Reklama

Żniński krajobraz polityczny w czasach Okrągłego Stołu

- "Dla mnie obrady Okrągłego Stołu były wielką szansą i nadzieją. Gdyby w stanie wojennym ktoś powiedział, że to wszystko runie, to trudno było w to uwierzyć" - w ten sposób o obradach Okrągłego Stołu mówi Joanna Janowska, nauczycielka i działaczka "Solidarności". - "Bardzo wielu obawiało się konfrontacji, szczególnie wewnętrznej. Stąd Okrągły Stół został przyjęty z ulgą, że obydwie strony dogadują się. Według mnie to było pokojowe oddanie władzy. Dalszą tego konsekwencją było stopniowe przejmowanie władzy przez "Solidarność". To rozwiązanie nie było źle przyjmowane" - tak o 1989 roku mówi Zdzisław Małecki, ówczesny pierwszy sekretarz PZPR w Żninie.

Wizyta Prymasa Józefa kardynała Glempa w Żninie w 1988 roku. Na zdjęciu obok kardynała idą osoby piastujące wówczas najważniejsze stanowiska w Żninie (od prawej) poseł Bartkowiak, Zdzisław Małecki, Józef Glemp, Stanisław Musiał - dyrektor Zespołu Szkół Mechanicznych i Zbigniew Jaszczuk.

     Pod koniec zimy 1989 roku w Żninie działały wszystkie trzy oficjalnie działające w PRL partie polityczne oraz podziemna Solidarność.

    PARTIA I WŁADZA

   Zdzisław Małecki był na przełomie 1988 i 89 roku pierwszym sekretarzem komitetu miejsko-gminnego PZPR w Żninie. Pełnił również funkcję przewodniczącego Miejskiej Rady Narodowej, organu podobnego dzisiejszej Radzie Miejskiej. Nasz rozmówca wyjaśnia, iż w latach osiemdziesiątych, a więc w czasach PRL-u, państwo było scentralizowane, a polecenia szły bezpośrednio z Warszawy.
   - Na dole robiło się to, co góra kazała - mówi Zdzisław Małecki. - Jednak muszę powiedzieć, że partia, w przeciwieństwie do tego, co myślą inni, szczególnie działacze opozycji m.in. pana szef, nie była zbitką jednakowo myślących ludzi. Z zewnątrz wyglądało to, że wszyscy są źli, głupi i mało intelektualni. Aparat działaczy był różny. Wiem, bo widziałem to wszystko od środka. W 1989 roku organizacja miejsko-gminna liczyła 3.000 członków. Dziewięćdziesiąt procent ludzi w tych strukturach było wierzących, o katolickich tradycjach. Różniło się to również w zależności od regionu kraju. Oficjalnie jednak nikt nie odważył się wypowiadać przeciw jedynie słusznej linii partii, bo to mogło się źle skończyć. Ludzie wstępowali do partii z różnych powodów. Część z powodów ideologicznych. Dzisiaj patrzy się na to inaczej.

Reklama

     Pierwsze wolne wybory samorządowe odbyły się dopiero 27 maja 1990 r. Dzisiejszy starosta Zbigniew Jaszczuk był w czasach Okrągłego Stołu naczelnikiem Żnina. Stanowisko to odpowiada temu, czym dzisiaj zajmuje się burmistrz. Zresztą wówczas naczelnik robił praktycznie to samo, co dziś burmistrz. Gminy nie utrzymywały wówczas szkół. Zbigniew Jaszczuk w rozmowie z Pałukami podkreśla, że chociaż pełnił funkcję w administracji, to jednak był osobą bezpartyjną i do Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej nie należał.

     Tamten okres Zbigniewowi Jaszczukowi najbardziej kojarzy się z pracami nad organizacją 725-lecia nadania praw miejskich Żninowi w 1988 roku: - Z dużym sentymentem wspominam ten okres, w którym było wiele inwestycji. Patrząc na tamten rok z perspektywy tych 20 lat, to mogę powiedzieć, że gdyby w Żninie dziś oddawano tyle inwestycji co wtedy, to tutaj byłaby dziś bombonierka.

Reklama

     Przewodniczącym Komitetu Miejsko - Gminnego PZPR był Zdzisław Małecki, a wiceprzewodniczącymi byli Wiesław Myszkowski, Bolesław Cieniawa i Kazimierz Jańczak. Na czele komitetu stała tzw. dziewięcioosobowa egzekutywa, która zatwierdzała propozycja I. Sekretarza.

      PRZYBUDÓWKI

     Jako, że - według oficjalnej propagandy - Polska Rzeczpospolita Ludowa była państwem demokratycznym, oprócz PZPR istniały również inne ugrupowania. Było to Stronnictwo Demokratyczne (SD) oraz Zjednoczone Stronnictwo Ludowe (ZSL). W praktyce nie miały one zbyt wiele do powiedzenia, żeby nie powiedzieć, że nic. Opozycja określała je mianem przybudówek. Ugrupowania te kierowane były przez pewnych i sprawdzonych w lojalności dla PZPR towarzyszy (jak się latem 1989 roku pokazało - też niezupełnie do końca), ale im niżej, tym więcej było ludzi niezależnie myślących; takich, którzy chcieli coś robić, ale nie w strukturach Partii.

Reklama

     W ZSL najważniejszy był ówczesny poseł Zenon Bartkowiak, szef żnińskich struktur tej partii, która skupiała głównie rolników i w gminie Żnin była dość liczną organizacją; liczyła ok. 1.000 członków płacących składki. To, że ZSL wywodził się poseł powodowało, że działacze PZPR liczyli się z tą organizacją i jej przewodniczącym. Zresztą Zenon Bartkowiak - jak zaznacza w rozmowie z Pałukami Władysław Małecki, ówczesny wiceprzewodniczący ZSL - był ostatnim posłem z naszego terenu, który w Sejmie spędził pełną kadencję. Andrzej Wybrański posłem był dwa lata.

