Reklama

Bez ingerencji cenzury

Biuletyn żnińskiej Solidarności 1980-1981
    Bez ingerencji cenzury
    Tuż po powstaniu w Żninie Solidarności związek postanowił wydawać biuletyn, w którym przekazywał najważniejsze informacje lokalne, regionalne i krajowe, co najważniejsze - bez ingerencji cenzury.

    Dziś mija 27. rocznica podpisania porozumień sierpniowych między Niezależnym Samorządnym Związkiem Zawodowym Solidarność a ówczesnym rządem PRL. W połowie sierpnia 1980 roku w Stoczni Gdańskiej wybuchł strajk, który rozszerzył się na inne zakłady na terenie Gdańska i całej Polski. Powstał niezależny od władz komunistycznych związek zawodowy, który przyjął nazwę od pisma związkowego Solidarność. Po kilkudniowych negocjacjach z rządem związkowcy podpisali porozumienie.
    Już na początku września w Żninie pracownicy różnych zakładów i instytucji rozpoczęli starania, które zmierzały do zorganizowania w naszym mieście NSZZ Solidarność. Karol Stawniak był wówczas nauczycielem języka polskiego i jedną z osób, która postanowiła założyć struktury Solidarności wśród żnińskich nauczycieli.
    - We wrześniu tworzyły się pierwsze komisje zakładowe. Z grupą osób utworzyliśmy komisję w oświacie. W połowie września zarejestrowaliśmy w Bydgoszczy. Z początkiem października wszystkie komisje na terenie Żnina zrzeszyły się w Międzyzakładowy Komitet Związkowy „Solidarność” Ziemi Pałuckiej. Pierwsze zebranie założycielskie odbyło się w lokalu Stronnictwa Demokratycznego na pl. Wolności. Na czele MKZ stanął Andrzej Wybrański, a ja zostałem członkiem prezydium. Powierzono mi zadanie zajmowania się sprawami informacyjnymi. Pierwszą informacją, jaką wtedy napisałem, była relacja z zebrania założycielskiego MKZ - powiedział Karol Stawniak.
    W pierwszym biuletynie zawarta była nie tylko wiadomość, że powstał MKZ, ale również informacje o jego członkach i celach działania. Od tego momentu co tydzień ukazywał się biuletyn żnińskiej Solidarności. Nakład wynosił około 100 egzemplarzy, które rozdawane były członkom komisji zakładowych. Część egzemplarzy biuletynu była wyłożona w siedzibie NSZZ Solidarność przy ul. Śniadeckich 15, każdy chętny mógł wejść i wziąć jeden z nich.
    - Założenie było takie, aby biuletyn trafił do każdej komisji zakładowej. Pismo to ukazywało się raz na tydzień, ale nie było to regułą - informuje Karol Stawniak.
    Nakład ograniczony był do 100 egzemplarzy z przyczyn technicznych. Dziś nie ma problemu z napisaniem dwóch stron maszynopisu i powieleniem tego w stu egzemplarzach. Ćwierć wieku temu nie było tak łatwe jak dziś. Karol Stawniak wspomina, że tekst pisany był na maszynie do pisania, ale żeby go później powielić, trzeba było pod kartkę podłożyć specjalną kalkę. W trakcie pisania uderzenie czcionki powodowało dziury w kalce, którą później nawijało się na bęben.
    - Kładło się kartkę, obrót i strona była odbita - mówi Karol Stawniak.
    Najgorzej było ze zdobyciem materiału do druku, papieru, tuszu i specjalnej kalki.
    Członkowie Solidarności wykorzystywali informacje z różnych źródeł - od kolegów w zakładach pracy, z Zarządu Okręgu w Bydgoszczy, z dalekopisu oraz z innych wydawnictw związkowych. Redagowanie tekstu odbywało się głównie w siedzibie Solidarności przy ul.  Śniadeckich 15. Powielanie odbywało się w dwóch miejscach: w siedzibie spółdzielni wielobranżowej albo w warsztatach Technikum Mechanicznego.
