funkcjonariusza w grupie ochronnej Prezydenta RP.
Był wielokrotnie nagradzany i wyróżniany.
        (kpt. Patrycja Kozub Zespół Informacji Prasowej BOR-u)

    JESTEM DUMNY Z SYNA
    Marek zawsze robił to, co kochał. Zawsze z pasją i pełnym poświęceniem, o czym mówi  jego ojciec. Opowiada, że z Markiem nie było problemów wychowawczych. Był grzecznym chłopcem, uwielbiał kopać piłkę, później działał w Ochotniczej Straży Pożarnej; chciał podtrzymywać tradycje strażackie po ojcu. - Ja dużo pracowałem. Była czwórka dzieci, to żona nad dziećmi trzymała rękę i tak je wychowała, że dziś mamy powody do dumy - mówi Stanisław Uleryk. Dodaje, że gdy Marek przebywał w Bydgoszczy, to zawsze przyjeżdżał na zawody strażackie i zasilał jednostkę w Dziewierzewie. Zawsze był w pełnej gotów nieść pomoc. - Jak byłem u niego w Warszawie, to tam też wszyscy go lubili. Tylko Ulek, Ulek. Wciąż słyszałem pochwały i zapewnienia, że jest dobrym i sumiennym oficerem, że jest koleżeński i pomocny, a to dowód na to, że dobrze wychowaliśmy syna - mówi ojciec. Jak dodaje siostra zmarłego, Ulek to pseudonim, jaki Marek Uleryk otrzymał jeszcze od Aleksandra Kwaśniewskiego. Opowiada, że gdy Marek przeszedł do ochrony Marii Kaczyńskiej, to pytała, czy ma do niego mówić panie Marku, czy Ulek i on jej samej kazał zadecydować. Pozostał Ulkiem.
    BYŁ SPOKOJNY, ZRÓWNOWAŻONY, KOCHANY
    Na to, że przez wiele lat otaczał ochroną głowy państwa, miał wpływ jego charakter. Był opanowany, spokojny i zrównoważony. - Zawsze bił od niego spokój, ciepło, optymizm. Potrafił tym optymizmem zarażać innych. Kiedy dopadały mnie smutki, czy zwątpienia, to zawsze słyszałam „siostra dasz radę”, co zmieniało nastawienie i dodawało wiary - opowiada Maria Kordyś.
    W Warszawie wraz z rodziną mieszka siostra zmarłego oficera
BOR-u Aldona Polcyn. To ona poleciała na identyfikację zwłok brata do Moskwy. - Dostałam przed chwilą SMS-a - opowiada przed południem w poniedziałek Maria Kordyś. - Siostra jest w drugiej turze osób, które przyleciały na identyfikację. Pochowamy brata w rodzinnej wsi, na cmentarzu, blisko domu - mówi siostra Marka. BOR zapewniło odlatującym do Moskwy m.in. opiekę nad dziećmi do czasu przyjazdu rodziny oraz transport. Zaproponowano też pomoc psychologa.
    CENIŁ LUDZI I BYŁ CENIONY
    Mieszkańcy Dziewierzewa na budynkach wywiesili flagi z czarnymi wstążkami. Dodatkowo małe flagi przymocowali do samochodów, a na ich antenach zawiązali czarne wstążki. Życie we wsi zwolniło tempo. Mieszkańcy - na co dzień zabiegani - teraz znajdują czas, aby pomodlić się i przed kapliczką Matki Boskiej zapalić znicz. Postawiono antyramę ze zdjęciem Marka Uleryka.
    - To był dobry chłopak. Taka szycha przy prezydentach, a jak przyjechał, to równy chłopak. Rękę podał każdemu, bez znaczenia, czy to zamożny bamber, czy smakosz tanich alkoholi. Dla niego i ten, i ten był sąsiadem ze wsi. Bez znaczenia na majątek - mówi wzruszony tragedią dziewierzewianin.
    Mieszkańcy opowiadają, że śmierć Marka jest taką tragedią, że brakuje im słów i sił, aby o tym mówić. - Dobry chłopak, porządny, a taka tragedia i niesprawiedliwość. Jak pogodzić się ze śmiercią tak młodego, zdolnego człowieka? - to często padające stwierdzenia mieszkańców.
    Dorota i Marek Czerwińscy, którzy mieli stały kontakt z Markiem Ulerykiem, wspominają, że był to człowiek opanowany, bez wad, czy przywar. - Wspaniały człowiek, bardzo go kochaliśmy, był jak rodzina. Kochał te strony, kochał dom, rodzinę - mówi Dorota Czerwińska i dodaje, że mimo prób nie zdołała sobie przypomnieć żadnych wybryków Marka Uleryka. - U siebie znajdujemy wady, a u Marka mimo najszczerszych chęci nie da się wymienić żadnej. Odwiedzał nas, my go odwiedzaliśmy w Warszawie, dzwoniliśmy do siebie, byliśmy nie jak przyjaciele, a jak rodzina - mówi Dorota Czerwińska.