     - Nie można porównywać tych dwóch osób. Andrzej Wybrański był posłem z wyboru, a Bartkowiak z klucza - zauważa Henryk Tokarz.
     - Na tym terenie dogadywaliśmy się z PZPR. Najbardziej rzucającym się w oczy ogniwem był poseł Bartkowiak. Czasami mówiliśmy w naszym gronie, że idzie na zbyt duże ustępstwa wobec Partii, ale wszelkie kwestie sporne zawsze były dogadywane i efekt z tego był - mówi Władysław Małecki.

Reklama

     Były wiceszef Stronnictwa przyznał, że ZSL sprowadzono do roli przybudówki PZPR, ale skupiało ono zróżnicowane osoby. W tym przypadku, podobnie jak w SD, byli członkowie ZSL, którzy zapisywali się na początku lat 80. do NSZZ Solidarność i Solidarności Rolników Indywidualnych. Kontakt ze związkiem był przyjazny. Później, czyli pod koniec dekady, wielu działaczy ZSL oczekiwało zmian. Głównie ze względu na zły stan gospodarki. Chociaż Władysław Małecki przyznał, że wieś w mniejszym stopniu odczuwała nie tylko napięcie polityczne przed Okrągłym Stołem, ale również i kryzys gospodarczy nie był tak dotkliwy na wsi niż w mieście. Ludzie nie musieli stać w kilkometrowych kolejkach po mięso, jajka, mąkę, czy po owoce, bo to było na miejscu.

     Kierownictwo w ZSL sprawowało 9 osób, a wśród nich: przewodniczący Zenon Bartkowiak, wiceprzewodniczący Władysław Małecki i sekretarz Edmund Nowicki.

Reklama

    Jak nam powiedział Feliks Malinowski, wieloletni przewodniczący żnińskich struktur SD (od 1964 do 1987 roku), ugrupowanie to było partią inteligencji pracowniczej i rzemiosła. Tak określała je partyjna propaganda. I rzeczywiście takich ludzi skupiała, z tym, że w Żninie odnotowywano przewagę rzemieślników nad inteligencją. W okresie Okrągłego Stołu przewodniczącym SD w Żninie był Zbigniew Linda, nieżyjący już dyrektor Szkoły Podstawowej nr 1. Po zarejestrowaniu NSZZ Solidarność wielu członków SD zostawało jej członkami. Feliks Malinowski powiedział, że najliczniejszą grupę stanowili nauczyciele. Miejski Komitet Stronnictwa Demokratycznego liczył około 50 członków. Komitet miał własny sztandar.

     - Mimo że SD było związane jakoś z PZPR, to jednak miało swoje zdanie. Nie zawsze się zgadzaliśmy z poglądami jedynie słusznej linii - wyjaśnia Feliks Malinowski. Na 45 rocznicę powstania Polski Ludowej (przypadła w 1989 r. - przyp. rk) SD wystąpiło o ocenę tych 45 lat skoro Partia nie mogła poddać się samokrytyce. W naszej siedzibie był teren do dyspozycji różnych osób. Powstał tam swego rodzaju punkt dyskusji. Działacze myśleli, że staruszkowie nie są groźni, a tam komitet nie miał nic do gadania. Zresztą mogę powiedzieć, że liczyli się trochę ze mną. Mogłem swobodnie wypowiadać myśli, które niejednokrotnie zaskakiwały PZPR, ale nie robili mi przykrości - powiedział Feliks Malinowski.
     Współpraca działaczy SD z Solidarnością w przełomowym roku nastąpiła w sposób naturalny. Co prawda przez okres lat 80. działalność związku była zawieszona, ale osoby z SD, które wcześniej się do Solidarności zapisały, nigdy się z niej nie wypisywały. Współpraca SD z Solidarnością była tak bliska, że lokal Stronnictwa przy pl. Wolności został siedzibą Komitetu Obywatelskiego. Było to już po Okrągłym Stole.

Reklama

     - Lokal mieścił się obok komendy milicji. Działacze "Solidarności" mogli korzystać z maszyny do pisania, telefonu i innych rzeczy potrzebnych do przygotowania wyborów. Na pomysł udostępnienia siedziby SD "Solidarności" wpadła moja żona. Zwróciła się z wnioskiem do Wojewódzkiego Komitetu, który wyraził na to zgodę. Później pokazywano Żnin jako przykład współpracy między organizacjami - powiedział były szef Stronnictwa Demokratycznego.

     Przewodniczącym SD był Zbigniew Linda, wiceprzewodniczącym Feliks Malinowski, a sekretarzem Edmund Marosz. W kierownictwie działali również m.in. Wacław Żeglarski, Michał Wiśniewski (rzemieślnik, właściciel popularnego obuwniczego U Wabicha) Bronisław Broniewski, czy Halina Malinowska.

Reklama

     W latach 80. w Polsce i w Żninie funkcjonował PRON. Pełna nazwa tej organizacji brzmi: Patriotyczny Ruch Odrodzenia Narodowego. PRON powstał w stanie wojennym, a zakończył działalność w listopadzie 1989 roku. Jedną z działalności PRON było tworzenie list wyborczych w wyborach lokalnych i do Sejmu. I taką działalność w latach 80. prowadził również PRON w Żninie. Ówczesny przewodniczący PRON w Żninie i dyrektor Zespołu Szkół Mechanicznych Stanisław Musiał powiedział, iż wyborach wspierali żnińskiego kandydata Zenona Bartkowiaka. W PRON działali również Franciszek Szafrański i Józef Kaczmarek. Jak wyjaśnił Stanisław Musiał jesli pojawiała się jakaś inicjatywa, czy pomysł, to wtedy członkowie organizacji działali. Do takich inicjatyw zaliczył działania, których celem było poszerzenie cmentarza, budowa kaplicy cmentarnej, budowa sieci ciepłowniczej na osiedlu za torami oraz zorganizowania przyjazdu do Żnina ks. Prymasa Józefa Kardynała Glempa w 1988 r.