    - Przy zdobywaniu niezbędnych materiałów korzystaliśmy z zasobów materiałowych zakładów pracy. Dostarczali to nasi członkowie. Otrzymywaliśmy również informacje o tym, gdzie i kiedy nastąpi dostawa i kupowaliśmy - wspomina Karol Stawniak.
    Biuletyn pełnił wówczas rolę lokalnego przekaźnika informacji. Dostarczał pracownikom żnińskich zakładów pracy informacje z kraju i z najbliższej okolicy. Co ważniejsze, w treść biuletynu nie ingerowała komunistyczna cenzura. Przy MKZ działała komisja interwencji, której przewodniczył Lech Nowak. Komisja przyjmowała skargi i uwagi mieszkańców, które także były wykorzystywane w biuletynie.
    - Z cenzurą nie mieliśmy do czynienia. Nikt w redagowane teksty nie ingerował. Ja sam miałem kontakt z cenzurą przy okazji organizowania obchodów świąt 1 Maja i 3 Maja 1981 r. Na to drugie ówczesna władza wyjątkowo się zgodziła. Odpowiedzialnym za organizację ze strony PZPR był wówczas Bolesław Cieniawa, z którym uzgadniałem szczegóły. Pojechaliśmy do bydgoskiej cenzury, aby zatwierdzili nam plakat. Doczepiali się nawet do kolorów i użytych słów. Ja sam nalegałem, żeby nie było czerwonego koloru. Później dowiedziałem się, że przez ten mój upór zaliczono mnie do ekstremy - wspomina Karol Stawniak. - Taki był mój kontakt z cenzurą. Na szczęście przy redagowaniu biuletynu nie musiałem mieć z nimi do czynienia.
    Równolegle z biuletynem drukowane były ulotki. Powielane były też listy do dyrektorów żnińskich przedsiębiorstw, a nawet do milicjantów.
    - Ówczesna władza uznała to jako mieszanie się w wewnętrzne sprawy partii, bo dyrektorzy byli w większości ludźmi z namaszczenia władzy, a milicja była zbrojnym ramieniem PZPR - dodaje Karol Stawniak.
    W chwili wprowadzenia stanu wojennego 13 grudnia 1981 r. Karol Stawniak mieszkał z rodziną w Jadownikach.
- Jak wprowadzono stan wojenny, miałem w domu mnóstwo materiałów - broszur, biuletynów, brudnopisów. Zebrało się tego kilka teczek. Dałem to wszystko jednej zaufanej osobie, aby wywiozła to wszystko na wieś. Kiedy przychodziła milicja, to już u mnie nic nie mogła znaleźć. Ważne też było to, żeby mi nic nie podrzucili, dlatego w trakcie rewizji każdy z milicjantów miał swojego opiekuna. Był dyrektor, ja i moja żona. Już po stanie wojennym chciałem odzyskać stare materiały, ale większość z tego mój kolega wyrzucił, bo obawiał się, że będzie miał problemy. To co ocalało, przekazałem do żnińskiej biblioteki - informuje Karol Stawniak.
    Biuletyn redagowany przez Karola Stawniaka wychodził do grudnia 1981 roku. Po wprowadzeniu stanu wojennego biuletyn przestał się ukazywać. Ci, którzy działali w Solidarności, przeszli do podziemia, gdyż związek został zdelegalizowany, a władzę przejęła  Wojskowa Rada Ocalenia Narodowego pod kierownictwem gen. Wojciecha Jaruzelskiego.
    W podziemiu działał Henryk Tokarz, który wydał dwa numery biuletynu solidarnościowego. To wydawnictwo także miało zajmować się problemami lokalnymi.
    - Z tego co pamiętam, na posiedzeniu zarządu oddziału żnińskiej „Solidarności” podjęto decyzję o powołaniu zespołu redakcyjnego w celu wydawania biuletynu lokalnego pod nazwą „Solidarność Ziemi Pałuckiej”. Było to prawdopodobnie w czerwcu 1981 roku - powiedział Henryk Tokarz.