Reklama

    Nie można było go nie lubić, był spokojny i uczciwy. - On chyba nie miał na swym koncie żadnych przewinień. Na wagary nie chodził, na harendę też nie. Kochał sport, grę w piłkę, jeździł na rolkach, działał w straży, nie stwarzał żadnych problemów - mówi Marek Czerwiński. Opowiada, że ostatnio - mając dzień wolny - wyjechał z Warszawy na prywatne łowisko, co dokładnie zrelacjonował mu telefonicznie, ciesząc się równocześnie ze zbliżającego urlopu i przyjazdu do Dziewierzewa. - Mieszkał w Warszawie, a szukał chwili spokoju za miastem. Na emeryturze zamierzał powrócić do rodzinnych stron, jednak nie zdążył - mówi Marek Czerwiński.
    W czasie urlopu ze szwagrami prowadził remont w rodzinnym domu. Chciał to zrobić sam, choć stać go było na najęcie firmy. Bardziej od zagranicznych wycieczek cenił wypoczynek we własnym domu.
    - Chociaż nie wiem, jak by się człowiek starał, to nie sposób u Marka doszukać się jakichś  złośliwości. Nikomu przykrości nie sprawił, zawsze był takim samym kumplem, bez wywyższania, bo mieszka w Warszawie, bo pracuje w rządzie, bo spędza czas z parą prezydencką. Zawsze był ten sam dobry kolega - mówi wzruszony wydarzeniami kolega Marka.
    Dorota Gwiazdowska od 23 lat mieszka po sąsiedzku z rodziną Uleryków. Zapewnia, że nigdy nie doszło między nimi do żadnych konfliktów. Dodaje też, że państwo Ulerykowie to porządna rodzina. - Dobrze wychowali córki i syna. Marek to sympatyczny chłopak, bardzo fajny. Z każdym porozmawiał, nie zmieniła go funkcja, ani Warszawa. Pozostał chłopakiem z sąsiedztwa, który ciągnął do domu i rodziny - opowiada Dorota Gwiazdowska. Zapewnia, że rodzina Uleryków to wzór kochających się rodziców, którzy poświęcili się dzieciom, miłości wśród rodzeństwa i opieki nad rodzicami. W niedzielę do Warszawy poleciała siostra Marka Uleryka Aldona Polcyn wraz z mężem, by zidentyfikować zwłoki swego jedynego brata. Aldona Polcyn z mężem i dziećmi mieszka w Warszawie, gdzie oboje pracują. Z Markiem utrzymywali stały i ścisły kontakt. Tym bardziej, że w Warszawie mieli tylko siebie, pozostałe dwie siostry i rodzice mieszkali w gminie Kcynia.
    Druga siostra Marka - Ewa Tomaszek, która mieszka w Chwaliszewie i pracuje tam jako pedagog szkolny, jest teraz w Warszawie, by zająć się dziećmi siostry w czasie jej wyjazdu do Moskwy.
    - We wtorek ciało zidentyfikowali, siostra rozpoznała brata po twarzy, czekamy na następne decyzje i powrót ich do Warszawy. Liczymy, że w czwartek Marek wróci do kraju i wówczas  zapadną decyzję co do dalszych ceremonii - mówi Maria Kordyś.
    Wyrazy współczucia dla całej rodziny przedstawiciele władz miejskich Kcyni złożyli siostrze śp. Marka Uleryka - Ewie Tomaszek i zapewnili, że jeśli tylko będzie trzeba - służą pomocą rodzinie Marka.
    WNIOSEK O AWANS
    Szef Biura Ochrony Rządu gen. Marian Janicki złożył wnioski w sprawie pośmiertnych odznaczeń oraz awansów funkcjonariuszy BOR-u, którzy zginęli w sobotniej katastrofie prezydenckiego samolotu pod Smoleńskiem. Pięciu chorążych, a wśród nich Marek Uleryk, ma zostać awansowanych do stopnia podporucznika.

Sylwia Wysocka
Pałuki nr 948 (15/2010)

Aplikacja na Androida

Reklama

Komentarze opinie

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.

Komentarze mogą dodawać tylko zalogowani użytkownicy.

Zaloguj się

Reklama

Wideo palukiznin.pl




Reklama
Najnowsze wiadomości