     - Nie działaliśmy na pokaz i na zlecenie. PRON skupiał ludzi, którzy chcieli coś robić i  mogli to zrobić dla Żnina. Jak Prymas przyjeżdżał, to mało kto chciał pomóc. Zrobiliśmy to sami, swoimi siłami i wcale się tego nie wstydzimy - powiedział Stanisław Musiał.

Reklama

Delegacja działaczy NSZZ "Solidarność" 3 maja 1989 r. składa wiązankę pod Pomnikiem Pamięci Walki i Męczeństwa w Żninie. Wiązankę niesie Stanisław Raczyński. Obok niego idą Sławomir Kuberacki (z zasłoniętą twarzą) i Henryk Tokarz. Za nimi widać innych działaczy związkowych i tych skupionych wokół Komitetu Obywatelskiego.. Na zdjęciu nie ma głównego działacza NSZZ "S" i szefa KO Andrzeja Wybrańskiego, który przebywał w tym czasie w Mogilnie

      ZWIĄZEK

    W 1981 r. żnińska Solidarność liczyła blisko 9 tys. członków, którzy skupieni byli w ponad 40 organizacjach zakładowych. Przewodniczącym żnińskiego oddziału związku był Andrzej Wybrański, wiceprzewodniczących wybrano Andrzeja Bartkowiaka i Lecha Nowaka, a funkcję sekretarza pełniła Jolanta Ciesielska (znana dziś pod nazwiskiem Maria Bartkowiak). W takim kształcie związek zastał stan wojenny wprowadzony 13 grudnia 1981 roku. W wyniku wprowadzonego stanu wojennego działalność Solidarności, podobnie jak innych organizacji, została zawieszona, a komisje zakładowe oficjalnie przestały działać.

Reklama

     W działalności podziemnej, kontynuując działalność oddziału Solidarności Ziemi Pałuckiej, aktywni byli m.in.: Andrzej Wybrański, Henryk Tokarz, Andrzej Bartkowiak, Stanisław Raczyński, Bernard Starczewski, Lech Nowak. Wśród rolników działali Józef Waźbiński i Sławomir Kuberacki. Funkcjonowało też podziemne koło Solidarności Nauczycielskiej (więcej o nim dalej).

     W latach 1983-1984 u Bronisława Gila w Wenecji działała tajna drukarnia podziemnej Solidarności, którą kierował Dominik Księski, a głównym drukarzem był ukrywający się przed aresztowaniem Piotr Badowski. W drukarni powstawały ulotki, kalendarze, kartki okolicznościowe, plakaty i pismo Żywą i Bronią (redagowane przez Romana Bartoszcze i jego ojca Michała).

Reklama

     Wiele osób w podziemiu nie było, ponieważ ludzie obawiali się o swoje rodziny i miejsca pracy. Po wprowadzeniu stanu wojennego spotykali się tylko nieliczni działacze żnińskiej Solidarności. Właściciel Księgarni Pałuckiej i radny Rady Powiatu w Żninie Henryk Tokarz podkreśla, że na symboliczne składanie wieńców pod Pomnikiem Pamięci Walki i Męczeństwa przychodziło niewiele osób. Organizowane były spotkania we wtorki w różnych mieszkaniach. Działalność opozycyjna kontynuowana była w wąskich grupach. W 1984 roku, kiedy do Żnina przyjechał Jan Rulewski, na spotkania z nim przyszło kilka osób. Ryzyko było duże, bo dzisiejszy senator był śledzony przez funkcjonariuszy Służby Bezpieczeństwa. Do Żnina wiózł go Jerzy Buczkowski bocznymi drogami. Wcześniej trzeba było upewnić się, czy nikt ich nie śledził. Henryk Tokarz dodał, że społeczeństwo żnińskie było tak zastraszone po stanie wojennym, że nawet był problem z wypisaniem szarfy na wieńcu z okazji święta 11 Listopada (wtedy przez władzę zakazanego, bo oficjalnie obchodziło się rocznicę Wielkiej Rewolucji Październikowej 7 listopada) oraz na święto Konstytucji 3 maja.

     - Tych, którzy się czymś zajmowali, mógłbym policzyć na palcach - wspomina Henryk Tokarz.
     W zakładach pracy wszystkie komisje zakładowe, jakie działały przed wprowadzeniem stanu wojennego 13 grudnia 1981, przestały istnieć. Każdego trzynastego dnia miesiąca, w celu upamiętnienia wprowadzenia stanu wojennego, solidarnościowcy uczestniczyli w Bydgoszczy we mszach świętych w intencji Ojczyzny. Henryk Tokarz zorganizował wyjazd na pogrzeb zamordowanego przez SB ks. Jerzego Popiełuszki.
     - Roboty nie brakowało. Prowadziłem wtedy własną działalność, miałem "żuka" i nienormowany czas pracy. Mogłem wiele rzeczy społecznie robić - mówi radny powiatowy.