    - Oprócz mnie w skład zespołu weszli: Karol Stawniak i Ewa Wajerczyk. Pierwszy numer „Solidarności Ziemi Pałuckiej” został opracowany przeze mnie.
    Biuletyn był formatu A4 i odbity w nakładzie 100 egzemplarzy na powielarce Fabryki Maszyn i Urządzeń Spomasz Żnin.
    - Na ostatniej stronie był rysunek przedstawiający mężczyznę z kijem i rozerwanym workiem na plecach i podpisem: „To nic, ale za to mamy socjalizm”. W biuletynie były informacje na temat lokalnych działań NSZZ  „Solidarność” - dodaje Henryk Tokarz.
    Jeszcze przed stanem wojennym ukazały się cztery numery biuletynu. Pierwsze numery powstawały w Żninie, później drukowane były w Bydgoszczy. Ostatni numer sprzed 13 grudnia nie wrócił z Bydgoszczy.
    - Numer piąty i szósty robiłem w stanie wojennym u mnie w domu na powielaczu spirytusowym wygospodarowanym z Centrali Nasiennej i sitodruku własnej roboty. Tam opisałem sprawę prześladowania Ciemnoczołowskiego z Janowca i pobicia Waldemara Pietrasa z Kcyni. Ostatni numer „Solidarności Ziemi Pałuckiej” wydałem wspólnie ze Stanisławem Raczyńskim z okazji pierwszego walnego zebrania Solidarności po 1989 roku. Biuletyn został skopiowany na ksero Urzędu Rejonowego w Żninie, a dziś Starostwa Powiatowego. Na pierwszej stronie był kandydat na członka Zarządu Regionu, którym był Stanisław Raczyński. To był chyba siódmy i ostatni numer biuletynu - wspomina Henryk Tokarz.
    Członkowie związku przywozili co piątek coraz to nowsze materiały. Wiadomości z ulotek z kraju wykorzystywane były do redagowania biuletynu w Żninie. Specjalistą w  robieniu ulotek był Andrzej Bartkowiak. Do czasu wybuchu stanu wojennego nie było problemów z milicją i z cenzurą. Problemy zaczęły się po 13 grudnia 1981 r. Wtedy do kolportażu trzeba było mieć zaufanych ludzi.
    - I tacy ludzie byli: Jerzy Buczkowski, Józef Prywer, Edmund Bolewski - mówi Henryk Tokarz. - Sami także rozkładaliśmy ulotki. Na dachach autobusów kładło się plik i gdy pojazd ruszał, to ulotki spadały na ziemię. Kładło się je również na dachy kiosków i czekało aż mocniej zawieje. Zaufani znajomi rozkładali je również w zakładach pracy. Jak swoją gazetkę zaczął wydawać Dominik Księski w swojej drukarni w Wenecji, to powstawały tego takie ilości, że nie mieliśmy tego już gdzie rzucać. Przywoził pęk po 500, 1.000 ulotek. Tyle tego było, że na drugi dzień jeszcze leżało - powiedział Henryk Tokarz. - Później w stanie wojennym zaczął docierać do nas „Tygodnik Mazowsze”. Kontakt nagrał Andrzej Wybrański poprzez Henryka Napieralskiego. Miałem czekać na przesyłkę z „Tygodnikiem Mazowsze” i na hasło odebrać od nieznanego mi wcześniej mężczyzny. Do spotkania miało dojść na rogu ul. Kościuszki i Podmurnej. Po wymianie umówionego hasła odebrałem paczkę i było po akcji. Nigdy go więcej nie spotkałem. Ale wtedy można było mieć zaufanie do ludzi. Atmosfera była miła i serdeczna.

Remigiusz Konieczka
Pałuki nr  811 (35/2007)
Aplikacja na Androida

Reklama

Komentarze opinie

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.

Komentarze mogą dodawać tylko zalogowani użytkownicy.

Zaloguj się

Reklama

Wideo palukiznin.pl




Reklama
Najnowsze wiadomości