      MURY

     Od stanu wojennego aż po Okrągły Stół w LO funkcjonowało wówczas jedyne w Żninie i jedno z niewielu działających w sposób nieprzerwany kół w kraju - koło Solidarności Nauczycielskiej. Składało się głównie z nauczycieli, ale nie tylko. Koło działało w podziemiu, ale wykonywało wszelkie statutowe działania związku tj. zbiórka na zasiłki na dziecko, szkolenie nauczycieli, organizowanie biblioteki wydawnictw drugiego obiegu.

     - Byliśmy solą w oku komitetu wojewódzkiego i naszego - mówią Jolanta Dobaczewska, polonistka i nauczycielka biologii Joanna Janowska. - Nasz opór związany był z tym, co działo się wtedy w szkole. Była to reakcja na to, co robił nasz dyrektor Zdzisław Bąk - jeden z filarów żnińskiego komunizmu. W pewnym momencie przestaliśmy się bać, bo przecież nie mogli zakuć nas wszystkich w kajdany.
     Nauczycielki w niezbyt pochlebny sposób wyrażały się na temat działalności ówczesnego dyrektora Liceum Ogólnokształcącego. W latach, o których piszemy, czyli w końcówce lat 80., był nim (po raz drugi zresztą) Zdzisław Bąk, który pełnił tę funkcję od 1985 do 1989 roku. Przed nim w latach 1980-1985 dyrektorem był Feliks Malinowski.
     - Ściągał na mnie kontrole z kuratorium. Brak udziału był odnotowywany w dokumentach, które gromadził w swoich szufladach - mówi Jolanta Dobaczewska.
     - Oczekiwano od nas, że będziemy sypać uczniów, którzy zadawali niewygodne pytania. My jednak za punkt honoru przyjęłyśmy, żeby w sprawy dorosłych nie wciągać młodzieży, ale jednocześnie nie kłamać - powiedziała Janina Janowska.

     Koło Solidarności pierwotnie liczyło 9 osób: Andrzej Wybrański, Maria Woźna, Małgorzata Kurto, Maria Leśniewska, Maria Rogaczewska, Maria Schmidt, Krzysztof Kosmowski, Jolanta Dobaczewska, Joanna Janowska. Później dołączali nauczyciele z innych szkół - Andrzej Lang wraz żoną Kazimierą z Dziewierzewa, Dominik Księski i Jerzy Krynicki ze Szkoły Podstawowej nr 2 oraz Tomasz Wysocki z TM. - Wykonywaliśmy wszystkie statutowe czynności przewidziane dla związku zawodowego - mówią nauczycielki. - Każdy płacił składkę. Pieniądze były dzielone i przeznaczane na różne fundusze. Na urodziny dziecka, czy na pogrzeby bliskich. Przeznaczaliśmy je na sprawy socjalne. Teraz wydaje się to śmieszna, ale zajmowaliśmy się również zbiórką zapasów żywnościowych na zimę: cebuli, ziemniaków, czy jabłek. Organizowaliśmy Dni Dziecka, zabawy dla dzieci, paczki na święta. Były również msze za Ojczyznę 11 listopada. Żywność w latach 80. była na kartki, więc członkowie koła zorganizowali zbiórkę odcinków z kartek na żywność z przeznaczeniem dla rodzin internowanych w czasach stanu wojennego działaczy. Później, kiedy premierem był Mieczysław Rakowski, koło zorganizowało zbiórkę pieniędzy na ratowanie Stoczni Gdańskiej, która decyzją rządu PRL, miała zostać zamknięta. Przy parafii Najświętszej Marii Panny Królowej Polski działacze kola tworzyli coś na kształt Klubu Inteligencji Katolickiej. W ramach tej działalności zorganizowane zostało spotkanie z Markiem Nowakowskim.

     - Bardzo pomocny był ks. Jan Janik, który okazał się takim żnińskim spokojnym i niezłomnym - wspominają nauczycielki.
     Nasze rozmówczynie wyjaśniły, że w tamtych czasach opór polegał na graniu władzy partyjnej na nosie. Szczególnie miało to miejsce podczas apeli okolicznościowych. W występach uczniów wykorzystywane były niedwuznaczne teksty, wiersze i piosenki. Tworzono również specjalną scenografię. Na jednym z apeli poświęconym 11 listopada zostały wykorzystane Mury Jacka Kaczmarskiego, uważanego za barda Solidarności.
     - Przedstawienie przygotowało kółko recytatorskie na 11 listopada. Zostało ono pokazane w szkole, ale potem zapadła decyzja, żeby nasi uczniowie zaprezentowali je w domu partii dla nauczycieli z gminy Żnin. Na zakończenie nasi uczniowie wykonali utwór "Ojczyzno ma tyle razy we krwi skąpana", który był hymnem "Solidarności". Po zakończeniu na sali zaległa cisza. Nikt się do końca nie zorientował, o co chodzi. Wiedzieli, że jest to coś wywrotowego, ale bali się klaskać. Dopiero później z głębi dało się usłyszeć nieśmiałe, pojedyncze brawa, które później ogarnęły całą salę. A na bis uczniowie wykonali "A co nas czeka jutro" - opowiada Jolanta Dobaczewska. - Na jednych z ostatnich obchodów Rewolucji Październikowej uczniowie pytali mnie o hasło do scenografii, a ja bez wahania zaproponowałam: "A mury runą, runą, runą". Wszyscy się śmiali, a beton nie, bo nie znali Kaczmarskiego.
      DRUGI OBIEG
     Zorganizowana była również tzw. biblioteka niezapominajka z książkami o charakterze politycznym, z lekturami zakazanymi przez cenzurę oraz z wydawnictwami drugiego obiegu. Przechowywane były również nagrania wykładów Bratkowskiego, Stelmachowskiego, czy Michnika.
     - Jeśli ktoś był na jakimś spotkaniu w Poznaniu, Toruniu, czy Bydgoszczy, to przywoził z sobą nagranie. Po 89 roku przekazaliśmy to wszystko do szkolnej biblioteki. Teraz mają wartość głównie sentymentalną - mówi Jolanta Dobaczewska.
     Wydawnictwa te były również przekazywane niektórym uczniom. Było to bardzo niebezpieczne, zarówno dla ucznia, jak i dla nauczycieli. Opierało się to na wzajemnym zaufaniu.
     - Dawałam to uczniom zaprzyjaźnionym i sprawdzonym. Podczas przekazywania rzucałam tylko: "Nie mów skąd, przeczytaj i szybko oddaj. W razie czego znalazłeś". Trzeba było bardzo uważać - wyjaśnia Jolanta Dobaczewska.
     Nauczyciele nie mogli pogodzić się z tym, że w oficjalnych komunikatach przekazywane są oczywiste kłamstwa. Ignorowano datę 17 września 1939 jako dzień agresji Związku Sowieckiego na Polskę [oficjalnie mówiło się, że żołnierze Armii Czerwonej mieli ochotę pomóc nam walczyć z Niemcami, ale sanacyjny rząd nie pozwolił - przyp. rk] oraz w sprawie Katynia [w Katyniu wg oficjalnej wersji oficerów zamordowali hitlerowcy przyp. rk]. Do zadań, jakie sobie założyli, należało przekazywanie uczniom prawdy. Janina Janowska przyznała, że jako nauczycielka biologii nie miała problemów z interpretacją programu nauczania, bo główny ciężar spadał na barki historyków i polonistów. Pokazywali, że istnieje coś więcej niż tylko oficjalna wersja PZPR, że świat jest wielowarstwowy i że istnieją inne wydawnictwa, a nie tylko oficjalne dzienniki Partii - Trybuna Ludu i Gazeta Pomorska. Jolanta Dobaczewska podczas omawiania Popiołu i diamentu Andrzejewskiego czytała eseje Sławomira Mrożka z drugiego obiegu, w których napisane było wprost, że lektura nie przedstawia prawdziwego obrazu Polski powojennej.
     - Esej miałam owinięty w plastikową okładkę. Mówiłam uczniom, że teraz przeczytam nieco inną interpretację utworu, ale dodawałam, że nie muszą notować i to było dla nich sygnałem, że mają słuchać. Później następowała dyskusja. Podobnie było z wierszami Barańczaka, które znajdowały się na indeksie cenzury. Czytałam również "Zapiski więzienne" Wyszyńskiego. Czasami sprawdzałam jednak, czy nikt nie stoi za drzwiami - mówi Jolanta Dobaczewska.
     Członkowie koła Solidarności spotykali się na imieninach, urodzinach, czy rocznicach ślubu. Latem jeździli na pikniki do lasu razem z dziećmi. Oficjalnie wyglądało to tak, że odbywa się spotkanie towarzyskie, a tak naprawdę czytano wydawnictwa opozycyjne, słuchano wykładów i dyskutowano na tematy polityczne.
     Były dyrektor LO nie chciał początkowo rozmawiać o czasach, kiedy w szkole działało podziemne, a tym samym nielegalne koło. Tłumaczył, że w czasach Solidarności dyrektorem był ktoś inny, że jak był dyrektorem, to koło nie istniało, bo nie było Solidarności. I zapewniał, że współpraca między nauczycielami układała się dobrze.
     - Każdy miał swoje poglądy, ale żeby jeden drugiemu przeszkadzał, to tego nie było. Szkoła osiągała dobre wyniki, uczniowie zdobywali laury i sporo z nich dostawało się na wyższe uczelnie - powiedział były dyrektor LO. Nasz rozmówca powiedział, że nie miał nacisków ze strony przełożonych w sprawie działaczy Solidarności: - Jak tylko pamiętam, nigdy nie miałem sytuacji, żeby mnie ktoś do czegoś zmuszał. Wszyscy wiedzieli, kto gdzie pracuje i działa. A z panem Wybrańskim znam się ho, ho i jeszcze trochę, bo z czasów liceum się znamy. Nikt nie chciał nikomu krzywdy zrobić. Odbywały się wymiany poglądów, ale nic złośliwego.

      PREHISTORIA PĘKNIĘCIA

     Henryk Tokarz - człowiek nr 2 Solidarności lat 80. w Żninie - utrzymywał kontakt z Komitetem Prymasowskim w Bydgoszczy, zajmował się organizacją nieoficjalnych kolonii dla dzieci w Gąsawie, woził bibułę, służył swym żukiem gdy tylko była taka potrzeba, a oficjalnie - w końcówce lat 80. - prowadził własną działalność. Nie była to działalność gospodarcza jak rozumiemy ją dziś. Henryk Tokarz i Lech Nowak świadczyli usługi hydrauliczne:
     - Rok 1988 z powodu wydarzeń historycznych, jak i dla mnie osobiście, był rokiem smutnym i tragicznym. Do Żnina i do mnie dotarły informacje o nieudanych strajkach w dużych zakładach w Polsce. Od 1 do 3 maja strajkowały stocznie i kopalnie. Strajkujący nie wskórali nic. Otrzymywali wyroki i spotykały ich represje. Urban [Jerzy Urban, ówczesny rzecznik rządu - przyp. rk] triumfował. Jedenastego maja zmarła moja żona. Byłem przygnębiony. Po tych wydarzeniach przystąpiliśmy do organizowania niezależnych kolonii chrześcijańskich w Gąsawie. W tym czasie były to już trzecie kolonie organizowane wspólnie z Duszpasterstwem Ludzi Pracy z Bydgoszczy. Uczestniczyło w nich prawie 100 dzieci z rodzin represjonowanych.
     Odbyły się w sierpniu 1988 r., a pod koniec tego miesiąca znowu rozpoczęły się w Polsce strajki, które również zakończyły się porażką. Przygnębiający był fakt wyjścia ze stoczni Lecha Wałęsy, Tadeusza Mazowieckiego i arcybiskupa Gocłowskiego. Nie uzyskali nic ze swoich postulatów. W trzecią sobotę września pojechaliśmy na pielgrzymkę ludzi pracy. Po tych wydarzeniach rozpoczęły się w Bydgoszczy rozmowy m.in. mieszkaniu Antoniego Tokarczuka, gdzie grupa działaczy związana z przyszłym Tymczasowym Zarządem Regionu (Stanisław Pastuszewski, Tadeusz Jasudowicz, Bolesław Magierowski) analizowała przyczyny braku zaangażowania Bydgoszczy w akcje strajkowe i brak poparcia strajków na
     Śląsku i na Wybrzeżu. Zarzuty skierowane były pod adresem Bydgoskiego Regionalnego Komitetu Koordynacyjnego. Nasza grupa zarzucała BRKK bezczynność i brak stanowiska w maju i sierpniu 1988 roku. Uwidocznił się już wtedy spór o przyszłość związku. Staliśmy na stanowisku i domagaliśmy się przywrócenia legalnej działalności "Solidarności" przerwanej przez stan wojenny. Natomiast grupa działaczy bliżej związanych z Wałęsą twierdziła, że trzeba związek rejestrować od nowa - wspominał Henryk Tokarz.

      OKRĄGŁY STÓŁ BEZ PSIKUSÓW

     - Część dygnitarzy z obozu rządzącego, takich jak Józef Czyrek, czy Czesław Kiszczak, dopuszczała możliwość udziału części działaczy opozycyjnych w różnych formach sprawowania władzy. Wałęsa po rozmowach z władzą partyjną sprawy "Solidarności" wziął w swoje ręce i doprowadził do wygaszenia strajków we wrześniu 1988 roku. Wtedy zaczęło się już głośno mówić o przygotowaniach do Okrągłego Stołu. My na dole nie wiedzieliśmy, o co chodzi, kto ma to realizować i co to ma być. W 1988 roku Okrągły Stół to była dla nas czarna magia. Generalnie rzecz biorąc, to ani w Żninie, ani w Bydgoszczy nie wiedzieliśmy, co dzieje się na górze. Dochodziły do nas informacje z ust PZPR-owskich działaczy o jakimś porozumieniu przy tzw. Okrągłym Stole - powiedział Henryk Tokarz.
     Henryk Tokarz powiedział nam, iż na początku 1989 roku w Żninie i Bydgoszczy nie odczuwało się atmosfery zbliżającego się Okrągłego Stołu. Propozycje o składanie wniosków o rejestrację komisji zakładowych Solidarności, które padły u zarania 89 roku, odbiły się w Żninie bez echa.
     - Ludzie się bali, bo zaraz by z roboty wylecieli - wyjaśnia Henryk Tokarz. - Dochodziło do takich sytuacji, że niektórzy bali się ze mną na ulicy spotkać. Dziś jest to zabawne, ale tak było. Społeczeństwo było wyczerpane. Nie było tak łatwo, jak to się dzisiaj mówi. Jak jechało się samochodem, a były w nim ulotki, to kiedy milicja cię nakryła, dochodziło do konfiskaty samochodu. Wtedy też, jak pamiętam, otrzymaliśmy duże wsparcie od rolników. W zakładach trudno było cokolwiek zrobić ze względu na organizacje partyjne i ORMO. I skoro nawet Bydgoszcz nic nie mogła w tym czasie robić, to co dopiero w takim Żninie. Jednak aż tak źle nie było. Pomimo trudności byliśmy jedynym miastem na prowincji, w którym coś udawało się zdziałać. W takich miastach jak Mogilno, Nakło, Kruszwica, nie działo się kompletnie nic.
      W TELEWIZJI
     - Obrady Okrągłego Stołu śledziliśmy w telewizji. Nie mieliśmy wpływu na to, kto będzie brał udział, w jaki sposób będzie wybierany przedstawiciel opozycji - twierdzi Henryk Tokarz.
Jak mówi Zbigniew Jaszczuk, także do strony partyjnej nie docierały informacje o przygotowaniach do Okrągłego Stołu, a przebieg obrad śledzili w telewizji: - Nie dostawaliśmy żadnych biuletynów, czy zaleceń. Tego nie było. Jak mieliśmy spotkania z władzami wojewódzkimi, to dominował nurt taki, żeby nie drażnić. Jakichś ekstra poleceń nie było.
     - Oczekiwania wobec przemian były duże. Jedno z głównych założeń było takie, aby ludzie mogli godnie żyć, aby nie było obywateli pierwszej i drugiej kategorii. Ja osobiście widziałem to jako początek drogi. Może można było wynegocjować więcej, ale to co osiągnęliśmy wystarczyło, aby przemiany mogły się toczyć - powiedział Andrzej Wybrański.
     - Bardzo wielu obawiało się konfrontacji, szczególnie wewnętrznej. Ona była możliwa. Stąd Okrągły Stół został przyjęty z ulgą, że obydwie strony dogadują się. Porozumienia gdańskie też były akceptowane. Według mnie, to było pokojowe oddanie władzy. Dalszą tego konsekwencją było stopniowe przejmowanie władzy przez "Solidarność". To rozwiązanie nie było źle przyjmowane - powiedział Zdzisław Małecki.
     - Nie mogę nie wspomnieć o pozytywnej roli, jaką odegrał wówczas Zdzisław Małecki, pierwszy sekretarz miejsko-gminnego komitetu PZPR i przewodniczący Rady Narodowej. On również miał swoich przełożonych, ale wiele spraw udało mu się przeforsować. Pozytywnie oceniam również rolę dawnego szefa SB. Gdyby zaczął tutaj jątrzyć lub robić psikusy, to nie odbyłoby się to wszystko tak spokojnie. A oni nie przeszkadzali za bardzo i nie doprowadzali do konfliktów. Podchodzili do sprawy z dużym wyczuciem, nie zaogniali i nie drażnili. Zresztą tutaj nie było postaw roszczeniowych, ani z jednej, ani z drugiej strony. Aparat władzy nie dawał takich powodów - mówił Zbigniew Jaszczuk.
      UPOWAŻNIENIE
     Solidarność, na mocy porozumień okrągłostołowych, została zarejestrowana w kwietniu 1989 r. Struktury związku miały tworzyć osoby, które otrzymały upoważnienia od KKW w Gdańsku. W Bydgoszczy takie upoważnienia otrzymały cztery osoby. Później zaczęły się tworzyć w zakładach komisje zakładowe i rozpoczęła się rejestracja. Henryk Tokarz przypomina, jak na grunt żniński przeniosły się podziały z Bydgoszczy. Jedni byli skupieni wokół Tymczasowego Zarządu Regionu i Jana Rulewskiego. Druga grupa związywała się z tymi osobami, które otrzymały upoważnienia wprost od Lecha Wałęsy z Gdańska. Był to RKO (Regionalny Komitet Organizacyjny). Skupiał takich działaczy jak Antoni Tokarczuk, czy Jan Perejczuk. Obydwie grupy zaczęły tworzyć własne struktury.

     - Rozpoczęła się licytacja, która organizacja ma więcej komitetów w zakładach. W związku z tym RKO rozesłało do poszczególnych gmin informacje, że legalne struktury związkowe tworzą ci, którzy mają podpisane upoważnienia. Upoważnienie takie przywiózł Andrzej Wybrański - mówi Henryk Tokarz.

     W tym momencie skończyła się historia podziemia w Żninie, a zaczęła się demokratyczna współczesność.

      REFLEKSJE

     Zbigniew Jaszczuk przemiany, jakie nastąpiły po Okrągłym Stole, ocenia pozytywnie. Uważa, że w uwarunkowaniach 1988 i 1989 roku któraś ze stron musiała zdecydować się na pierwszy krok i na kompromis. Dla niego najważniejsze jest to, że żadna strona nie zdecydowała się na stawianie barykad, bo wtedy mogłoby dojść do rozlewu krwi. Zbigniew Jaszczuk jest także przeciwnikiem dzisiejszej krytyki w stosunku do Lecha Wałęsy.

     - Po Okrągłym Stole mieliśmy polecenia, żeby tłumaczyć to wszystko, co się wydarzyło, że partia nie traci władzy, a jedynie się nią dzieli. Oczywiście zdarzało się słyszeć głosy w łonie partii, że to tylko chwilowe ustąpienie, a potem swoje odzyskamy. Pod tym względem w Żninie nie było oporów, a nawet popierano ten kurs. W pewnym momencie, było już to chyba po wyborach czerwcowych, nawet część działaczy uznała, że już do partii nie należy. W tej grupie dominowali ludzie z wyższym wykształceniem. Najbardziej wierni PZPR byli ludzie prości. Byli nawet tacy, co woleli mnie na ulicy nie dostrzegać - mówi ostatni pierwszy sekretarz PZPR w Żninie. Zdzisław Małecki, oceniając przebieg wydarzeń przed 20 lat uważa, że nastąpiła konieczność dziejowa, ponieważ gospodarka podporządkowana jednej myśli nie miała szans na normalne funkcjonowanie. - Gospodarka w latach 80. była w ruinie. Dlatego procesu przemian nie dało się uniknąć. W ZSRR głasność nie przełożyła się na poprawę gospodarki. W Chinach gospodarka kapitalistyczna kontrolowana jest przez państwo rządzone przez partię komunistyczną. Ten model w Polsce był nie do przyjęcia. Zmiany musiały nastąpić - twierdzi Zdzisław Małecki. - Nie przewidzieliśmy jedynie tego, że nastąpią one tak szybko.

     Przez działaczy skupionych w Stronnictwie Demokratycznym Okrągły Stół był obserwowany z rezerwą. Jak wyjaśnił Feliks Malinowski, bieg wypadków był zbyt szybki, a decyzja o przystąpieniu do rozmów nagła i poniekąd szokująca. Nikt tego w Żninie nie próbował publicznie komentować. Wynikało to z niedoinformowania społeczeństwa. Były szef SD powiedział, że w prasie było dużo ściemniania, a fakty nie były rzeczowo przedstawiane. Dla niego jedynym źródłem informacji był wówczas Andrzej Wybrański. Wewnątrz żnińskich struktur Stronnictwa też nie było oficjalnych komentarzy na temat Okrągłego Stołu i jego postanowień. Jak to określił Feliks Malinowski, mądrych dyskusji nie było, bo nie było wiarygodnych faktów. - Nie można dyskutować nie znając podstaw. Mieliśmy zbyt małą wiedzę na temat Okrągłego Stołu. Nie byliśmy przygotowani do merytorycznej dyskusji. Spotykało się 3-4 ludzi i rozmawiało. Dało się zauważyć ukrytą radość, że coś się zmienia. Ludzie byli zmęczeni. Co chwilę wybuchały strajki. Strach przed tym, że są coraz gorsze możliwości zakupu. Pamiętam, że jak poszedłem na "Jedynkę", to na półkach stał ocet i herbata gruzińska. Nawet nie indyjska, tylko gruzińska i nic poza tym. Chciałem nawet zrobić zdjęcie. Ludzie bali się nie tyle o sprawy polityczne, ale o bytowe. Każda informacja o dialogu była jak jaskółka sprowadzająca wiosnę. Z dystansem odnosiliśmy się jednak do tych informacji z pierwszych stron, bo na nich pisano, że pierwszy sekretarz wręczył medale. Tak się zaczynał każdy artykuł. Nie ważne było, kto otrzymywał, ale kto wręczał. Pokazywany był nie ten kto zasłużył i to mnie bulwersowało - stwierdził Feliks Malinowski. W gronie członków Zjednoczonego Stronnictwa Ludowego obawy budził radykalizm części działaczy Solidarności, ale sygnał o podjęciu rozmów przyjęto z radością.
     - Podczas obrad Okrągłego Stołu były organizowane spotkania i tłumaczono czemu ma to służyć. Doszło do przełomu, bo dłużej tak żyć się nie dało. Gospodarczo byliśmy skończeni. Czekaliśmy, żeby coś drgnęło. W ZSL uważaliśmy, że jest to szansa na załatwienie pewnych spraw i poprawę gospodarki, bo o nią najbardziej chodziło. Cieszyliśmy się, że nie doszło do konfrontacji - mówił Władysław Małecki. - W Stronnictwie odbiór postanowień okrągłostołowych był dobry, ponieważ ludzie oczekiwali wolnych wyborów. Po latach uważam, że był pozytywnym zjawiskiem. Dał on szansę wszystkim Polakom. Dziś są tacy, co to kwestionują, ale uważam, że to była wielka sprawa. Sceptycyzm spowodowany jest tym, że część członków "Solidarności" nie wyciągnęła z tego korzyści i do dziś czuje się oszukana.

Dokument o ujawnieniu koła NSZZ "Solidarność" w Żninie

     JAWNOŚĆ

     Koło Solidarności Nauczycielskiej w podziemiu funkcjonowało do Okrągłego Stołu i ujawniło się dopiero 10 lutego 1989 r. - cztery dni po rozpoczęciu rozmów.

     - Nie pamiętam szczegółów związanych z ujawnieniem naszego koła przy LO. Pamiętam, że zaproponowałem ujawnienie się, ale członkowie koła powiedzieli nie. Nie jestem w stanie dokładnie powiedzieć, kiedy to było - wspomina Andrzej Wybrański.

     - Pierwszy raz dyskutowaliśmy o ujawnieniu po rozmowie Miodowicz - Wałęsa. Wszyscy, oprócz Andrzeja Wybrańskiego - byli przeciw. Baliśmy się - normalnie i po ludzku - dekonspiracji. Że Okrągły Stół to tylko podpucha przed kolejnym zaostrzeniem kursu i "ujawnieni" na tym zakręcie wylecą z pojazdu - jak ich ujawnieni akowscy dziadkowie pod koniec lat czterdziestych. Nie wierzyliśmy władzy. Po rozpoczęciu rozmów już większej dyskusji nie było. Była potrzeba stworzenia nowej dynamiki, pchnięcia historii do przodu - i nawet ci, którzy nie wierzyli w Okrągły Stół, zdecydowali się jednak ryzykować.

     - Powiedziano nam w lutym, że czas się ujawnić. Najbardziej bałam się tego, że po ujawnieniu zrobią to samo co w 81 roku. Będą nas mieli wystawionych, jak na tacy i nie pozostanie im nic innego, jak nas zamknąć - powiedziała Jolanta Dobaczewska. - Dla mnie obrady Okrągłego Stołu były wielką szansą i nadzieją. Gdyby w stanie wojennym ktoś powiedział, że to wszystko runie, to trudno było w to uwierzyć. Wtedy było bardzo ciężko przyjąć do wiadomości, że jednak gen. Jaruzelski się odważył zamknąć tysiące ludzi. Informacje o wyborach potraktowaliśmy jako szansę na pękanie lodu - mówi Joanna Janowska. Polonistka Jolanta Dobaczewska w trakcie obrad Okrągłego Stołu miała lekcję pokazową, na której omawiane było Przedwiośnie Stefana Żeromskiego. Temat brzmiał Czy rząd miał rację? Nauczycielkę dyrektor i metodyczka zapytali, czy zamierza oceniać postępowanie rządu.
     - Z tej lekcji wyszłam jak zbity pies. Co chwilę wychodziłam, bo zwracano mi uwagę na to, jak prowadzę lekcję. Więc z jednej strony toczyły się obrady, a z drugiej, na prowincji działy się takie straszne rzeczy. Było to klasyczne zachowania aparatu - wspomina Jolanta Dobaczewska. Pomimo obaw 10 lutego zapadła decyzja o ujawnieniu koła. Historyczne pismo do Inspektoratu Oświaty i Wychowania w Żninie, notyfikujące działalność, wystukał na maszynie Dominik Księski, podpisał Andrzej Wybrański. Dwa miesiące później zakończył się Okrągły Stół i obie strony rozpoczęły przygotowania do wyborów. Termin wyznaczono na 4 czerwca 1989 roku.

Remigiusz Konieczka
Pałuki nr 888 (7/2009)

SO24LI

Aplikacja na Androida

Źródło i opracowanie własne Aktualizacja: 10/12/2024 14:27
Reklama

Komentarze opinie

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.

Komentarze mogą dodawać tylko zalogowani użytkownicy.

Zaloguj się

Reklama

Wideo palukiznin.pl




Reklama
Najnowsze wiadomości